Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Zdrowie

Mięso z chorych krów obnażyło patologię inspekcji. Porządku nie umiemy zrobić od lat

Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Pięć różnych inspekcji z różnymi kompetencjami, strukturą i podległością. Do tego chroniczne niedoszacowanie, braki kadrowe i nie do końca jasne powiązania z biznesem. Tak wygląda nadzór nad bezpieczeństwem żywności w Polsce. Gołym okiem widać, że system może mieć słabe punkty. I zdaje się, że decydenci doskonale o tym wiedzą, bo o reformie inspekcji mówi się od lat. No właśnie – mówi, dyskutuje, argumentuje i… czeka. Ale raczej nie na cud, tylko na kolejną aferę. Bo po niej jest natychmiastowa reakcja, jak teraz po reportażu dziennikarzy TVN „Chore bydło kupię”. A więc – pokazowe kontrole, natychmiastowe zwolnienia pracowników niższego szczebla i – co najgorsze – naprędce nowelizowanie przepisów. Tymczasem skoro od dawna trudno wypracować w tej sprawie kompromis (a dwugłos ministerstw rolnictwa i zdrowia tego nie ułatwia), to jeszcze trudniej uwierzyć, że w sytuacji kryzysowej i w pośpiechu uda się taką reformę urzędowej kontroli żywności przeprowadzić. Zwłaszcza że minister rolnictwa wycofuje się ze swoich – prezentowanych jeszcze parę miesięcy temu – pomysłów powstania jednej dużej agencji żywności. Również eksperci, którzy wcześniej lansowali ten pomysł, nie są za tym, by podlegała ona jedynie pod jego nadzór. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – kwestie związane z jakością żywności są ściśle połączone ze zdrowiem konsumentów. I są one tak samo ważne, jak nie ważniejsze, od stanu polskiego rolnictwa. Tymczasem po aferze leżakowej słychać głównie o tym, ile na niej traci gospodarka. Znacznie mniej mówi się o tych, którzy złej jakości mięso kupili, a wcale – o dobrostanie zwierząt, które w opisany przez dziennikarzy sposób kończyły życie. © ℗

Bożena Ławnicka  

bozena.lawnicka@infor.pl

 

Gdzie kucharek pięć…

System kontroli żywności w Polsce jest zbyt rozbudowany, a na dodatek są w nim luki. O reformie i dofinansowaniu służb, których celem jest nadzór nad tym, co trafia na nasze stoły, mówi się od lat. Teraz jest szansa na zmiany. Niestety wiele wskazuje na to, że będą doraźne

Wszystko powinno działać jak w zegarku. Kontrolą żywności w Polsce zajmuje się przecież aż pięć inspekcji: Państwowa Inspekcja Sanitarna (PIS) i Inspekcja Weterynaryjna (IW), Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN), Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) oraz znajdująca się w strukturach Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – Inspekcja Handlowa (IH). Przy czym bezpośrednio bezpieczeństwem żywności zajmują się dwie: inspekcja weterynaryjna i sanitarna (więcej: infografika). Nic nie można też zarzucić krajowym przepisom. Są zgodne z unijnymi regulacjami, według których urzędowa kontrola żywności obejmuje cały łańcuch pokarmowy – począwszy od tego, co na polu i co służy do żywienia zwierząt, po to, co trafia do naszych żołądków. Tyle w teorii, bo w praktyce system nie zawsze okazuje się wydolny, czego potwierdzeniem są ujawnione ostatnio przez TVN nieprawidłowości z ubojem i dopuszczeniem do obrotu mięsa z chorych krów. Co więc zawiodło?

Święte krowy vs chore

– Do fałszowania żywności dochodzi na całym świecie, często podczas nielegalnie prowadzonej działalności. W przypadku ujawnionym przez media, zgodnie z zasadą, że pod latarnią najciemniej, ubój chorych krów był prowadzony pod osłoną nocy w funkcjonującej normalnie na co dzień firmie. Mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju zorganizowaną grupą. Zajmujący się tym procederem dostawcy i rzeźnicy poczuli się z czasem jak święte krowy. Wydawało im się, że są nie do ruszenia – stwierdza Marek Posobkiewicz, do niedawna główny inspektor sanitarny. – Czy pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej wiedzieli lub mogli się domyślać, co się dzieje w ubojni? – zastanawia się Posobkiewicz. Od razu jednak dodaje: – Organy zajmujące się urzędową kontrolą żywności mogą działać tylko w granicy prawa i w ramach posiadanych uprawnień. Nie mogą np. przeprowadzać prowokacji, zakupów kontrolowanych, nie mogą pod przykrywką zatrudniać się w kontrolowanych zakładach. Możliwość taką mieli dziennikarze śledczy.

Art. 16 ust. 1 ustawy z 29 stycznia 2004 r. o Inspekcji Weterynaryjnej (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 1557)

„Jeżeli powiatowy lekarz weterynarii z przyczyn finansowych lub organizacyjnych nie jest w stanie wykonać ustawowych zadań Inspekcji, może (…) wyznaczać na czas określony lekarzy weterynarii niebędących pracownikami Inspekcji do:

– szczepień ochronnych lub badań rozpoznawczych,

– sprawowania nadzoru nad miejscami gromadzenia, skupu lub sprzedaży zwierząt, targowiskami oraz wystawami, pokazami lub konkursami zwierząt,

– badania zwierząt umieszczanych na rynku, przeznaczonych do wywozu oraz wystawiania świadectw zdrowia,

– sprawowania nadzoru nad ubojem zwierząt rzeźnych, w tym badania przedubojowego i poubojowego, oceny mięsa i nadzoru nad przestrzeganiem przepisów o ochronie zwierząt w trakcie uboju…”

Luki w systemie

Największą wyrwą, zdaniem większości pytanych przez nas osób, jest to, że zadania inspektorów weterynarii w ubojniach wykonują lekarze niezwiązani z Inspekcją Weterynaryjną, którym inspektor powiatowy zleca takie zadanie. Wiąże się to z wysokimi zarobkami, bo sprawdzają oni wiele tusz zwierząt. Rolnicy mówią, że są to miesięczne zarobki rzędu nawet 40 tys. zł. – Tymczasem w Inspekcji Weterynaryjnej, gdzie pracują ludzie decydujący o bezpieczeństwie naszej żywności, pensje są na poziomie ok. 3–3,5 tys. zł brutto – mówi Marcin Bustowski, przewodniczący Związku Zawodowego Rolników Rzeczypospolitej Solidarni. – I to przy średniej krajowej wynoszącej ok. 5,3 tys. zł. To, jak twierdzą rolnicy, tworzy lokalne układy między weterynarzami a powiatowymi lekarzami weterynarii, którzy zlecają im zadania. Z drugiej strony weterynarzom zależy na dobrze opłacanej pracy i przemykają oko na to, co się dzieje w kontrolowanym zakładzie. Oczywiście nie wszyscy weterynarze są w tak dobrych układach z powiatowym inspektorem i jeśli dostają nadzór nad małymi gospodarstwami to ich zarobki nie są już tak atrakcyjne. Stawki od pojedynczych sztuk są tak niskie, że wizyta weterynarza ledwo pokrywa jego wydatki. Generalnie wysokość stawek, przynajmniej oficjalnie, określa rozporządzenie ministra rolnictwa i rozwoju wsi z 15 stycznia 2018 r. w sprawie warunków i wysokości wynagrodzenia za wykonywanie czynności przez lekarzy weterynarii i inne osoby wyznaczone przez powiatowego lekarza weterynarii (Dz.U. 2018 poz. 129). Ważne jest jednak miejsce i skala podejmowanych przez weterynarza działań.

Kolejny problem to niedofinansowanie i braki kadrowe. Liczba inspektorów weterynarii spada praktycznie we wszystkich powiatach i województwach, przy czym duży wpływ na to mają niskie uposażenia. A swoje robi też, zdaniem ekspertów, podwójna zależność niższych stopni inspekcji – od głównego lekarza weterynarii, od wojewody, co też może sprzyjać lokalnym układom.

Rolnicy i eksperci bardzo mocno akcentują jeszcze jedno. Dzisiaj rolnik, gdy zwierzę pada lub poważnie choruje i wymaga eutanazji, jest zostawiony sam sobie i do tego nieszczęścia musi dołożyć poważne pieniądze. – To nikogo nie interesuje – irytuje się Krzysztof Tołwiński, polityk i samorządowiec, a także były wiceminister skarbu, a obecnie lider Federacji Gospodarstw Rodzinnych. – A gdzie jest inspektor weterynaryjny? Powinien się pojawić i stwierdzić, czy to zwierzę ze względów humanitarnych i gospodarczych może być poddane ubojowi czy eutanazji. A jeśli konieczna okaże się eutanazja, to powinna się ona odbyć na koszt państwa – dodaje.

A ponieważ tak się nie dzieje, to rolnicy szukają innego wyjścia i z pomocą nierzadko przychodzą im właśnie weterynarze, polecając handlarza nielegalnym mięsem. Mają za to ponoć prowizję.

Kto czym się zajmuje, czyli urzędowa kontrola żywności w Polsce

Jedna zamiast pięciu w odwrocie

O reformie kontroli żywności mówi się od lat i w zasadzie bez rozgraniczeń partyjnych. Niestety, jak do tej pory też bez powodzenia. Jeszcze kilka miesięcy temu minister rolnictwa mówił o konieczności stworzenia jednej inspekcji zajmującej się tym obszarem, dzięki czemu jeden super organ kontrolowałby żywność od pola do stołu. Przy czym pomysł na nią leżakuje w sejmowej zamrażarce (projekt ustawy pochodzi z 2017 r.). Niestety, także dziś wyraźnie widać, że chętnych do tego, by zamiast pięciu instytucji kontrolą żywności zajmowała się jedna, zdecydowanie ubywa. Mało tego, reformą zdaje się nie być obecnie zainteresowany nawet jej inicjator.

Kilka dni temu minister rolnictwa Krzysztof Ardanowski stwierdził bowiem, że przy obecnej walce z afrykańskim pomorem świń nie czas na tak rewolucyjne zmiany. Jednocześnie przyznał, że są istotne rozbieżności między jego resortem a ministrem zdrowia, który bojąc się demontażu dobrze i skutecznie działającego systemu nadzoru nad żywnością prowadzoną przez Państwową Inspekcję Sanitarną, nie jest skłonny, by tę część sanepidu do tej wspólnej inspekcji przyłączyć. Ministrowi zdrowia przyklaskuje główny inspektor sanitarny. Dlaczego? – W przypadku Państwowej Inspekcji Sanitarnej oznaczałoby to rozbicie struktur bardzo dobrze funkcjonującej instytucji, co wyraża się w raportach misji FVO (Biura Żywności i Weterynarii Komisji Europejskiej) i ocenie krajowej jednostki kontroli państwowej, tj. Najwyższej Izby Kontroli – tłumaczy Jan Bondar, rzecznik prasowy Państwowej Inspekcji Sanitarnej. I przypomina, że próby łączenia w ostatnich latach podejmowano aż dziesięciokrotnie, w dziewięciu przypadkach z inicjatywy ministra rolnictwa – zaznacza Bondar.

– Problem nie leży w liczbie inspekcji, ale w ich uprawnieniach i narzędziach – stwierdza Marek Posobkiewicz. – We Włoszech fałszowaniem żywności zajmują się specjalne struktury policji (Carabinieri). Tylko administracyjne działania, bez możliwości działań śledczych i operacyjnych, nie pozwalają na wystarczającą walkę z przestępcami gospodarczymi. Służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo i jakość żywności muszą być odpowiednio zabezpieczone logistycznie (laboratoria, szybkie testy), systematycznie szkolone, dobrze wynagradzane i niezależne od producentów – tłumaczy Posobkiewicz.

