W wolnej chwili
Nic nie odpręża tak, jak przebicie człeka mieczem czy rozłupanie mu czaszki toporem. Oczywiście na ekranie telewizora. I nie chodzi o żadną psychopatyczną rozrywkę, ale o "For Honor", nowy hit od Ubisoftu skrojony przede wszystkim pod rozgrywkę sieciową. Czyli wybieramy frakcję - do wyboru są trzy: rycerze, samurajowie i wikingowie - i ruszamy do boju. System obrony przed ciosami i wyprowadzania uderzeń jest na pierwszy rzut oka skomplikowany, ale z czasem staje się intuicyjny i odkrywa przed graczem nowe możliwości. Tu trzeba mieć oczy z tyłu głowy, bo dostać można zarówno z prawej, jak i z lewej czy z góry, stąd opanowanie poszczególnych kombinacji jest nieodzowne. Można je przećwiczyć, także grając samodzielnie, gdyż oddano do naszej dyspozycji również tryb fabularny dla jednego lub dwóch chętnych. Może trochę szkoda, że różnice pomiędzy poszczególnymi frakcjami zauważalne są bardziej dopiero po mistrzowskim opanowaniu gry, ale trudno narzekać, kiedy "For Honor" oferuje taką piękną jatkę.
Bartosz Czartoryski
@RY1@i02/2017/039/i02.2017.039.19600080b.801.jpg@RY2@
Ciężko napisać coś nowego o kolejnych pracach Joego Sacco, bodaj najwybitniejszego reprezentanta komiksu reportażowego. Zarówno dlatego, że jest to twórca od lat stale prezentujący wyrównany poziom artystyczny, jak i z powodu charakterystycznej dziennikarskiej narracji, którą Amerykanin niezmiennie stosuje. Ale jego komiksy nie cierpią z tego powodu na monotonię. Sacco wybrał ciężki fach korespondenta wojennego i skrzętnie relacjonował burzliwe rozdziały historii rozdartego wojną świata. Dlatego też w "Strefie Gazy. Przypisach" upomniał się o zapomniane jej wyimki, owe przypisy z tytułu, zdarzenia zignorowane, które miały miejsce przeszło pół stulecia temu, na tle konfliktu Izraela i Palestyny. Sacco przegląda dokumenty i namawia na spowiedź tych, którzy byli świadkami ludobójstwa. Józef Stalin powiedział kiedyś, że śmierć jednostki to tragedia, a miliona - zaledwie statystyka. "Strefa Gazy. Przypisy" to wyraz niezgody Sacco na tak postrzeganą rzeczywistość.
Bartosz Czartoryski
@RY1@i02/2017/039/i02.2017.039.19600080b.802.jpg@RY2@
Mark Kozelek ma niewyparzony język, wiadomo o tym nie od dziś. Mówi prosto z mostu i tak jest też na jego nowej płycie. Nieobce mu jest od lat także melancholijne folkrockowe granie i takim też wypełnił "Common As...". To w zasadzie zestaw jego wypowiedzi podbitych dźwiękami z rejonu indie. Kozelek opowiada tu o masakrach urządzanych w Europie przez terrorystów (numer "Bastille Day" odnoszący się do masakry w Nicei), o Donaldzie Trumpie, odnosi się do popkultury, wspomina m.in. Davida Bowiego. Ten dwupłytowy zbiór brzmi, jakby Mark chciał wyrzucić z siebie wszystkie złe emocje, jakie budzi w nim współćzesny świat. Nie ubiera swoich opowieści w jakieś literackie, atrakcyjne słownie ozdobniki. Wali prosto z mostu, nie unikając przekleństw. Może tak da nam do myślenia. Momentami brzmi to jak muzyczne wypowiedzi Jima Morrisona z muzyką The Doors w tle. Wciąga, choć nie od razu i nie w całości.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2017/039/i02.2017.039.19600080b.803.jpg@RY2@
Taki soulowy feeling, poczucie rytmu, gospelowe korzenie może mieć tylko artysta zza wielkiej wody. Robert Randolph zaczął muzykować w kościele. Po zebraniu gospelowych szlifów grywał jazz. Wreszcie z własną kapelą w 2003 roku wydał debiutancki album. Spodobali się samemu Ericowi Claptonowi, który zaprosił ich na wspólną trasę. Randolph grał też później m.in. z Buddym Guyem, Ringo Starrem, Carlosem Santaną i Eltonem Johnem. Teraz wydał nowy album, zgodnie z tytułem "Got Soul" przepełniony soulem. Doprawiony bluesem i gospel krążek idealnie sprawdzi się podczas jazdy samochodem. Nie ma w graniu Randolph & the Family Band niczego odkrywczego ani wirtuozerskiego. To osadzona w amerykańskiej muzycznej tradycji mieszanka dźwięków, na których wychował się Robert. Można mu zazdrościć takich korzeni.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2017/039/i02.2017.039.19600080b.804.jpg@RY2@
"Niestety, na grze większości pianistów klasycznych odcisnęło się piętno muzyki romantyzmu. Kiedy siadają do instrumentu, to grają jak Chopin. Podobnie ludzie, kiedy mówią, że lubią dźwięk fortepianu, to myślą od razu o nokturnach Chopina" - mówił "Newsweekowi" przy okazji wydania płyty z nagraniem "Sztuki fugi" Bacha na dyktafonie Marcin Masecki. Minęło pięć lat i... mamy album "Chopin. Nokturny". Artysta chłonął muzykę Chopina już jako dziecko, na zmianę z jazzem. Potem uciekał w przeróżne muzyczne historie, od muzyki dawnej, przez jazz, po rocka. Wreszcie Masecki uznał, że nie będzie się już trzymał od kompozycji Chopina z daleka, za to podejdzie do nich na spokojnie, z miłością. I takie są właśnie "Nokturny". Bez fajerwerków, wyciszone, spokojne, romantyczne. Jednocześnie czuć w graniu Maseckiego swobodę, luz i lekkość.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2017/039/i02.2017.039.19600080b.805.jpg@RY2@
Więcej recenzji muzycznych i filmowych na stronie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu