Zatruta radość życia
Bułat Okudżawa był fenomenem długiej epoki nieustającego kryzysu wartości – w czasach nonsensu nadawał sens zwykłemu życiu. Czy nie trzeba nam dziś czegoś podobnego?
Przypuszczam, że w zdumiewająco paskudnym roku 2020 mało kto u nas słucha piosenek Bułata Okudżawy, nie mówiąc o czytaniu jego powieści. Piosenki – te, które się cudem ostały w naszej przestrzeni memetycznej – skryły się w specyficznej niszy „poezji śpiewanej”, od dekad niewznawiane powieści są głównie przedmiotem zainteresowania filologów. W moim pokoleniu, generacji czterdziestoparolatków, szczupły, łysawy, siwiejący okularnik z wąsikiem jest pewnie z grubsza rozpoznawalny, myśmy jeszcze (w każdym razie niektórzy z nas) chodzili z plecakami po górach i śpiewali „Modlitwę” przy ognisku, ale na tym koniec, finito.
To w sumie żaden zarzut – z różnych powodów dawne relacje kultury polskiej z kulturą rosyjską zostały bezpowrotnie zerwane, a nowe, jeśli komuś by się chciało, należałoby dopiero zbudować na całkiem innych fundamentach, zapewne silnie antysystemowych i kontrkulturowych: ostatecznie czarnosecinne duchy nacjonalizmu, imperializmu i totalitaryzmu nadal nie chcą zdechnąć we wschodniej Europie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.