– Inspektorzy nie mogą być na niczyjej smyczy – wtóruje dr hab. Paweł Wojciechowski z Pracowni Prawa Żywnościowego Katedry Prawa Rolnego i Systemu Ochrony Żywności Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Zwraca on jednak uwagę na tendencję łączenia inspekcji w różnych krajach. I wylicza, że zmiany w organizacji urzędowej kontroli żywności wprowadzono już m.in. w Danii, Irlandii, Niemczech, Holandii, Wielkiej Brytanii, Finlandii, Kanadzie czy w Nowej Zelandii. Według Wojciechowskiego po konsolidacji struktur kontroli żywności obserwuje się poprawę efektywności nadzoru i zarządzania oraz obniżenie kosztów funkcjonowania służb. Jego zdaniem ujednolicenie struktur pozytywnie wpływa też na funkcjonowanie przedsiębiorstw w sektorze żywnościowym.

opinia

Wszystko zaczyna się od rolnika

Patryk Szczepaniak

współautor wyemitowanego w programie TVN „Superwizjer” reportażu „Chore bydło kupię”

Praca nad reportażem i zatrudnienie w ubojni w Kalinowie pod Ostrowią Mazowiecką dały mi sporo do myślenia, jak działa kontrola bezpieczeństwa żywności w Polsce. Ale zastrzegam, na pewno nie wszędzie jest źle. Ja akurat trafiłem na patologiczne miejsce, choć według naszych informatorów – nie jedyne w kraju.

Na czym polegają dziury w systemie? Wszystko zaczyna się od rolnika. Zwierzę jest dla niego inwestycją, więc jeśli zachoruje i leży, to jest kłopot. Zgodnie z unijnym prawem należy je uśpić i zutylizować. To spory wydatek, bo samo uśpienie krowy to ok. 500 zł, w zależności od wagi. A więc zamiast spodziewanego zysku mamy koszt. We Francji w tym momencie wkracza państwo – dotuje wydatki związane z chorym czy padłym zwierzęciem. U nas rolnik jest pozostawiony sam sobie. Może starać się o ubój z konieczności, ale to skomplikowana procedura. Oznacza ściągnięcie do gospodarstwa co najmniej dwóch osób z powiatu, co zajmuje czas i pieniądze. Nikomu się to nie opłaca. I to jest pierwsza dziura w systemie, bo jak państwo nie działa, to pojawia się czarny rynek. Druga to Inspekcja Weterynaryjna. Teraz, po emisji materiału, rozmawiam z wieloma inspektorami i weterynarzami. Często są to wykształceni pasjonaci, którym zależy na dobrostanie zwierząt, ale z tego się dzieci nie wykarmi. I pojawia się pokusa, bo pieniądze zarabia się w ubojni. W efekcie weterynarz urzędowy (czyli taki, który kontroluje zakład na podstawie zlecenia od inspektora powiatowego) musi mieć dużo odwagi, by stwierdzić w niej jakieś nieprawidłowości, bo de facto powinien donieść na tego, kto mu płaci. W zakładzie, w którym pracowałem, weterynarz udawał ślepego. Korupcji mu nie udowodniliśmy, ale według naszego informatora na takie usługi, jakie miały miejsce w Kalinowie, jest cennik. Jak wyglądała praca tego weterynarza? Przyjeżdżał rano, po nocnym uboju sprawdzał głowy – bo to trzeba robić w związku z procedurami dotyczącymi choroby wściekłych krów – wypełniał papiery i znikał. Tusz w lodówce w ogóle nie oglądał. Uważam, że trzeba zerwać jakoś tę pępowinę, która łączy zakład z lekarzem weterynarii, bo to nie tylko sprzyja korupcji, ale sprawia, że system się sypie. Weterynarz powinien być faktycznym bezpiecznikiem dla ubojni. Bo jak zawiedzie, to mamy, jak w przypadku Kalinowa, 13 ton niezbadanego i niewiadomej jakości mięsa, które trafiło do kilku krajów UE. A będzie tego jeszcze więcej, bo służby badają na razie tylko styczeń.

