Dziennik Gazeta Prawana logo

W negocjacjach z przychodniami wykorzystano metodę kija i marchewki

27 czerwca 2018

Rząd wrócił do rokowań, ponieważ protest poparła przytłaczająca większość środowiska medycznego

Minister Bartosz Arłukowicz wczoraj ponownie zaprosił na rozmowy lekarzy zrzeszonych w Porozumieniu Zielonogórskim w sprawie nowych zasad finansowania działalności lekarzy pierwszego kontaktu. Przed spotkaniem, które zakończyło się już po zamknięciu tego wydania DGP, obie strony deklarowały, że chcą porozumienia. W poniedziałek na znak protestu nie działało 15 proc. placówek podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). A po fiasku poprzednich pertraktacji urzędnicy na szczeblu regionalnym sięgali po argumenty siłowe.

Zdarzały się propozycje nie do odrzucenia. - Podczas jednej z rozmów z NFZ urzędnik wprost mi powiedział, że jeśli nie podpiszę umowy, mogą skontrolować moją działalność za ostatnie pięć lat - opowiada jeden z protestujących lekarzy ze wschodu Polski, który prowadzi jednoosobową praktykę. I dodaje, że w przypadku kontroli "zawsze coś się znajdzie", a wysokość kary finansowej może być druzgocząca. Prosi, by nie podawać nazwy miejscowości. Obawia się represji. Z kolei w Łódzkiem narzędziem nacisku była groźba wypowiedzenia najmu budynku przychodni. Lekarze ulegli i podpisali umowę. Krzysztof Bąk, rzecznik resortu zdrowia, nazywa podobne zarzuty mianem absurdalnych i przekonuje, że takie sytuacje nie miały miejsca.

Niektórym lekarzom grożono automatyczną utratą zapisanych pacjentów. Zdaniem Barbary Trabszys z kancelarii Kieszkowska Rutkowska Kolasiński to akurat nietrafiony argument. - Niezawarcie przez lekarza POZ umowy z NFZ na kolejny rok nie oznacza automatycznego wygaśnięcia deklaracji wyboru i nie pozbawia pacjentów prawa do uzyskania świadczenia finansowanego ze środków publicznych po podpisaniu takiej umowy u wybranego wcześniej lekarza, który tymczasowo - do momentu podpisania aneksu czy nowej umowy na nowy rok - nie realizował kontraktu z NFZ - mówi prawniczka. I dodaje, że nie ma przepisów, które wprost przewidywałyby utratę ważności deklaracji w takiej sytuacji. - W poprzednich latach umowy z NFZ były nierzadko aneksowane dopiero w styczniu i nie było mowy o nieważności deklaracji - dodaje Trabszys.

Była i marchewka: szybsza i łatwiejsza ścieżka zakładania własnych gabinetów. Pierwsi lekarze już z niej skorzystali.

Choć batalia medyków z rządem najczęściej bywała sprowadzana do walki o pieniądze, ci pierwsi podkreślają, że z ich punktu widzenia największym problemem była raczej niepewność jutra. - Przyjmuję około 40 pacjentów dziennie. Bardzo długo pracowaliśmy nad systemem pozwalającym na ich sprawne przyjmowanie. Internetowa rejestracja rozpoczyna się poprzedniego dnia o 21. Rezerwujemy też czas na pilne przypadki z dnia. Jeżeli jest za dużo chętnych, pielęgniarki robią wstępne rozeznanie, kto potrzebuje najpilniejszej porady - mówi Andrzej Zapaśnik z pomorskiej placówki POZ.

Lekarze nie wiedzą, o ile zwiększy się liczba pacjentów i czy w związku z tym czas, który mogą poświęcić na jednego chorego, nie zmniejszy się do kilku minut. A to nie wystarczy na dokładny wywiad i diagnozę. Jedna z lekarek z 30-letnim stażem w otwartym liście do "przyjaciół i znajomych" opisała swój dzień pracy. Pisze, że zwykle przyjmuje 50-70 pacjentów dziennie. Czasem jednak zgłasza się nawet 100. Po zmianach dojdą jej nowi pacjenci, choćby ci endokrynologiczni. Na ich przyjęcie potrzeba więcej czasu, około 30 minut. To odbędzie się kosztem chorych czekających w kolejce.

Lekarka wskazuje również na absurd związany z przekierowaniem chorych okulistycznych i dermatologicznych do POZ. - Po co wypisywać skierowania do okulisty na dobranie okularów? Ja i tak nie mogę nic w tej dziedzinie zrobić. Żeby pójść z dzieckiem po korektę szkieł, pacjenci będą musieli najpierw się zarejestrować w POZ, by dostać skierowanie. Następny dzień spędzony w kolejce do lekarza. Także do dermatologa zawsze szło się bez skierowania. To najskuteczniejsza metoda wczesnego leczenia chorób wenerycznych. Teraz najpierw do mnie, a później dalej - mówi lekarka. I znowu odbędzie się to kosztem chorych z zapaleniem gardła, gorączką czy wymiotami.

Lekarka podpowiada też kolejną pułapkę wynikającą z nowych przepisów. - NFZ może aneksem zmienić umowę bezterminową bez jakiejkolwiek konsultacji ze mną. Ja mogę ją tylko wypowiedzieć. To oznacza, że do POZ będzie można wrzucić wszystko, co się nie zmieści gdzie indziej. My staniemy się pierwszą twarzą NFZ w zetknięciu z pacjentem. Sami już niewydolni, będziemy dostawać kolejne zadania - podsumowuje lekarka.

Porozumienie Zielonogórskie, które stało się twarzą protestu, opublikowało sześć punktów, o które chce walczyć z resortem. Protestującym chodzi o zniesienie limitów na wystawianie kart onkologicznych, przywrócenie opieki okulistycznej i dermatologicznej bez skierowań, przywrócenie wyższej stawki za diabetyków i chorych z układem krążenia czy likwidację możliwości jednostronnej zmiany umowy przez NFZ. Sytuacja stała się groźna dla rządu, kiedy protest oficjalnie poparły Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Naczelna Rada Lekarska. Być może przyczyniło się to do złożenia przez Arłukowicza oferty powrotu do rozmów.

@RY1@i02/2015/003/i02.2015.003.00000020b.802.jpg@RY2@

ŁUKASZ KALINOWSKI/EAST NEWS

W Jastrzębiu-Zdroju kontraktu z NFZ nie podpisało aż 13 przychodni

Klara Klinger

klara.klinger@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.