Performance dla wybranych
NOWY TEATR Markus Öhrn przybywa do teatru ze świata sztuk wizualnych. Jego "Sonata widm" według Strindberga to eksperyment. Niestety, nieczytelny dla publiczności
Można docenić, iż warszawski Nowy Teatr otwiera się na nowe estetyki, próbuje łączyć to, co na pierwszy rzut oka do połączenia zdaje się trudne. Markus Öhrn to ważne nazwisko w świecie sztuk wizualnych, pracował w teatrze, ale nie powstawały z tego tradycyjne przedstawienia. Głównie z powodu braku gotowego tekstu, bo scenariusze tworzył Öhrn na próbach wraz z aktorami. W Warszawie po raz pierwszy sięgnął po gotowy dramat. Skoro jest Szwedem, zdecydował się na rodzimą klasykę - "Sonatę widm" Augusta Strindberga. A skoro w teatrze Strindberga spektakl oglądało za jednym razem 161 widzów, tylu postanowił wpuszczać na własną "Sonatę widm". Gest, jak rozumiem. Tyle że odrobinę infantylny.
"Sonata widm" mieści się na granicy instalacji wideo oraz tradycyjnego przedstawienia. Mamy na scenie aktorów Nowego Teatru, jednak wszyscy występują w ogromnych kulistych maskach na głowach i nie zdejmą ich aż do końca. Jakby tego było mało, ich głosy zniekształcają specjalne rezonatory. Aktorzy zostają zatem pozbawieni twarzy i głosów. Wchodzą w konwencję performance’u Öhrna z dużym zaangażowaniem, a mimo to im nie zazdroszczę. Rozpoznałem Ewę Dałkowską, Magdalenę Popławską, Marka Kalitę, ale nawet z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik miałem spory problem. Ktoś powie, że to dobrze, bo wykonawcy tak bardzo stopili się ze swymi postaciami, że aż zmazali swe prawdziwe tożsamości. Przynajmniej dla mnie kłopot w tym jednak, iż stracili szanse na stworzenie ról. W świecie Öhrna zostali tylko znakami.
Lwia część zdarzenia dzieje się na czworobocznym ekranie ponad sceną. Można wokół niego krążyć, wychodzić z teatralnej sali i wracać. Widziałem szeregowe przedstawienie niedługo po premierze, publiczność pozostała obojętna na wezwanie do zmian perspektywy patrzenia. Sam przeszedłem się raz czy dwa i te spacery niczego w odbiorze inscenizacji nie zmieniły. Ktoś powiedział, że Markus Öhrn wyrwał gwiazdy Nowego z ich doskonałego samopoczucia, nakazał rzadki rygor grania. Może. Tyle że zwykłych widzów bardzo mało to obchodzi. Kiedy ktoś szuka dziwnego performance’u, może zdarzeniem w Nowym będzie usatysfakcjonowany. Gdy komuś idzie o "Sonatę widm", powinien udać się pod inny adres.
@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600050b.801.jpg@RY2@
fot. Magda Hueckel
Jacek Wakar,
Polskie Radio
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu