Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Zanurzenie w mroku

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Jest coś takiego w lęku, że aby go przezwyciężyć, musisz go zobaczyć - mówi Wojciech Kasperski, reżyser filmu "Na granicy"

@RY1@i02/2016/034/i02.2016.034.196000200.804.jpg@RY2@

Bogdan Krezel/Przekrój/FORUM

Od twojego pełnometrażowego debiutu dokumentalnego, świetnie przyjętych "Nasion", minęło ponad dziesięć lat. Pamiętam naszą rozmowę z 2005 roku, już wtedy byłeś gotowy na debiut fabularny. Co się działo przez dekadę?

To jest temat na dłuższą rozprawę. Przez ostatnie dziesięć lat - czyli od czasu, kiedy byłem studentem drugiego roku Łódzkiej Szkoły Filmowej - wydarzyło się mnóstwo rzeczy w moim zawodowym życiu. Zrealizowałem m.in. pięć autorskich krótkometrażowych filmów, wyprodukowałem również pięć - w tym jeden pełnometrażowy - obrazów. Gdybym miał statystycznie do tego podchodzić, to tych produkcji jest więcej niż lat. Nie próżnowałem. Ale oczywiście, w historię tych dziesięciu lat wpisują się także projekty niezrealizowane czy sukcesy, które już opijałem, ale się nie ziściły. To jest niesamowite też dla mnie. Dziesięć lat temu byłem pewny, że za moment zrobię swój własny duży film. Wtedy jednak nie wiedziałem o jednej rzeczy - że odnoszenie sukcesów bardzo konsumuje energię.

Bo sukcesem okazały się twoje "Nasiona", nagrodzone niemal na całym świecie.

Ten film wyniósł mnie z pozycji szarego studenta szkoły filmowej na pozycję osoby rozpoznawalnej, zapraszanej na festiwale - spędziłem dużo czasu na lotniskach, byłem niemal non stop w drodze. Poznałem wówczas Sławomira Fabickiego, który powiedział mi: film jest jak biuro podróży, zabierze cię po całym świecie. Ale wszystko to ma swój drugi, ciemniejszy wymiar: jeśli nie ma cię w domu, to nie pracujesz, a jak nie pracujesz, to nie jesteś zawodowcem. Nawyk czy może raczej etos pewnej pracy przyszedł do mnie z czasem. Nagrody są miłe, ale nie przekładają się na nic prócz chwilowej satysfakcji. Nie uczynią z ciebie reżysera. Historia tych dziesięciu lat mogłaby się nazywać opowieścią o traceniu złudzeń. To był wspaniały i pouczający czas poznawania rzeczywistości. Myślę, że mój późny debiut, który w końcu nastąpił - mówię tu o "Na granicy" - jest debiutem dopracowanym i przemyślanym także z tego powodu.

Dojrzewa się do pewnych historii?

Trzeba mieć swój bagaż. Nie bez powodu realizowałem do tej pory krótkie metraże, tak, dojrzewałem do długiej formy. Nie wstydzę się tego.

"Na granicy" to jednak nie jest debiut ułożony, spokojny, poukładany.

To jest opowieść o walce, na szczęście kino lubi graniczne sytuacje. Więcej się dzieje, również w życiu, gdy jesteśmy przyciśnięci do granicy własnych możliwości. W skrajnych sytuacjach z człowieka "coś" wychodzi. Ludzie pod presją są często bardziej prawdziwi. Dla mnie "Na granicy" to było laboratorium emocji, sprawdzenie tego, jacy ludzie mogą być. Wcześniej robiłem filmy m.in. na Syberii, zdjęcia do "Na granicy" realizowałem w Bieszczadach, w trudnych zimowych warunkach. Szczególnie bliskie są mi rejony szczególnie oddalone [śmiech]. Nie bez powodu, bo lubię moich bohaterów zestawić z trudnymi warunkami dookoła, sprawdzić, czy przyroda bywa sprzymierzeńcem, czy niekoniecznie. A dla mnie to przy okazji jest sposób na sprawdzenie samego siebie. Kilkakrotnie musiałem wybawiać moją ekipę z różnych opresji, dzięki temu kino stawało się dla mnie po części męską przygodą.

Fabuła "Na granicy" jest prosta jak w każdym dobrym thrillerze: ojciec z synami wyjeżdża na odludzie, by przepracować rodzinną traumę, której możemy się tylko domyślać. Spokój wyjazdu zakłóca pojawienie się tajemniczego nieznajomego. Nastoletni chłopcy muszą się z nim zmierzyć.

Jest coś takiego w lęku, że aby go przezwyciężyć, musisz go zobaczyć. Ojciec zabiera synów w Bieszczady, by pogadać z nimi, po męsku się napić, porąbać drewno, pokazać proste życie. Lekcja dorosłości zamienia się jednak w lekcję przetrwania. To jest film o inicjacji, o stawaniu się mężczyzną. Zależało mi na stworzeniu portretu młodych ludzi, którzy muszą zmierzyć się z siłą, o której do tej pory nie mieli pojęcia. Nie chodzi tylko o konfrontację z nieznajomym, który niespodziewanie składa im wizytę. Mówiąc o sile, miałem na myśli też energię, która drzemie w tych chłopakach, ale jest jeszcze nieuwolniona. Ojciec jest zawsze ważną figurą, tutaj ojca w kulminacyjnym momencie nie ma - dla nastoletniego chłopca to bardzo ważna, determinująca go presja. Bo on będzie musiał stanąć kiedyś twarzą w twarz z tym ojcem i opowiedzieć mu, co się stało, kiedy go nie było. Najstarszy z braci czuje się zmobilizowany, czuje też, że musi zastąpić kogoś, kto do tej pory był przewodnikiem stada. Myślę, że takie momenty w życiu - momenty graniczne, by znów odwołać się do tej terminologii - są kluczowe, to wtedy weryfikują się postawy, łamią lub prężą się charaktery.

Z całą ekipą na ponad 30 dni zdjęciowych ukryliście się w Bieszczadach. Nie było możliwości ucieczki?

To prawda, nie było dokąd uciec. Wyglądaliśmy jak jakaś komuna albo grupka psycholi. Pracowaliśmy po czternaście godzin dziennie, ale co ważne, mieszkając na takim odludziu, możesz skoncentrować się na sprawach istotnych, bo jeśli masz jakieś problemy, to są one proste - zasypało drogę i nie możesz dojechać w wybrane miejsce, skończyło ci się drewno na opał, wpadasz autem w błoto, więc musisz się jakoś wydostać. Skala kłopotów jest zupełnie inna niż w mieście.

Autorem zdjęć do filmu jest Łukasz Żal. Jak przebiegała wasza współpraca?

Z Łukaszem zaczęliśmy od oglądania obrazów. Naszą główną inspirację stanowiło malarstwo Caravaggia: światłocienie, światło boczne, zanurzenie w mroku. To od strony koncepcyjnej bardzo nam pomogło. Poszliśmy również razem z Łukaszem do kina, zobaczyliśmy na dużym ekranie "Obcego" Ridleya Scotta, ale film puszczony był z taśmy 35 mm, więc była to nie lada gratka.

Co wam to dało?

Po pierwsze zobaczyliśmy, jak film na taśmie się zestarzał. Rysy na taśmie dały nam wyobrażenie o tym, jak nasza produkcja w obrazie powinna być już na wstępie zdegradowana. Po drugie, zdanie kluczowe dla tego filmu brzmi: "W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku". Przenieśliśmy to na grunt Polski i Bieszczad. Chcieliśmy, by dom, w którym zatrzymują się bohaterowie, też był podobnie pusty, niedostępny, pełen mroku i dziwnych dźwięków. Stąd też wzięły się promujące nasz film hasła: tam ci nikt nie pomoże, nikt cię nie usłyszy, jesteś sam etc.

Film kończy się sceną, w której widzimy pejzaż: spokojna, niewzruszona przyroda zniosła wszystko, co się wydarzyło na jej terytorium. Jak gdybyś chciał powiedzieć, że ona pozostanie, my - ludzie - niekoniecznie.

Myślę, że dążymy do autodestrukcji. Ludzie wcześniej czy później wyginą. A przyroda, czy może powinienem powiedzieć Natura, zniesie wszystko. Przygląda nam się raz z ciekawością, innym razem z irytacją, ale ma nad nami przewagę - była tu przed nami i będzie po nas.

@RY1@i02/2016/034/i02.2016.034.196000200.805.jpg@RY2@

ŁUKASZ ZAL/KINO ŚWIAT

Jedną z głównych ról w filmie "Na granicy" zagrał Marcin Dorociński

Rozmawiała Anna Serdiukow

Pełna wersja wywiadu na stronie

Koniec świata

Czekałem na ten film. Odkąd dziesięć lat temu zobaczyłem krótkometrażowe "Nasiona" Wojciecha Kasperskiego, wstrząsającą podróż w głąb Rosji i nade wszystko w głąb poranionej psychiki bohaterów mieszkających u podnóża gór Ałtaj, zapamiętałem nazwisko reżysera. "Na granicy", pełnometrażowy debiut twórcy "Nasion", na pewno nie jest rozczarowaniem. To dobrze odrobiona lekcja - thriller, jakiego chyba w Polsce jeszcze nie było. Trochę "Fargo", trochę "Przylądek strachu". Ogląda się to z zaciekawieniem, ale bez poczucia wyjątkowości, której często oczekuje się od debiutantów. "Na granicy" wydaje się filmem zbyt wykoncypowanym, obłym i solennym, a przecież nie mam żadnych wątpliwości, że Kasperski w duecie z operatorem Łukaszem Żalem stanowią team idealny. Oglądając "Na granicy", w wielu momentach czułem się wręcz obezwładniony siłą ich talentu, mocą pejzażu. Dzięki sugestywnej atmosferze obrazu, o wiele ważniejszej niż fabuła i histeryczne aktorstwo, odnalazłem się w świecie, który znałem dotąd z literatury.

Wojciech Kasperski więcej zataja, niż ujawnia. To bardziej europejski niż amerykański thriller. Tutaj nic nie jest oczywiste, zero-jedynkowe. Tytułowa granica mieni się wieloznacznością. Graniczny jest czas i miejsce akcji. Bieszczady, czyli koniec świata, oraz psychologiczna krawędź, na której znaleźli się bohaterowie: ojciec, były pogranicznik (Andrzej Chyra) wracający po rodzinnej tragedii do miejsca, w którym nie ma ani przeszłości, ani przyszłości. I w tym świecie objawia się enigmatyczny Obcy. Przybysz znikąd w drodze donikąd. Marcin Dorociński aktorsko zaryzykował i zagrał "przybysza" z przykrą przesadą. Wygląda inaczej, ucieka przed wizerunkiem dobrego faceta z duszą, ale im reakcje jego bohatera są gwałtowniejsze, tym mniej wiarygodnie wypada. Słabość pierwszoplanowej roli Dorocińskiego kładzie się zresztą cieniem na pozostałych postaciach, wreszcie na całym filmie. Mam wrażenie, że Kasperski mógł zawalczyć o wyższą stawkę. Czuje się poświęcenie, pasję i oddanie sprawie, ale jak na enigmatyczne kino z tajemnicą motyw mściciela znikąd wydaje się zbyt oczywisty, z kolei wobec profesjonalizmu i budżetu typowego amerykańskiego thrillera całość sprawia wrażenie artystycznego brulionu. Paradoksalnie, swoisty rozkrok formalny Kasperskiego daje nadzieję na o wiele lepszy dalszy ciąg. Nie mam bowiem żadnych wątpliwości, że w polskim kinie objawiło się nowe, ciekawe nazwisko.

Łukasz Maciejewski

@RY1@i02/2016/034/i02.2016.034.196000200.806.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.