Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Literackie nowości

Ten tekst przeczytasz w 9 minut

W schyłkowych latach ZSRR Wiktor Jerofiejew uchodził za skandalistę, któremu drogę do oficjalnego obiegu zamknięto nie tyle z powodów politycznych, ile obyczajowych: Breżniewowski komunizm był reżimem dość purytańskim, a młody Jerofiejew z pasją wypisywał straszne świństwa. Tak czy owak, buntownicy się starzeją, a reżimy upadają. Skłonność do anarchistyczno-pornograficznych metafor oraz jawny autobiografizm pozostały i później znakiem firmowym pisarza, ale on sam poświęcił gros swojej twórczości próbom ustalenia, czym dla rosyjskiego losu było doświadczenie totalitaryzmu oraz upadku systemu sowieckiego (ujmowanego zarazem jako katastrofa cywilizacyjna oraz zmarnowana możliwość ucieczki od "rosyjskości"). Powstały przy tej okazji książki wybitne: "Życie z idiotą", "Encyklopedia duszy rosyjskiej", "Dobry Stalin".

"Ciało" - niejednorodny gatunkowo zbiór opowiadań, esejów, felietonów i wspomnień - choć miejscami budzi rozbawienie i lśni od absurdalnych puent, jest przesycony poczuciem rezygnacji i rozczarowania; warto zacząć czytać "Ciało" od dwóch tekstów najzupełniej poważnych, po pierwsze od quasi-reportażu o Wyspach Sołowieckich "Sołowki - rosyjski cud bicia", po drugie od eseju o zabójstwie Borysa Niemcowa "Bohater czy ofiara rytualna". "Jego program polityczny był prosty, jasny i zrozumiały od Tokio po Waszyngton: chciał uczynić Rosję cywilizowanym, demokratycznym państwem prawa. Najmniej zrozumiały był ten program w samej Rosji". To zawsze dziwne, kiedy specjalista od satyry mówi serio. Ale cała ta książka taka jest - nawet egocentryczne wspominki, genitalno-alkoholowe anegdoty - we wszystkim tym jest nostalgia i smutek, że coś się nie udało. "Ciało" powinno być w Polsce czytane ze sporym zrozumieniem.

Piotr Kofta

@RY1@i02/2017/029/i02.2017.029.19600070e.801.jpg@RY2@

Opowiadanie albo nawet powieść o Freddiem Mercurym mogliby mieć ochotę napisać niejeden autor lub niejedna autorka z mojego pokolenia. Mówiąc "mojego pokolenia", mam na myśli tych, którzy jako nastolatkowie usłyszeli wiadomość o śmierci charyzmatycznego lidera Queen i po raz pierwszy zrozumieli, jak krwawe żniwo na przełomie lat 80. i 90. zebrała epidemia AIDS. No a potem do znudzenia oglądało się VHS-y z koncertem w hołdzie Freddiemu, na którym wystąpili wszyscy muzycy liczący się wówczas w świecie rocka i popu. A przecież i tak najbardziej poruszające były te momenty, gdy na wielkich telebimach na Wembley pojawiał się sam Mercury, znów po królewsku i znów jako niepodzielny władca dusz dyrygujący bezgranicznie zafascynowanym nim tłumem. Piszę ten przydługi i trochę nazbyt osobisty wstęp, bo opowiadanie otwierające zbiór debiutującego Grzegorza Bogdała narobiło mi sporo nostalgicznych apetytów. Ale, ale - Bogdał to pisarz niepokorny i w żadne wspominkowe koleiny zbyt łatwo wpędzić się nie da. Wspomniane opowiadanie traktuje o kalekim wykolejeńcu, który wprawdzie za muzyką Freddiego nie przepada, ale na podobieństwie do lidera Queen postanawia zbić fortunę. Zresztą i pozostali bohaterowie "Florydy" to szaleńcy i odszczepieńcy najróżniejszej maści. A to wybitnie gadatliwa staruszka, namiętnie konwersująca z ptactwem, a to prostytutka odkrywająca Jezusa. A to znów bioenergoterapeuta o podejrzanej proweniencji. Nie wiem, czy proza Bogdała okaże się wydarzeniem rozpoczynającego się roku, ale autor "Florydy" ma potoczystą frazę i skłonność do językowej niesubordynacji. Jego bohaterowie gotowi są zagadać czytelnika na śmierć.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2017/029/i02.2017.029.19600070e.802.jpg@RY2@

Liam Neeson, grający jedną z głównych ról w ekranizacji "Milczenia" Shusaku Endo, szczerze przyznał, że pierwsza lektura powieści nie napełniła go zachwytem. Mówiąc wprost, nazwał ją najzwyczajniej nudną. Inaczej było z Martinem Scorsese, którego książka Endo pochłonęła tak dalece, że przez blisko 30 lat planował przeniesienie jej na ekran. Swoje marzenie zrealizował dopiero teraz. Można ze zdumieniem zadać pytanie, co też tak nudnego widział Neeson w powieści, w której tak wiele się dzieje. Mamy tu przecież i historyczne kostiumy, i egzotyczną Japonię, i wojny religijne, i mrożące krew w żyłach opisy tortur. To podobno sceny przemocy i okrucieństwa były dla ekipy aktorów największym i najtrudniejszym wyzwaniem. Z drugiej strony, Liam Neeson miał swoje racje. Mimo bogactwa treści powieść Endo toczy się w zaskakująco niespiesznym, monotonnym tempie. Więcej tu miejsca na filozoficzną głębię niż brawurowe popisy akcji. Jest XVII wiek. Do dalekiej Japonii wyrusza jezuita, ojciec Ferreira, by szerzyć chrześcijaństwo. Na miejscu napotyka jednak brutalny opór. Władze oficjalnie zakazują chrześcijaństwa, a konwertytów pod karą niewyobrażalnych tortur zmusza się do publicznego zaparcia się wiary. Wobec dramatycznych wydarzeń wiara ojca Ferreiry zostaje poddana ciężkiej próbie. "Zbyt długo wyobrażałem sobie męczeństwo tak, jak jest opisane w żywotach świętych: kiedy dusze męczenników wracają do Pana, niebo wypełnia się blaskiem chwały, a aniołowie dmą w trąby. A to męczeństwo japońskich wiernych, które Ci teraz relacjonuję, pozbawione było blasku. Jakże było nędzne, jakże gorzkie!" - zapisuje znamienne słowa mnich.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2017/029/i02.2017.029.19600070e.803.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.