Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Całkiem przyjemne nieporozumienie

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

LITERATURA faktu Napisana przez Bartosza Janiszewskiego biografia Stanisława Grzesiuka przypomina trzymający w napięciu, wzruszający i zabawny film

Były brunet, 176 cm wzrostu, 87 kilogramów wagi, żonaty, dwoje dzieci, literat przez nieporozumienie, z wyglądu złodziej" - tak przedstawił się podczas jednego ze spotkań z fanami Stanisław Grzesiuk. Aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz doczekał się pierwszej biografii. Gdyby żył, miałby dziś niemal 99 lat. Zmarł w wieku zaledwie 45, w 1963 roku. Wiele miejsca poświęcała mu przez lata prasa, powstawały dokumenty (chociażby "Grzesiuk, chłopak z ferajny" sprzed 10 lat), ale na książkową biografię trzeba było czekać aż do teraz. A przecież życie Grzesiuka to gotowa opowieść na pasjonującą lekturę. Taka jest też "Grzesiuk. Król życia" Bartosza Janiszewskiego. Socjolog, dziennikarz i scenarzysta rozmawiał z tymi, którzy go pamiętają (albo pamiętają osoby mu bliskie), przekopał się przez masę tekstów sprzed lat, a przede wszystkim dotarł do archiwum rodzinnego. Dzięki temu w książce mamy nie tylko kilka sprostowań nieprawd utrwalonych przez lata w jego życiorysie (np. o pijanym Grzesiuku na własnym ślubie), a także niedrukowane wcześniej teksty Grzesiuka.

Janiszewski opisuje jego losy m.in. poprzez losy Warszawy, w szczególności Czerniakowa. Obraz nie jest tak słodki, jak bywa w publikacjach o stolicy w międzywojniu. Warszawa lśni tylko w małej części, większość jest brudna, smutna i biedna, a szczególnie Czerniaków na granicy z Sielcami, gdzie wychowuje się Grzesiuk, to był warszawski dół. "To była dzielnica biedy, rynsztok ciągnął się wzdłuż ulicy, dzieci na bosaka, wydęte brzuszki", a do tego oprychy w bramach. Sam Grzesiuk mówił w jednym z wywiadów: "na Czerniakowie przed wojną nie myślało się o zostaniu literatem. Ta cała moja przygoda z pisarstwem to wcale przyjemne nieporozumienie". A zaczęło się od sanatorium... ale o tym dowiemy się w książce dopiero po wielu pełnych humoru rozdziałach o przedwojennej Warszawie, ale też wstrząsającej części o pobycie Grzesiuka w obozach Dachau, Mauthausen i Gusen, w których spędził niemal całą wojnę. Opisał to w debiucie "Pięć lat kacetu". W obozie przetrwał dzięki swojemu poczuciu humoru, umiejętności unikania pracy, no i muzyce. Zresztą bandżola, na której grał w obozie w Gusen (z narysowaną Myszką Miki, na pamiątkę wyzwolenia obozu przez wojska amerykańskie, żołnierze mieli bowiem ze sobą rysunki z Miki), przetrwała do dziś. Kilka lat temu grał na niej Muniek Staszczyk, a niedawno Janek Młynarski.

Do napisania debiutu skłoniła Grzesiuka ceniona wówczas krytyczka literacka Janina Preger. Poznali się w sanatorium, do którego po wojnie Grzesiuk trafiał z powodu gruźlicy, choroby, która w końcu go zabiła. W sanatorium bard spędził w sumie więcej życia niż w obozach. Jak w każdym miejscu, gdzie się pojawiał, wzbudzał w nich zachwyt. Był królem życia, bo jak sam mówił, nie chciał żyć na pół gwizdka. Szedł według motto złożonego ze słów wypowiedzianych przez ojca (po nim odziedziczył charakter): boso idź, ale w ostrogach. Do tej maksymy przydawała mu się często niezwykła umiejętność uderzenia przeciwnika ze łba. To było jego firmowe zagranie, przez miesiące ćwiczył je w domu na starych ubraniach, aż w końcu stał się jego mistrzem.

Jego dramatem było, że zaczął pisać tak późno, udało mu się napisać zaledwie trzy książki. Choć niemal nie rozstawał się ze swoją bandżolą, nie doczekał ani jednej płyty. Doczekał jednak sławy. Występował w radiu, telewizji (znakomita jest opowieść o jego udziale w programie "Tele-Echo" Ireny Dziedzic, w którym pojawił się "w dupkę pijany") i podczas tras koncertowych. Kochał to i potrafił się tym bawić, robiąc masę psikusów po drodze.

Grzesiuk został niezwykle ważną postacią stolicy nie tylko ze względu na książki, które pisał, śpiewanie warszawskich szlagierów, ale też ich archiwizację. Zbierał piosenki i dzielił się nimi z innymi. Dzięki temu tak wiele z nich przetrwało do dziś.

"Grzesiuka" czyta się - zapewne w dużej mierze dzięki scenariuszowemu doświadczeniu autora- jakby oglądało się znakomity film. Pełen doskonałych obrazów, dialogów, trzymający w napięciu, wzruszający i zabawny jednocześnie. W jednej z przytoczonych w książce recenzji debiutu Grzesiuka autor pisze: "Powinien ją przeczytać każdy, kto umie czytać. A jeśli ktoś nie umie, to choćby dla niej powinien się nauczyć". Parafrazując te słowa, można napisać: biografię Grzesiuka powinien przeczytać każdy, a jeśli nawet niebliska mu Warszawa czy piosenki barda, to przynajmniej powinien spróbować. Nie zawiedzie się.

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600070b.802.jpg@RY2@

fot. Zygmunt Januszewski/TVP/PAP

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600070b.801.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.