Czeczeńskie dzieci Mariny Hulii
Robię rzeczy pożyteczne, ale gdyby nie były też piękne, tobym ich nie robiła
Matka – Białorusinka, ojciec – Rosjanin. Marina, ich córka, przychodzi na świat w Czerkasach na Ukrainie, gdzie spędza dzieciństwo i młodość. Geograficznie trochę to skomplikowane, ale nie dla Mariny. Dla Mariny nie jest ważne, gdzie mieszka, bo całym sercem i duszą czuje się dzieckiem ZSRR. „Mój adres to nie dom i ulica, mój adres: Sowietskij Sojuz”– nuci jako dziecko ulubioną piosenkę zespołu Samocwiety, którą równie ochoczo podśpiewywał młody Alaksandr Łukaszenka. Zapisuje się do Komsomołu, recytuje wierszyki na cześć Leonida Breżniewa i wierzy, że dzieci w USA grzebią w śmietnikach, by przeżyć. Szczerze im współczuje, gdy zajada się soczystymi pomarańczami, które mama przywozi z Kijowa.
Jej dzieciństwo nie pachnie jednak pomarańczami. Pachnie morelami, bo w Czerkasach morelowe drzewa rosną wszędzie – w ogrodach, parkach, na skwerach i ulicach. Latem miasto wypełnia słodka woń dojrzałych owoców, która w domu Mariny miesza się z zapachem książek.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.