Nowości DVD
Gdy próbujemy sobie przypomnieć najważniejsze dzieła filmowców ze Szwecji, z Danii czy Norwegii, myślimy często o skandynawskim chłodzie, który sprawia, że oglądając filmy Dreyera czy von Triera, czujemy lodowatą oprawę tuszującą gorące emocje bohaterów. W polskim kinie tę specjalną filmową temperaturę uzyskał niegdyś Witold Leszczyński, a po nim Andrzej Barański. Dzisiaj mamy Magnusa von Horna. Szweda, absolwenta Szkoły Filmowej w Łodzi, który z Polską jest związany zarówno zawodowo, jak i rodzinnie. W debiutanckim "Intruzie" opowiada historię chłopca, który po opuszczeniu zakładu zamkniętego, do którego trafił w związku z zamordowaniem przyjaciółki, pojawia się w rodzinnej miejscowości. Uderza wiarygodność psychologicznego portretu bohatera, połączona z rzadkim w naszym kinie unikaniem ocen, morałów, tez. John nie jest akceptowany przez lokalną społeczność, ale nie reaguje wcale tak, jak oczekiwalibyśmy tego od skruszonego oprawcy. A Magnus von Horn nikogo nie osądza, nie daje gotowych recept ani łatwych rozwiązań.
Łukasz Maciejewski
@RY1@i02/2016/078/i02.2016.078.196000200.805.jpg@RY2@
"Wielkie piękno" Paola Sorrentino podzieliło widzów. Większość była oczarowana, nie brakowało jednak i tych, którzy nie kryli oburzenia z powodu żerowania reżysera na spuściźnie Felliniego. Należałem do pierwszej grupy. Ale z "Młodością" mam już problem. Oprawa niby skromniejsza, ale zadęcie wcale przez to nie mniejsze. W Rzymie wydarzyć może się wszystko: rozpasanie, witalność, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, ale w luksusowym sanatorium dla milionerów (oczywiste nawiązanie do "Czarodziejskiej góry" Manna) wysoki ton rozmów zderzony z rafinadą obrazową nie jest już równie bezkolizyjny. Wspaniały Michael Caine gra w "Młodości" wybitnego kompozytora na emeryturze, który spędza czas ze swoim przyjacielem z młodości, reżyserem (Harvey Keitel) przygotowującym swój ostatni film, rodzaj testamentu. Panowie opowiadają o upływie czasu, zachwycają się młodością, pojawia się oczywiście motyw Faustowski, ale wszystkie te kody i znaki, niewątpliwie pięknie sfotografowane, wydają się zbyt oczywiste, błahe i łopatologiczne. Śliczna barokowa błyskotka.
Łukasz Maciejewski
@RY1@i02/2016/078/i02.2016.078.196000200.806.jpg@RY2@
Maszyna pod nazwą "Gwiezdne wojny" rozkręciła się na dobre: za nami już premiera zwiastuna "Łotra Jeden" (w kinach w grudniu), pojawiają się kolejne komiksy i książki, pora uzupełnić kolekcję o cyfrowe wydanie "Przebudzenia mocy". Warto, nawet jeśli nie jesteście maniakami - J.J. Abramsowi udało się uchwycić ducha gwiezdnej sagi, ale jednocześnie z talentem podrasować ją na potrzeby współczesnych widzów. Wprowadził na scenę nowe, bardzo istotne i fascynujące postaci, dał pole do popisu starym bohaterom (no, poza Lukiem Skywalkerem), umiejętnie zrównoważył napięcie humorem i zachował wizualną spójność z wcześniejszymi filmami (czego sam George Lucas nie potrafił, realizując trylogię prequeli). Może za dużo czerpał przy tym z fabularnego schematu "Nowej nadziei" - para młodych bohaterów musi się zmierzyć z ciemną stroną mocy - ale powielanie sprawdzonego wzorca wcale tu nie szkodzi: z jeszcze większą swobodą pozwala i twórcom, i widzom wejść na nowo do świata "Gwiezdnych wojen". Dobrze było odwiedzić go ponownie.
Jakub Demiańczuk
@RY1@i02/2016/078/i02.2016.078.196000200.807.jpg@RY2@
Steven Spielberg jest jednak niezawodny - nawet jeśli kręci film mniej w jego dorobku znaczący (co oczywiście można ocenić dopiero po premierze), to wciąż to wielkie, zrealizowane z rozmachem kino. "Most szpiegów" nie mógł się zresztą nie udać - pracował przy nim prawdziwy dream team: scenariusz podpisali m.in. bracia Coen, fantastyczne zdjęcia są tradycyjnie dziełem Janusza Kamińskiego, główną rolę zagrał Tom Hanks, a partnerujący mu Mark Rylance dostał za swój znakomity występ Oscara. Historia Jamesa B. Donovana, prawnika, który wynegocjował wymianę uwięzionego przez Rosjan amerykańskiego pilota za sowieckiego szpiega Rudolfa Abla, to dla Spielberga opowieść wręcz wymarzona - oparta na faktach, przejmująca, pełna wiary w tkwiące w ludziach dobro (nawet jeśli bywa ono głęboko ukryte). Reżyser połączył w niej szpiegowski thriller z dramatem sądowym, udowadniając, że na szlachetne kino w starym stylu ciągle jest w Hollywood miejsce. "Most szpiegów" ma sznyt dawnych dzieł Sidneya Lumeta i Stanleya Kramera, ale jak się okazuje, to wciąż wzorce warte naśladowania.
Jakub Demiańczuk
@RY1@i02/2016/078/i02.2016.078.196000200.808.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu