Kto nie ufa, ten błądzi
W nieufności do wszystkich i wszystkiego stajemy się mistrzami Europy. A przecież bez zaufania nasz kraj nie ruszy do przodu
Klucz do sprawnego funkcjonowania państwa, sukcesu w biznesie czy szczęścia w rodzinie. Jego znaczenie znają wszyscy. Jednak od znać do stosować daleka droga. Czego najlepszym przykładem jest nasz kraj. Dla porządku więc przypomnijmy i postarajmy się przeczytać definicję ze zrozumieniem. "Zaufanie wobec jakiegoś obiektu to wiedza lub wiara, że jego działania, przyszły stan lub własności okażą się zgodne z naszym życzeniem. Jeśli takiej pewności nie mamy, to zaufaniu towarzyszy także nadzieja. Obiekt zaufania może być dowolny, np. człowiek, zwierzę, przedmiot, instytucja, społeczeństwo, bóg. Zaufanie może, ale nie musi być odwzajemnione; jest jedną z podstawowych więzi międzyludzkich, zarówno w rodzinie, jak i grupach społecznych, i bywa szczególnie cenne w sytuacjach kryzysowych". Tyle Wikipedia. I tyle teoria. A teraz praktyka.
Biznes łagodzi obyczaje
Od lat słyszymy, że zaufanie społeczne w naszym kraju jest na jednym z najniższych poziomów w Europie. Od liderów rankingów, czyli krajów skandynawskich, dzielą nas lata świetlne, bo tak trzeba odczytać różnice między poziomami 20 i 70 proc. Podobna przepaść dzieli nas w gospodarce i zamożności społeczeństwa. Oczywiście nic nie dzieje się w próżni. Nie możemy zapominać o historii naszej i innych państw postkomunistycznych, która odcisnęła swoje piętno. Czy to jednak może być wytłumaczeniem wszystkiego, co dzieje się w naszym kraju? Co gra w duszy Polakom, że z założenia patrzą na siebie wilkiem? - Nieznajomi ludzie na ulicy mają zwyczaj, za przeproszeniem, opieprzać się nawzajem na każdym kroku. Taki agresywny styl bycia obserwuję też u urzędników w stosunku do petentów czy szefów wobec podwładnych - mówi ksiądz Jacek Stryczek, duszpasterz ludzi biznesu. - Porównuję to do krajów anglosaskich. Niesamowite, w jaki sposób tam się do siebie odnoszą w życiu publicznym. Co nie znaczy wcale, że wszyscy się kochają. Tłumaczę to sobie tak, że udany biznes to przecież kontakty. I wolny rynek nauczył ludzi tego, że trzeba odnosić się do innych z szacunkiem, bo nigdy nie wiemy, na kogo trafimy. Ten, kogo obrazimy, może być naszym przyszłym współpracownikiem albo szefem. A w polskim życiu społecznym i biznesie sposób wzajemnego traktowania jest na bardzo niskim poziomie. Niestety - dodaje.
Takie zachowanie to pozostałości po latach komunizmu. Ten z jednej strony oduczył nas szacunku do drugiego człowieka, z drugiej zaś wepchnął w ramiona rodziny. I to właśnie do najbliższych mamy największe zaufanie, które według danych CBOS za 2012 r. sięga aż 97 proc. - Jeżeli w danej kulturze preferowane jest najbliższe grono, i to w różnych relacjach, nie tylko w pracy, trudniej zaufać tym, którzy nie należą do tego kręgu - tłumaczy polską specyfikę doktor Joanna Heidtman, psycholog, socjolog, coach i doradca biznesowy. - W takim społeczeństwie ludzie starają się żyć i załatwiać większość rzeczy wśród bliskich, bo mają pewność, że to osoby sprawdzone. Ale im bardziej jesteśmy zamknięci w tych wąskich gronach, tym trudniej jest nam wytworzyć pozytywne nastawienie do obcych - wyjaśnia Heidtman.
Od braku zaufania do obcych tylko krok do liderów negatywnych rankingów - do polityków. Im ufa jedynie, albo może aż, 20 proc. Polaków. - A jeżeli nie ufamy politykom, jest to sygnał, że mamy słabe zaufanie do wszystkich mechanizmów społeczno-państwowych - dodaje Heidtman.
Na tym deklarowanym od lat braku zaufania do różnych instytucji zdążyły już skorzystać różne firmy. Przykłady? Ręka w górę, kto nie posłał dziecka na prywatne kursy językowe, które bardzo często odbywają się zresztą w szkołach. Tych samych, w których nasze dzieci przecież uczą się angielskiego czy niemieckiego. My już nie ufamy jednak państwowej placówce. Nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że nasza pociecha zda maturę z języka obcego w oparciu na takim modelu edukacji. I niestety mamy rację.
Idźmy dalej - służba zdrowia. Nawet w latach spowolnienia gospodarczego firmy starają się zapewnić pracownikom pakiet medyczny w prywatnych przychodniach. Usługi przez nie oferowane bardzo często stoją na niskim poziomie, a w trudniejszych przypadkach jesteśmy i tak odsyłani do państwowych szpitali. Ale na samą myśl o ustawieniu się w kolejce po numerek do lekarza o 7 rano przechodzą nas dreszcze. Pracodawca wie zaś, że prywatnie pracownik będzie w stanie umówić się na konkretną godzinę, a nie tracić cały dzień na próbę dostania się do specjalisty.
- Nauczyliśmy się żyć z tym brakiem zaufania. I jakoś to sobie kompensujemy. Wytwarzamy inne mechanizmy, które nam coś zapewnią. Tylko to kosztuje nas dużo czasu i pieniędzy - potwierdza Joanna Heidtman. - Proszę spojrzeć na rzesze prawników występujących w sprawach o błędy medyczne przeciwko lekarzom. To jest właśnie ta forma: zabezpieczam się, tworzę jakieś sankcje, bo nie ufam, że wszystko będzie właśnie tak, jak zostało obiecane - dodaje psycholog.
- Kiedy ludzie sobie wzajemnie ufają, nie trzeba mnożyć procedur kontrolnych i procedur kontrolujących procedury kontrolne. Brak zaufania powoduje, że każda transakcja, nie tylko o charakterze ekonomicznym, musi być jakoś ubezpieczona - dodaje prof. Edmund Wnuk-Lipiński, socjolog, rektor honorowy Collegium Civitas. - Ten proces to niekończąca się opowieść, bo instytucje kontrolne też podlegają erozji zaufania. Powołuje się wtedy kolejną instytucję, która ma ją kontrolować, i tak w nieskończoność - dodaje.
Jazda na gapę
Jeżeli jednak te instytucje kontrolne są, jesteśmy sobie w stanie zaufać trochę bardziej. Tak dzieje się w biznesie, gdzie 38 proc. ankietowanych przez CBOS wyznaje zasadę, że zaufanie w interesach na ogół się opłaca. 37 proc. twierdzi jednak, że taka postawa źle się kończy. Krzepiące jest to, że od 2002 r. odsetek pozytywnie nastawionych biznesmenów stale rośnie (startowaliśmy od 24 proc.), a negatywnie - maleje (z 45 proc.).
- A teraz proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby ludzie nie otrzymywali wciąż komunikatu, że te instytucje zabezpieczające kontrakty, np. sądy, działają źle i wolno - dodaje Heidtman. - W świecie, który wymaga niesłychanie szybkich działań i decyzji, tworzy się paranoiczne konstrukcje kontroli, umów do umów, zabezpieczeń, które spowalniają te procesy. To utrudnienie dla wszystkich - dodaje psycholog.
Co jednak nie znaczy, że nie ma takich, którzy i tu próbują ugrać coś dla siebie. Jak bowiem przyznaje prezes jednej z giełdowych spółek, nie ma pewniejszego pieniądza niż kary umowne. - Kontrahentowi zawsze podwinie się noga. Nic nie trzeba robić, wystarczy odpowiedni zapis w umowie - mówi.
- Jeżeli ja zakładam z góry, że inni postąpią nieuczciwie, nakręcam cały mechanizm zachowań, które utrudniają współpracę obu stronom - krytykuje taki sposób myślenia i zachowania Heidtman. - Znam na szczęście osoby, które mówią i robią zupełnie odwrotnie. Nie zawierają kontraktu, w którym są kary umowne, bo to sugeruje, że mamy intencje wzajemnego oszukiwania. A takie założenie przekreśla możliwość współpracy - mówi.
Podobnie dzieje się w relacjach pracodawca - pracownik. Przedsiębiorcy narzekają, że niełatwo znaleźć dobrego, lojalnego podwładnego. Ale też trudno spodziewać się, żeby ten dawał z siebie wszystko, jeśli jest zatrudniany na czasowej umowie za niewielkie stawki. Obie strony nie potrafią sobie zaufać i spodziewają się po tej drugiej wszystkiego najgorszego - wykorzystywania, zwolnienia czy oszustw. Zabezpieczają się więc na wszelki wypadek i tracą. Nie inaczej jest zresztą w relacjach pomiędzy pracownikami. - Gros naszych różnych sytuacji w pracy, życiu, biznesie można opisać koncepcją gry. Umawiamy się, że pracujemy, i każdy wypełnia swoją część tej umowy - tłumaczy takie zachowanie Heidtman. - Ale jest przecież duża pokusa, żeby z tej współpracy skorzystać, a jednocześnie samemu nic w to nie włożyć. Czyli być pasażerem na gapę.
Wygląda na to, że dla nas ta pokusa jest wyjątkowo silna i często jej ulegamy. Konsekwencje? Kto raz czy drugi się sparzy, bo się przyłożył, a ktoś inny na tym skorzystał, w końcu powie "nie". Wtedy trzeba ludzi do współpracy zmuszać, trzeba wszystkich obserwować, patrzeć im na ręce. Krótko mówiąc, zaufanie znika. Pojawia się zaś kontrola. - A my, słuchając różnych rzeczy, obserwując polityków, mamy wrażenie, że takich pasażerów na gapę jest mnóstwo. Grabiących do siebie, a korzystających ze środków i wkładu pracy innych - dodaje psycholog.
Oby kryzys trwał wiecznie
Brak zaufania idzie w parze z zawiścią. - Czy w Polsce modlimy się, żeby sąsiadowi zdechła krowa, czy żeby się ocieliła? Niestety raczej o to pierwsze. Nie rozumiem, dlaczego ludzie szukają podziałów tam, gdzie powinna być dla nas szansa. Dlaczego wciąż w relacjach z ludźmi sukcesu dominuje bezsensowna zawiść. Gdy mówię, że lubię ludzi bogatych, patrzą się na mnie dziwnie. A co w tym złego? Przecież od nich można się wiele nauczyć, a i im podpowiedzieć, jak czynić dobro - mówi ksiądz Stryczek.
Co musi się więc stać, byśmy się przekonali, że warto sobie zaufać? Jak mówi duszpasterz biznesmenów, taką sytuacją może być kryzys. - Mam sporo znajomych w Stanach Zjednoczonych. To przedsiębiorcy z branży budowlanej. Gdy pękła tam bańka i zaczęło się dziać źle na rynku, zaniepokojony zacząłem do nich wydzwaniać, pytając, jak sobie radzą. Tak się składa, że wszyscy oni budowali swój biznes na zaufaniu. Gdy są ciężkie czasy, ludzie patrzą dokładniej na pieniądze i chcą wydać je w sposób pewny, wybierając zaufanych współpracowników. I ci moi znajomi mówili: mamy takie obroty jak nigdy. Oby kryzys trwał wiecznie.
W sytuacji ekstremalnej przełamanie nieufności może się okazać koniecznością. Ale czy istnieje jakiś łagodniejszy sposób na doprowadzenie do zmian w społeczeństwie?
W latach 90. ubiegłego wieku japoński socjolog Toshio Yamagishi porównywał społeczeństwa amerykańskie i japońskie. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, inaczej niż Kraju Kwitnącej Wiśni, są znani z ogromnej mobilności. Potrafią kilka razy zmieniać profesję czy w poszukiwaniu lepszej pracy przenosić się z jednego końca kraju na drugi. - Wyszło na to, że bardzo często dookoła mają samych obcych. Jeżeli chcą działać, pracować, to nie ma wyjścia - muszą sobie zaufać. Inaczej w ogóle nie mogliby funkcjonować - wyjaśnia Heidtman. Dlatego w zwiększeniu mobilności ludzi, zwłaszcza młodych, widzi szanse dla Polski.
- Sprzyja temu jeszcze jedno zjawisko. Internet. Tam ludzie uczą się współdziałania. Tworzą się grupy, które mają jakiś konkretny, realny, a nie wirtualny cel. Żeby się dogadać, trzeba sobie zaufać. To się dzieje. I powoli przeniesie się do normalnego życia - dodaje.
Kiedy ludzie sobie wzajemnie ufają, nie trzeba mnożyć procedur kontrolnych i procedur kontrolujących procedury kontrolne - przypomina prof. Wnuk-Lipiński
@RY1@i02/2013/226/i02.2013.226.00000060a.803.jpg@RY2@
Shutterstock
Mirosław Mazanec
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu