Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Ostatni tacy buntownicy

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w

O ludziach, którzy pokazują palec systemowi i próbują żyć poza nim

Mieszkają nielegalnie w nie swoich budynkach, nie meldują się, nie zakładają kont bankowych albo przez kilkanaście lat prowadzą działalność gospodarczą, której w żaden sposób nie zarejestrowali. Próbują walczyć z systemem. Albo przynajmniej żyć poza nim.

Jarek

- Do włamania najlepiej się przebrać za budowlańca z ekipy remontowej. Wtedy nawet jak ktoś cię widzi, to się nie zainteresuje tym, co robisz - opowiada Jarek Kozłowski z Krakowa. - Ostatnio skłotowaliśmy działkę z zabudowaniami przemysłowymi. Posiedzieliśmy tam ze dwa miesiące, zrobiliśmy nawet festiwal, aż w końcu nas administracja wyrzuciła. Teraz rozmawiamy z gminą, żeby móc tam działać legalnie - wyjaśnia.

Dla niezorientowanych: skłotowanie to zajmowanie pustostanów. Nielegalnie. Przeważnie po to, by w nich mieszkać. Rzadziej, by organizować festiwale kultury, zazwyczaj alternatywnej. Wbrew pozorom w każdym większym mieście jest mnóstwo opuszczonych budynków, więc znalezienie takiego miejsca nie stanowi większego problemu. - Gdy ci się budynek podoba, to się do niego włamujesz. Oczywiście jak potem ktoś - policja czy właściciel - pyta, to twierdzisz, że drzwi były otwarte i po prostu wszedłeś do środka. Gdy założysz już swoją kłódkę, policja nie może jej przeciąć bez zgody właściciela posesji. A jak uda ci się w takim miejscu mieszkać przez trzy miesiące, to żeby cię zmusić do wyprowadzki, potrzebny jest sądowy nakaz eksmisji - tłumaczy skłoters.

Dlaczego świadomie staje się przestępcą? Jego motywacja jest polityczna. Uważa, że budynki nie powinny stać puste i niszczeć. Jeśli tak się dzieje, to on, Jarek Kozłowski, ma prawo tam wejść i robić z nich użytek. Nieważne, czy właściciel jest prywatny, czy publiczny.

- Staram się minimalizować zależność od systemu, w którym żyję. Uprawiam swój ogród i mam z niego jedzenie. Kupuję rzeczy na czarnym rynku, np. warzywa, których sam nie wyhoduję, bezpośrednio od rolników. Żeby nie płacić podatków. Choć mam firmę, to staram się odprowadzać jak najmniej wszelkich składek, rżnąć państwo, jak się da. Jeżdżę samochodem. Ale paliwo można kraść, np. z koparek firm na budowach. To nie jest maszyna chłopa, który na nią zapracował, tylko sprzęt wielkiej korporacji - wyjaśnia swoją filozofię działania Jarek.

Na pytanie, jak ma się czuć Jan Kowalski, który np. kupił sobie kilkanaście akcji tej korporacji, a Jarek okrada także jego, pada odpowiedź, że nie da się zmienić systemu bez kosztów. - Ale tak naprawdę chodzi tu o pewien symboliczny sprzeciw. Przez to, że nie jem mięsa, nie padną zakłady mięsne, które trzymają zwierzęta w makabrycznych warunkach. Podobnie z tym paliwem - mówi.

Inną formą działalności antysystemowej Jarka jest wybieranie jedzenia ze śmietników. Zna miejsca, gdzie sklepy czy restauracje wyrzucają żywność, która nadaje się do użycia. Dzięki temu nie kupuje. Jego zdaniem wstydzić się powinien nie ten, kto ją zbiera, ale ten, kto wyrzuca. Problem w tym, że system się broni - coraz więcej firm zamyka swoje śmietniki na klucz.

Robert

Jest z Irlandii Północnej, ale mieszka w Poznaniu. Dlaczego prawie dziesięć lat temu przyjechał nad Wisłę? Typowa historia - przez kobietę. Co mniej typowe, przez prawie całe życie nie miał rachunku bankowego. Złamał się dopiero po ślubie, nie chciał obarczać swojej żony pamiętaniem o wszystkich płatnościach.

- Rezygnacja z konta to jest bardzo ważny krok, jeśli chcesz zniszczyć system - stwierdza. - Jeśli wpłacasz pieniądze do banku, to rośnie jego zdolność do udzielania kredytów. Pamiętaj, że banki faktycznie muszą mieć 10 proc. wartości, na jaką udzielą pożyczki. Czyli w uproszczeniu dzięki twoim wpłatom inni ludzie mogą wziąć kredyt. Jak patrzę na to, co się stało w Irlandii, jak wielu ludzi się zadłużyło, to mi się nóż w kieszeni otwiera. W bardzo złej sytuacji są np. Polacy, którzy kupili domy warte teraz połowę tego, co wcześniej. A nie ma chętnych, by je kupić. Przez to nawet gdyby chcieli wracać do kraju, to i tak będą musieli zostać w Irlandii - tłumaczy.

Poza tym kupując mieszkanie na kredyt, spłacasz praktycznie dwa razy więcej niż nominalna wartość mieszkania. A przecież ona też jest zawyżona przez to, że banki współdziałają z mediami, by wykreować popyt na nieruchomości. Na gazetowych dodatkach o mieszkaniach czy domach zarabiają koncerny medialne, w których interesie jest, by deweloperom się powodziło. Ktoś przecież za te ogłoszenia musi zapłacić. Korzysta na tym też państwo, które zyskuje na podatku od nieruchomości. Tak więc system rośnie w siłę, a traci na tym obywatel. - A przecież Polska podpisała ONZ-owską Deklarację Praw Człowieka, w której jest zapisane, że każdy człowiek ma prawo do dachu nad głową. Państwo powinno przeciwdziałać spekulacji na rynku mieszkaniowym - mówi Robert. - Inna sprawa, że przez taki system ludzie stają się coraz bardziej zachłanni. Moi rodzice mieli szóstkę dzieci i dom z dwoma sypialniami. Mój brat ma dwójkę dzieci i dom z pięcioma sypialniami. To znak czasów - wzdycha.

Ożywia się, gdy zaczyna mówić o Islandii. - Wyspiarze rozwiązali kwestię kryzysu znakomicie. Banki nawaliły, to banki zapłaciły, część z nich upadła. Rząd Islandii nie przeniósł tego długu na obywateli. Niestety, tak zrobili rządzący w Irlandii, którzy wzięli także pożyczkę z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, i teraz to ludzie płacą za straty wielkich korporacji. Rząd wpompował w system bankowy 64 mld euro. 14 tys. na każdego Irlandczyka. W mojej opinii najlepsze są banki spółdzielcze, które nie są nastawione na wytwarzanie zysku - mówi z przekonaniem.

Ale jego zdaniem kryzys ma też swoje dobre strony. Ludzie zaczęli się zastanawiać nad rolą wielkich firm. Poza tym dzięki krachowi obywatele znów stali się bardziej przedsiębiorczy, nie czekają na państwo, tylko sami sobie pomagają. Pojawiło się też więcej wolontariuszy - bezrobotni nie siedzą w domu, bo chcą mieć co wpisać w CV. A korzysta na tym społeczność lokalna.

Inną formą walki z systemem jest branie spraw w swoje ręce. Robert ma znajomych, którzy unikają jak się da płacenia podatków. Także wbrew prawu. Nie chodzi tu o "legalną optymalizację podatkową" w rodzaju przeniesienia działalności na Cypr. Z tym że jego znajomi nie chowają oszczędzonych pieniędzy do własnej kieszeni. Przeznaczają je na organizacje pozarządowe, które ich zdaniem lepiej niż państwo pełnią takie funkcje, jak np. opieka nad słabszymi.

Piotrek

Walczy przez całe życie. Jak mówi, wyssał to "z mlekiem ojca", który wojował z absurdami PRL-u. Syn przejął pałeczkę. System się zmienił, ale wciąż zostały absurdy. - Jak urzędnik coś powie, jest to uznane za święte. A tak wcale nie powinno być. To oni są dla obywatela, a nie na odwrót. Dlatego powinni rygorystycznie przestrzegać prawa. A bardzo często je łamią w sposób wręcz spektakularny - opowiada warszawiak.

Na wydanie prawa jazdy czekał prawie rok. Dlaczego? Bo nie jest nigdzie zameldowany. Uznaje ten przepis za bezsensowny i odkąd skończył 18 lat, nie ma meldunku. O ile obecnie dowód osobisty można wyrobić bez adresu zameldowania, o tyle przy prawie jazdy ustawodawca przewidział podanie miejsca zamieszkania. - Z tym że chodzi o miejscowość. Tak więc po prawie rocznej batalii, licznych pismach do wydziału komunikacji, który miał mi ten dokument wystawić, i dwukrotnym odwołaniu do samorządowego kolegium odwoławczego, wreszcie dostałem prawo jazdy. W rubryce adres zamieszkania: Warszawa. Bez ulicy i numeru domu. Kogo to obchodzi, gdzie ja mieszkam? Urzędnikom mówię, że pomieszkuję na działkach i nic im do tego - mówi z przekonaniem.

Piotr dużo jeździ po świecie. Często jest w górach, pracuje czasem jako przewodnik turystyczny. Swego czasu był w Wielkiej Brytanii. Wyszedł rano pobiegać, zobaczył autobus krwiodawców i nie mając żadnych dokumentów, oddał bez żadnych problemów krew. W Polsce mu się to nie udało. Aby zostać krwiodawcą, potrzebny jest adres zameldowania.

Inną batalię stoczył z policją. Tego dnia siedział w parku i pił piwo z kolegami. Zatrzymali ich mundurowi. Spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest nielegalne, więc funkcjonariusze wystawili im mandat. Piotr Romaniuk go nie przyjął. Choć miał w ręku puszkę po normalnym piwie o zawartości alkoholu 5,8 proc., to jednak twierdził, że w środku jest piwo bezalkoholowe.

Sprawa trafiła do sądu grodzkiego. Najpierw rozprawa odbyła się bez jego udziału, mandat został utrzymany w mocy. Jednak po odebraniu postanowienia sądu młody buntownik się odwołał. - Gdy już wreszcie stanąłem przed sędzią, to wyjaśniłem, że wcześniej wylałem piwo alkoholowe, a do tej puszki wlałem piwo bezalkoholowe. Dlaczego? Bo nie chciałem, żeby koledzy się ze mnie śmiali, że jestem taki mięczak - uśmiecha się chłopak. Sędzia się śmiał, ale uznał, że skoro w Polsce obowiązuje zasada domniemania niewinności, to wymiar sprawiedliwości musi udowodnić popełnienie wykroczenia lub przestępstwa. Policjanci nie zabrali puszki z płynem do analizy, nie mogli więc udowodnić, że w środku znajdował się alkohol. Mandatu Romaniuk płacić nie musiał.

Dlaczego prowadzi wojnę z biurokratycznym systemem? - To jedyny sposób, by pewne rzeczy się zmieniły. Teraz jest tak: urzędnik pan coś powie, a społeczeństwo, wierni poddani, ulega temu, nie sprawdzając nawet, czy prawo ich do tego zmusza - stwierdza. - Jeśli do urzędników wreszcie dotrze, że zdarzają się sytuacje, w których petent nie odpuszcza, może coś się zmieni i zaczną przestrzegać prawa. Niestety, państwo nie wypłaca odszkodowań w takich wypadkach, nie mówiąc już o jakiejś poważniejszej odpowiedzialności samych pracowników administracji.

Jacek

Inną strategię wybrał Jacek Pielak spod Olsztyna, który prowadzi firmę budowlaną. Od 18 lat zatrudnia kilku ludzi, jest cenionym współpracownikiem, a jednocześnie nie ma zarejestrowanej żadnej legalnej działalności gospodarczej. Czy to w czymś przeszkadza? - W niczym. Buduję domy, prowadzę remonty, odświeżenia, wykończenia. Pieniądze przechodzą zawsze z ręki do ręki. W dużej mierze robimy to, żeby stać nas było na życie, bez dokarmiania darmozjadów - wyjaśnia. - Dlaczego mam komukolwiek oddawać moje ciężko zarobione pieniądze? W normalnym budżecie domowym jak mnie na coś nie stać, to tego nie kupuję. A państwo zadłuża mnie cały czas. Ja sobie tego nie życzę - nie kryje irytacji.

Jak się działa w szarej strefie? Odpowiedź jest banalna: normalnie. Jacek w oficjalnych przetargach nie startuje, ale często pracuje jako podwykonawca. Z głównym wykonawcą zawsze można się jakoś dogadać. A jeśli np. buduje dom prywatnej osobie, to są same korzyści. - Budując ze mną dom za 200 tys., oszczędzasz jakieś 20 proc. I te pieniądze możesz włożyć w wykończenie. Moi ludzie też nie mają problemu z tym, że pracują na czarno. Przez to dostają więcej do ręki - opowiada budowlaniec.

Jedyna strata, to że nie może sobie odliczyć od podstawy opodatkowania np. kosztów zakupu narzędzi. Ale przecież z fiskusem się nie rozlicza. Boli go tylko, że płaci wszelkie podatki pośrednie. Problemem nie jest też ubezpieczenie, a raczej jego brak. W razie potrzeby Pielak idzie do lekarza na wizyty prywatne. I tak korzysta tylko z dentysty i okulisty. A co będzie, jak złamie nogę? - Nie ubezpieczam się, bo i tak nie dożyję do emerytury. Po prostu na czarną godzinę trzeba mieć coś upchane w skarpecie.

Choć ma 39 lat, żonę, dziecko (ubezpieczone przy żonie, która pracuje na etacie), to od maja do listopada, niczym Drzymała, mieszka w przyczepie kempingowej. Myśli o postawieniu domu. Ale drażnią go pozwolenia. Budował już domy bez żadnych papierów - po prostu jego zleceniodawcy nie chcieli się przebijać przez biurokratyczną machinę.

Są przecież sposoby, by później takie samowole legalizować. To często bywa prostsze. Budujesz na tzw. zgłoszenie budynek gospodarczy, po kilku latach przekształcasz go w mieszkalny i dalej rozbudowujesz. Albo stawiasz dom bez fundamentów. - Są na to w budowlance różne patenty. A dzięki temu obiekt nie jest na trwałe związany z ziemią i nie musisz się starać o pozwolenie na budowę - opisuje.

Zresztą, nawet gdyby Pielak chciał się starać o jakiekolwiek pozwolenie na budowę, to i tak by go nie dostał. Ma nieważny dowód osobisty. W dokumencie figuruje adres zameldowania, spod którego lata temu się wymeldował. Nie wyrabia nowego, bez adresu, bo wtedy w walce z urzędnikami będzie od razu na straconej pozycji. Tłumaczy: - Taki człowiek jak ja nie ma żadnej zdolności kredytowej. Ale przez to nie płacę na banki. Chcę żyć tak, jak mi się podoba, i cieszyć się tym, co mam. Wydrapać sobie mój kawałek gruntu, żeby nikt mi tam nie wlazł. Wezmę dzidę, będę walczył. Chcę przejść obok systemu. Wziąć, co się da i jak najmniej oddać.

Henry David

Przy odrobinie dobrej woli można uznać, że to on był pierwszy. Henry David Thoreau urodził się w 1817 r. w Concord w amerykańskim stanie Massachusetts. Prawie 30 lat później, 24 lub 25 lipca 1846 r. dosyć przypadkowo spotkał Sama Staplesa, poborcę, który wymierzył mu zaległy za poprzednie sześć lat podatek. Henry odmówił daniny. Powód? Nie godził się z polityką rządu: prowadzeniem wojny z Meksykiem i obowiązującym jeszcze niewolnictwem. Dlatego nie chciał go finansować. Trafił do więzienia. Wyszedł już następnego dnia, ponieważ, mimo że tego sobie nie życzył, zaległą kwotę ktoś uregulował - prawdopodobnie jedna z jego ciotek.

Sam zbudował swój dom i przez dwa lata udowadniał, że człowiek wciąż potrafi żyć poza cywilizacją. Tak powstała książka "Walden, czyli życie w lesie", w której można znaleźć m.in. zapiski, ile wydał na gwoździe potrzebne do zbudowania schronienia. Jednak chyba bardziej istotny był jego esej "Obywatelskie nieposłuszeństwo", w którym to m.in. namawiał do niepłacenia podatków.

- To on zapoczątkował ideę nieposłuszeństwa obywatelskiego. Pokazał, że sprzeciw może mieć charakter bezprzemocowy albo opierać się na przemocy symbolicznej - tłumaczy Marcin Zarzecki, doktor socjologii z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. - Uświadomił nam, że mamy prawo do sprzeciwu. Na każdym poziomie. Tym społeczeństwo demokratyczne różni się od społeczeństw typowo reżimowych czy totalitarnych. Outsider ma przed sądem prawo do obrony swoich idei i myśli. Pisze Henry David: "Mniej kosztuje mnie, pod każdym względem, narażanie się na karę za nieposłuszeństwo rządowi, aniżeli kosztowałoby mnie posłuszeństwo. Gdybym je okazał, czułbym się tak, jak gdybym stracił na wartości".

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione

Minimalizuję zależność od systemu, w którym żyję. Choć mam firmę, to staram się odprowadzać jak najmniej wszelkich składek, rżnąć państwo, jak się da

@RY1@i02/2012/248/i02.2012.248.000008100.802.jpg@RY2@

Henry David Thoreau - Urodził się w 1817 r. w Concord w amerykańskim stanie Massachusetts. Popierał obywatelskie nieposłuszeństwo jako formę walki z władzą. Po dwóch latach spędzonych samotnie w zbudowanej własnoręcznie chacie napisał "Walden, czyli życie w lesie" - biblię anarchistów

Maciej Miłosz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.