Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Gdy niespełna rok temu "High-Rise" wchodził na ekrany polskich kin, mógł wydawać się nieco przerysowaną metaforą współczesnego świata. Ale to było przed brexitem i Trumpem. Wystarczyło kilka miesięcy, by scenariusz - a także będąca jego podstawą powieść J.G. Ballarda "Wieżowiec" (1975) - nie wydawał się już przesadzony. Wizja luksusowego apartamentowca jako symbolu walki klas i kompletnej degrengolady społeczeństwa nie jest specjalnie oryginalna, ale brytyjski reżyser Ben Wheatley tchnął w nią nowe życie. Jego film jest polityczną hiperbolą i oszałamiającym wizualnym majstersztykiem, łączącym dramat, horror i smoliście czarną komedię. Świat może tytułowego drapacza chmur jeszcze nie przypomina, ale niektóre piętra już stoją w ogniu.

Dodatki: wywiady z aktorami (najciekawszy z Tomem Hiddlestoneem), krótki dokument o filmie, zwiastun. Brakuje za to anonsowanych na okładce wyciętych scen.

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600080b.801.jpg@RY2@

Urodzony w Niemczech, a od lat mieszkający w Londynie kompozytor Max Richter swoją minimalistyczną klasyką wypełnił wiele albumów, filmów (m.in. "Walc z Baszirem") czy seriali ("Tabu" z Tomem Hardym). Pisał także do baletów i jego najnowsza płyta też jest z nim związana. Powstała do nagradzanego (Critics Circle Award oraz Olivier Award) baletu Waynea McGregora "Woolf Works" wystawianego przez słynny londyński Royal Ballet. Całość została oparta na powieściach Virginii Woolf ("Pani Dalloway", "Orlando: biografia" oraz "Fale"). Muzyczne kompozycje zostały uzupełnione słowami z nagrania samej pisarki oraz fragmentami z jej pamiętników czytanymi przez aktorkę Gillian Anderson. Muzycznie album przepełniony jest klasyką, z małymi elektronicznymi wstawkami, w duchu melancholii, mroku. Obok smyczków czy pianina słychać dzwony, gong albo sample. "Three Worlds: Music from Woolf Works" doskonale sprawdza się nawet bez teatralnej scenografii i tancerzy.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600080b.101(c).gif@RY2@

Po śmierci żony Davis czuje emocjonalną pustkę. Ani rozpaczy, ani gniewu, nie ma w nim żadnych uczuć poza potrzebą rozmontowywania domowych sprzętów na składniki pierwsze. Dopiero korespondencyjna znajomość z samotnie wychowującą nastoletniego syna Karen pozwala Davisowi spojrzeć z dystansu na dotychczasowe życie. Wykoncypowane studium żałoby, oparte na złożonym z melodramatycznych klisz scenariuszu, w którym jednak zabrakło silnych emocji, a choćby i kiczowatych wzruszeń. Jake Gyllenhaal potrafi oczywiście udźwignąć i taką opowieść, natomiast reżyserowi Jean-Marcowi Vallée Hollywood nie służy - "Destrukcja" to kolejne po "Dzikiej drodze" rozczarowanie w jego karierze. Na szczęście Kanadyjczyk wraca do formy, o czym będzie się można przekonać, oglądając serial "Wielkie kłamstewka" (premiera na HBO 20 lutego). galeria zdjęć (i nic poza tym, można przynajmniej poczuć się jak w drugiej połowie lat 90., za pionierskich czasów DVD).

Jakub Demiańczuk

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600080b.802.jpg@RY2@

Bonobo, czyli Simon Green, jedna z czołowych postaci downtempo i wytwórni Ninja Tune, powraca z szóstym albumem, który szybko po premierze znalazł się w pierwszej dziesiątce zestawień najpopularniejszych płyt w wielu krajach. Bonobo proponuje na nim wycieczkę po stonowanej muzyce klubowej z naleciałościami orientalnymi i jazzowymi. Wspomogli go tutaj Michael Milosh z Rhye, Nick Murphy, czyli Chet Faker, wokalistka Hundred Waters Nicole Miglis i marokański zespół Innov Gnawa. Z Murphym w "No Reason" poszedł w dyskotekową stronę na "Migration". Najbardziej podobają mi się jednak orientalne rejony albumu, szczególnie współpraca z Innov Gnawa w "Bambro Koyo Ganda". Wyobrażam sobie, że kawałek może rozkręcić nie tylko prywatkę w gorącej Kalifornii (nowym domu Greena), ale też marokańską domówkę. Taneczny klimat miesza się na tym krążku z melancholią. Czasami płyta ma zbyt zimny, wyobcowany, mechaniczny klimat, ale skutecznie ratują ją wstawki rodem z world music.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600080b.102(c).gif@RY2@

Wbrew tytułowi ("rennen" znaczy po niemiecku "biec") druga płyta angielskiego muzyka Christophera Taylora, tworzącego pod pseudonimem Sohn, nie sprawdzi się przy joggingu. Anglik mieszkający w Wiedniu to mistrz muzyki, którą można określić jako noir RnB. Spodoba się fanom wykonawców pokroju Jamesa Blakea czy Jamiego Woona. Na "Rennen" ten ceniony studyjny erudyta (pracował m.in. z Banks, Rihanną i Laną Del Rey) buja dźwiękami klawiszy, mocnym basem i chłopięcym wokalem. Wszystko jest podane w lekko przygaszonym, jakby zwolnionym tempie w mrocznym anturażu. Co prawda doskonałym rytmicznym numerom "Hard Liquor" czy "Conrad" towarzyszą słabsze senne momenty ("Still Waters", "Rennen"), to i tak jest to album, który powinien na dłużej wciągnąć fanów nieśpiesznej elektroniki z zacięciem RnB i soulowym.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2017/024/i02.2017.024.19600080b.103(c).jpg@RY2@

CZYTAJ NA DZIENNIK.PL

Więcej recenzji muzycznych i filmowych na stronie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.