W cieniu góry lodowej
Upływ czasu zrobił Ernestowi Hemingwayowi dobrze: oderwany od bezpośredniego kontekstu swojej epoki jest ciekawszy, prowokuje więcej pytań, wywołuje więcej niepewności
Czasami nowy przekład może przywrócić książkom życie. Jest tak choćby w wypadku Josepha Conrada - Conrad pisał komunikatywnie i klarownie, jego angielszczyzna, choć momentami ekscentryczna, zestarzała się znacznie mniej i znacznie szlachetniej niż jej polskie tłumaczenia sprzed stulecia. Lektura „Lorda Jima” czy „Tajnego agenta” była męcząca nie ze względu na treść - bo to wspaniałe powieści - lecz z uwagi na manieryczny język i kłopotliwą składnię przekładu. Szczęśliwie Conrad doczekał się nowych tłumaczeń - „Jądro ciemności” i liczne opowiadania spolszczyła Magdalena Heydel, „Tajnego agenta” Maciej Świerkocki, „Lorda Jima” Michał Kłobukowski - które niejednokrotnie pozwalają reszcie zrozumieć, o co właściwie chodziło w literaturze autorowi „Szaleństwa Almayera”.
Ernest Hemingway (1899-1961) miał niegdyś w polszczyźnie więcej szczęścia - choć trafił do naszego obiegu kulturowego późno, bo na dobrą sprawę dopiero w czasie odwilży po stalinizmie; przekładał jego książki głównie Bronisław Zieliński (1914-1985), tłumacz w czasach swojej szczytowej aktywności wybitny (miał na koncie też m.in. „Moby Dicka” Melville’a, „Na wschód od Edenu” Steinbecka, „Z zimną krwią” Capote’a czy „Stąd do wieczności” Jonesa), który zawarł nawet z Papą osobistą znajomość. Połączyła ich słabość do broni i polowań, Zieliński był zresztą żołnierzem w kampanii wrześniowej, w 1940 r. uciekł z transportu wiozącego polskich oficerów na Wschód (i na śmierć z rąk NKWD), po wojnie aresztowała go bezpieka, trzy lata spędził w więzieniu - taka biografia mogła zaimponować Hemingwayowi, z kolei Zieliński dobrze się czuł w klasycznych, wojenno-reporterskich tematach.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.