Kolejna rzecz to kontrola i tu na pewno przydałyby się jakieś zmiany. W Kalinowie zakład był na odludziu, w pobliżu mieszkali tylko właściciele i ich rodzina. Tam jeden na drugiego nic nie powie. Zbiorowa niepamięć. Ale w przypadku Rosławowic, gdzie też był prowadzony podobny proceder – sąsiedzi i byli pracownicy zareagowali i zgłaszali służbom, że jest smród, że jest wożona padlina, ale tu też nic się nie działo. Poza tym kontroli nie ma w nocy. Są zapowiadane z dużym wyprzedzeniem, często polegają na przeglądaniu dokumentacji. W Białej Rawskiej, gdzie właściciel za nielegalny ubój został skazany na więzienie, kontrole były i też nic nie wykazały. Sprawę ubojni w Kalinowie zgłosiliśmy w odpowiednich służbach jeszcze przed emisją reportażu – w nocy z 14 na 15 stycznia – a kontrolę zaplanowano dopiero pod koniec stycznia. Nie było reakcji natychmiastowej. Za to reakcja władz, ministra rolnictwa, po reportażu jest fikcyjna i na pokaz. Teraz każdy z tej branży siedzi cicho. ©

Co w zamian

Jeśli jednak nie jedna wielka inspekcja, to na czym mogą polegać zmiany? Zapytaliśmy o to Ministerstwo Rolnictwa. Od Małgorzaty Książyk, dyrektora biura prasowego w resorcie rolnictwa, dowiadujemy się tylko, że w ministerstwie podjęto już prace nad przygotowaniem propozycji zmian legislacyjnych i organizacyjnych w tym zakresie. O konkretach jednak milczy. Nieco więcej ujawnił niedawno mediom wiceminister rolnictwa Szymon Giżyński. Otóż zmiany mają dotyczyć przede wszystkim zlecania kontroli lekarzom z rynku. Przy czym chodzi głównie o to, by weterynarze z inspekcji nie zarabiali 3 tys. zł, gdy jednocześnie osoby zewnętrzne za kontrole otrzymywały od kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy. – Prawdopodobnie chodzi o etatyzację, czyli o to, by kontroli dokonywali etatowi inspektorzy – tłumaczy Jacek Łukaszewicz, prezes Krajowej Rady Lekarsko-Weterynaryjnej.

40 tys. zł ponoć nawet tyle miesięcznie mogą zarabiać niektórzy weterynarze oddelegowani do kontrolowania tusz zwierząt

3–3,5 tys. zł pensje na takim poziomie otrzymują pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej

Taka propozycja nowelizacji ustawy padła już przy projekcie łączenia inspekcji. Ale nie przetrwała, bo za dużo by kosztowała (wydatki na ten cel oszacowano na blisko 800 mln zł). Pytanie, czy znalazłaby się odpowiednia liczba chętnych weterynarzy, którzy już dzisiaj uciekają z inspekcji przede wszystkim – o o czym już wspominaliśmy – ze względu na niskie zarobki. Wprawdzie mówi się, że resort rolnictwa może chcieć zatrudnić do tego osoby z innym wykształceniem, jednak weterynarze zwracają uwagę, że jest to niezgodne zarówno z unijnymi, jak i międzynarodowymi regulacjami.

Inny pomysł na reformę mają rolnicy zrzeszeni w ZZRR Solidarni. – Jeśli już zewnętrzni lekarze muszą pracować w ubojniach, to powinien ich obowiązywać rotacyjny system pracy, tak by się nie czuli związani z konkretnym zakładem – mówi Marcin Bustowski, przewodniczący ZZRR Solidarni. – W innym przypadku zawsze będzie jakiś system korupcyjny – dodaje. Ten pomysł nie podoba się jednak weterynarzom. Ich zdaniem rotacja osłabiłaby skuteczność nadzoru (więcej w wywiadzie z prezesem Krajowej Rady Lekarsko-Weterynaryjnej).

Natomiast eksperci twierdzą, że pilnie potrzebna jest zmiana systemu sankcji za poszczególne przewinienia. Bo dzisiaj, jak zauważa Paweł Wojciechowski, kary dla przedsiębiorcy za fałszowanie żywności w sposób niezagrażający zdrowiu lub życiu mogą być wyższe niż te, która są zagrożeniem dla ludzi.

Ważna niezależność

Innym pomysłem jest pionizacja inspekcji, czyli „odzespolenie” struktur wojewódzkich, a niekiedy i powiatowych, które są obecnie zależne także od wojewodów czy starostów. Za takim rozwiązaniem opowiadają się Inspekcja Weterynaryjna oraz Państwowa Inspekcja Sanitarna. Jan Bondar, rzecznik PIH, wylicza powody, dla których pionizacja byłaby pożądana. Chodzi m.in. o istotne różnice płacowe między inspektorami powiatowymi a wojewódzkimi. – Są też różnice w interpretacji przepisów dotyczących wynagrodzeń. Pionizacja gwarantuje też niezależność decyzji powiatowych inspektorów od władz lokalnych. Takie działanie powinno też zwiększyć efektywność wydawania środków finansowych. Ponadto w sytuacjach kontrolno-interwencyjnych pionowe struktury zapewniają możliwość prowadzenia szybkich i spójnych działań zaradczych – wyjaśnia Jan Bondar. – Poza tym pionizacja inspekcji jest dobrze postrzegana przez UE – dodaje.

Podobne postulaty mają weterynarze. Oni również zwracają uwagę na lepszy rozdział środków i szybsze przeprowadzanie akcji w przypadku epidemii. Przy czym chcą, by Inspekcja Weterynaryjna podlegała premierowi lub specjalnemu urzędowi, a nie ministrowi rolnictwa, któremu – ze względu na to, że jego elektorat to rolnicy i producenci żywności – nie zależy na jej wzmacnianiu.©

opinia eksperta

Na razie szykują się tylko działania doraźne

Marta Gadomska-Gołąb radca prawny, partner w Kancelarii Wierzbowski Eversheds Sutherland

Wśród przyczyn niewystarczającego nadzoru nad zakładami podlegającymi Inspekcji Weterynaryjnej wskazuje się m.in. na braki kadrowe i obciążenie inspektorów – lekarzy weterynarii – znaczną ilością zadań. Coraz popularniejsze stało się delegowanie czynności inspekcyjnych w bardziej obłożonych pracą inspektoratach weterynarzom niebędącym pracownikami inspekcji. Dopuszcza to art. 16 ustawy z dnia 29 stycznia 2004 r. o Inspekcji Weterynaryjnej. W takich przypadkach istnieje ryzyko rozmycia podległości w zakresie wykonywania zadań. Problem ten zauważył Minister Rolnictwa. Jego zdaniem objawia się on przekazywaniem płatności za czynności nadzorcze bezpośrednio lekarzowi weterynarii (par. 10 Rozporządzenia Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 15 grudnia 2006 r. w sprawie sposobu ustalania i wysokości opłat za czynności wykonywane przez Inspekcję Weterynaryjną, sposobu i miejsc pobierania tych opłat oraz sposobu przekazywania informacji w tym zakresie Komisji Europejski umożliwiają pobieranie opłat w miejscu i czasie wykonania czynności, jeżeli są wnoszone gotówką). Minister zapowiedział zmianę tych przepisów – nowe regulacje mają wprowadzić wyłączny obowiązek przekazywania środków przez zakład, w którym prowadzona jest czynność nadzorcza, do Inspekcji Weterynaryjnej. Dopiero inspektorat będzie wypłacał należności delegowanemu lekarzowi weterynarii. Jednym z postulatów poprawy sytuacji jest pomysł powołania superinspekcji, odpowiedzialnej za walkę z przestępczością żywnościową, wyposażoną w uprawnienia bliższe policji niż sektorowemu organowi nadzoru. Miałaby nią być Państwowa Inspekcja Bezpieczeństwa Żywności – nowy organ centralny, który przejąłby większość zadań rozdrobnionego nadzoru w sektorze żywnościowym oraz zapewnił scentralizowaną kontrolę nad rynkiem spożywczym w Polsce. Jednak projekt regulujących działalność tego organu od 2017 r. leżakuje w Sejmie. Wszystko wskazuje na to, że prace zostały nad nim zarzucone i do końca kadencji obecnego parlamentu sytuacja w tej materii nie ulegnie poważniejszym zmianom. ©

Więcej na temat prac i zarobków i inspekcjach w tygodniku Samorząd i Administracja 27 lutego 2019 r.

 

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.