Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Swoje życie widzę na razie dość mgliście

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 12 minut

"Kulturalnie realizuję się w sieci, a zakupy robię w Biedronce". "Biedny nie marudzi". System się zmienił, świat się zmienił, a studenci żyją jak kiedyś - bez pieniądzy, ale z nadzieją

Szczerze mówiąc, w szkole nie byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. W gimnazjum zdarzało nam się pogadać, dopiero w liceum, kiedy trafiłyśmy do jednej klasy, zaczęłyśmy spędzać więcej czasu. Po maturach wszystko potoczyło się szybko - okazało się, że obie będziemy studiować w tym samym mieście, razem więc ustalałyśmy budżet i szukałyśmy mieszkania. Swoje miejsce znalazłyśmy na ul. Solnej. Praktycznie w samym centrum miasta. Blisko na uczelnię, na Piotrkowską, do Manufaktury. Czego nam więcej potrzeba?

Mieszkanie jest dwupokojowe. Dość minimalistyczny salon: telewizor, dwa fotele, kanapa i stolik. Oraz sypialnia. Ponieważ dobrze się znamy, nie przeszkadza nam, że nie mamy oddzielnych pokoi. Mamy nawet jedno biurko, długie na całą ścianę. Prawa strona z wrzosem i książkami dotyczącymi psychologii zdrowia jest Kai. Lewa z kaktusem i kodeksami Kasi. W czasie sesji spędzamy przy nim długie godziny, na przemian ucząc się i grając w literaki.

Pieniądze na życie dostajemy z domu, w wakacje pracujemy, żeby zaoszczędzić na przyjemności i ciuchy. Na mieszkanie i utrzymanie wydajemy po ok. 2 tys. zł miesięcznie.

Każdy na początku jest podekscytowany perspektywą mieszkania bez rodziców. Nikt nie kade sprzątać czy zmywać. Można wracać do domu, o której się chce. Po jakimś czasie okazuje się, że nawet jak nikt nie każe, trzeba gotować, prać, sprzątać.

Przyjaźnienie się z kimś to nie to samo co mieszkanie pod jednym dachem. Każdy ma swoje małe natręctwa. Czasem okazuje się, że mimo iż kogoś bardzo dobrze znamy i lubimy, nie jesteśmy w stanie z nim mieszkać. Znam osoby, które po zamieszkaniu ze swoimi przyjaciółmi szybko ich znienawidziły, bo ci zostawiali po sobie syf, podkradali jedzenie albo organizowali imprezy noc przed egzaminem.

My przeszłyśmy tę próbę nie najgorzej, mimo że różnimy się trochę od siebie. Kaja jest zdystansowana i zorganizowana. Kasia podejmuje decyzje spontanicznie. Kaja na śniadanie pije herbatę, Kasia kawę. Kaja kąpie się rano, Kasia wieczorem. Kaja nie je po 20, a Kasia wtedy jest głodna. To śmiesznie brzmi, ta wyliczanka, ale miało być o nas obu.

Życie składa się z denerwujących drobiazgów. Nasza bitwa dotyczy łyżki do gotowania. Kaja odkłada ją do specjalnego pojemnika, którego nie chce się jej myć. A Kasia na blat koło kuchenki, który się od tego brudzi. Kaja uważa, że wycieranie kurzu z ogromnego regału w sypialni jest zbędne. Kasia brudzi lustro w łazience, myjąc zęby. Ale zawsze dochodzimy do porozumienia. Czasami wpadamy na głupie pomysły, jak na przykład ten wzięcia udziału w regatach kajakowych podczas sesji egzaminacyjnej. I nie dość, że byłyśmy na mecie pierwsze, to jeszcze zdałyśmy potem wszystkie egzaminy.

Jednak najwięcej jest takich momentów, kiedy po prostu siedzimy razem w mieszkaniu. Mamy wspólną sypialnię, więc nie ma mowy o separacji i osobnym spędzaniu czasu. Siłą rzeczy wszystko robimy razem - jemy, oglądamy filmy, a nawet uczymy się. Razem też gotujemy, jesteśmy w stanie dziś napisać książkę kucharską pod tytułem 20 tys. potraw z pomidorów i papryki (Kasia przywozi te warzywa od dziadków).

Wyprowadzka od rodziców sprawia, że potrzebuje się kogoś, kto w pewnym stopniu ich zastąpi - będzie gotów cię wysłuchać, pocieszyć i pomóc, jeśli będziesz mieć problem. Bycie współlokatorkami sprawia, że dzielimy nie tylko mieszkanie, lecz także nasze życie.

@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.000000800.805.jpg@RY2@

marek szybka

Kaja Rokita, 21 lat, studentka III roku psychologii na Uniwersytecie Łódzkim i Kasia Wiśniewska, 21 lat, studentka III roku prawa. Łódź: mieszkanie w centrum miasta 70 mkw., parter. Koszty: 2 tys. zł mies. za osobę całe utrzymanie

Skończyłem studia licencjackie w Olsztynie i rok temu przeniosłem się na magisterskie do stolicy. Zakotwiczyłem w słynnym Kicu, którego legendę kiedyś budował Muniek Staszczyk, a teraz ja. Przynajmniej się staram, choć rada mieszkańców mi w tym przeszkadza, bo właśnie niedawno usiłowała mnie wyrzucić za stwarzanie złej atmosfery w akademiku. To dziwni ludzie, typ wiecznych studentów, takich 30-letnich, którzy z bycia w radzie zrobili sobie sposób na życie. Ale pani wicerektor mnie wybroniła, do następnego razu mam spokój.

Akademiki na Kicu są dwa. Jeden, nr 9, to niemal wczesny Gomułka - trzyosobowe pokoje, kuchnie i łazienki na piętrach. Mój, nr 12, to pełen wypas - segmenty składające się z dwóch 2-osobowych pokoi z łazienką. Tyle że to luksus rodem z czasów Gierkowskich. Na ścianach grzyb (dla kierowniczki to wykwity), w kątach karaluchy. Jest klimat. Teraz trwa remont, co oznacza, że nic nie działa i w związku z tym podnieśli nam czynsz z 400 do 410 zł. To miejsce naprawdę ma swój niepowtarzalny charakter.

Powiedziałbym nawet, że kosmopolityczny. Kiedyś Białorusini potrącili samochodem królika, odcięli mu głowę i powiesili na klamce drzwi swojego kolegi. Widać nie bardzo go lubili. Ale Serbowie są fantastyczni, najlepsi na imprezy, po prostu niezniszczalni. To istotne, mieć dobrą grupę. W pokoju na razie mieszkam sam, ale w drugim bytuje dwóch fajnych typów: Filip z socjologii i Sebastian, ale on już pracuje. Imprezowanie jest jednym z ważniejszych elementów życia akademickiego. Najpierw trzeba się zaopatrzyć w paliwo. Czasem trzeba się nagłowić, jak obejść portierkę, bo nie wiedzieć czemu, kiedy widzi, jak ktoś wjeżdża do akademika z kratą piwa, to sapie. Imprezy są głównie w weekendy, zgodnie z regulaminem można się bawić do północy, ale rada mieszkańców może wydać zgodę na dwie godziny więcej. Są imprezy prywatne robione w pokojach albo na korytarzach. I takie ogólnoakademikowe organizowane przez RM w tzw. sali bankietowej. Kiedyś na taką wprosiły się dresy z Pragi i doszło do bijatyki. Ale to już taki lokalny klimat.

Tak samo jak gotowanie na studenckich kuchenkach. Jednak prawdę mówiąc, jestem kulinarnym analfabetą i sam nie gotuję. Jem albo na mieście, albo zadowolę się jakąś bułką z jogurtem. No, chyba że Marta, moja koleżanka, zrobi coś dobrego i mnie zaprosi. Dziękuję, Marta! Niemniej ja ze swoimi bułkami mieszczę się w strefie stanów średnich, jeśli chodzi o wyżywienie. Miałem kolegę, który żywił się głównie waflami ryżowymi. A to wszystko z powodu braku kasy - mógł przeznaczyć na jedzenie góra 200 zł miesięcznie. Niby pracował w kancelarii adwokackiej, dzwonili do niego z różnymi zleceniami nawet o dziewiątej wieczorem, ale płacili mu 300 zł miesięcznie. I powtarzali, że powinien być szczęśliwy, że może zdobywać doświadczenie. Więc starał się uśmiechać, bo wiadomo, jak jest z robotą dla młodych. Ja teraz nigdzie nie pracuję, staram się ogarnąć studia i jak najszybciej je skończyć.

Swoją przyszłość widzę na razie mgliście. Interesuję się dziennikarstwem telewizyjnym i kinem. Myślę o tym, żeby wprowadzić do polskiego przekazu wizualnego nową jakość fabuły. Nie powiem jeszcze, na czym ma to polegać, Haruki Murakami doznał iluminacji dopiero w wieku 30 lat, na meczu bejsbolowym. Zanim zaczął pisać, prowadził klub jazzowy, mam więc jeszcze przed sobą trochę czasu. Poprzyglądam się przez parę miesięcy temu grzybowi na akademikowych ścianach, przepraszam, wykwitom, i też doznam olśnienia. Powstanie wielkie sarkastyczne dzieło na podobieństwo "South Parku", które rzuci wszystkich na kolana.

@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.000000800.806.jpg@RY2@

wojtek górski

Filip Jarek, 23 lata, student V roku dziennikarstwa UW. Dom Studenta nr 3, ul. Kickiego 12, Warszawa. Koszty: 410 zł/mies.

Pochodzę z Lubartowa, to rzut beretem do Lublina, mógłbym nawet dojeżdżać, ale uznałem, że dobrze będzie podczas studiów pomieszkać samemu, przyzwyczaić się do życia na własną rękę. Choć i tak jestem wciąż zależny od rodziców; gdyby nie ich pomoc, nie dałbym rady. Mieszkanie wynajmuję od znajomego z mojej miejscowości. Duże, ponad 60 m. Dzielę je z trzema dziewczynami, jesteśmy kumplami, znamy się jeszcze od czasów gimnazjum, lubimy się. Zanim razem zamieszkaliśmy, powiedzieliśmy sobie otwarcie, że nasz status musi pozostać kumpelski, bo gdyby było inaczej, doszłoby do chorych sytuacji i trzeba by było szukać nowych współlokatorów, a tego wolelibyśmy uniknąć. Warunki są niezłe, każde z nas ma swój pokój, mieszkanie jest odnowione, odświeżone, wprawdzie lodówka i pralka ledwie zipią, ale nie bądźmy defetystami.

Tak samo nie będę narzekał, że mój pokój - łóżko, szafa, biurko i, trzeba przyznać, ocieplana podłoga - jest tak mały, że ledwie można się w nim obrócić. Liczy się to, że płacę za niego miesięcznie tylko 400 zł, a jak doliczyć opłaty za media i internet - 500 zł. W dodatku to niemal w centrum miasta i wszędzie mam blisko.

Dobrze nam się razem mieszka. Jasne, zdarzają się kwasy i awanturki, typu: "Czemu tak się tłukłeś rano, nie mogłam się wyspać". Ale jak się mieszka z kimś, to jest normalne. Podrzemy się na siebie, ale zaraz przepraszamy. Mniej normalne, za to fantastyczne jest to, że poza tym porannym tupaniem nie ma tematu, który rodziłby między nami jakieś zgrzyty. Weźmy sprzątanie, które na moich poprzednich stancjach było pierwszym tematem do kłótni. Tutaj nie. Jakoś to samo działa, nie umawiamy się, nie wyznaczamy sobie dyżurów. Po prostu: kto zostaje w domu, ten sprząta. Przeciągnie szmatą po podłodze, umyje wannę. Jak ma nastrój, to wjedzie do innych pokoi i też powyciera. Nie ma mowy o górach naczyń piętrzących się w zlewie czy zasyfionej podłodze. Tak samo sprawy aprowizacyjne. Jeśli wstaję rano i nie mam nic do jedzenia, biorę coś od dziewczyn. Potem im odkupię albo i nie. Za to postawię wino, poczęstuję fajką. Taka mała komuna się nam zrobiła.

Nie jestem zadowolony z tego, że nie jestem w stanie być całkiem niezależny finansowo. Wcześniej pracowałem w internetowej TV Lublin, byłem najpierw reporterem, potem zająłem się zdobywaniem środków od samorządów - namawiałem, żeby zamówili u nas klipy, które będą ich promowały. Mnóstwo się nauczyłem, ale kiedy zabrałem się za drugi kierunek, mój czas się potwornie skurczył i po prostu już nie dałem rady. Rodzice chcieli mnie utrzymywać, ale przekonałem ich, że lepiej będzie, jeśli wezmę kredyt studencki (600 zł miesięcznie) na rok. Z jednej strony odciąży ich to finansowo. Z drugiej bardziej mnie zmotywuje do tego, żebym jak najszybciej skończył studia i zaczął zarabiać.

A czuję się bardzo zmotywowany. Nie chodzę do kina, na koncerty, kulturalnie realizuję się w sieci. Robię zakupy w Biedronce, jeżdżę do mamy na obiady (z kompotem truskawkowym!), ściskam kasę. Po studiach wezmę każdą pracę, która pozwoli mi spłacić kredyt i rozwijać się zawodowo. Chętnie skończyłbym jeszcze trzeci kierunek, jakiś politechniczny, bo w te klocki też jestem dobry. Jednak przepisy się zmieniły i już nie mogę tego zrobić. Dlatego myślę o studiach podyplomowych typu MBA, które pozwolą mi się lepiej pozycjonować na rynku pracy. Wierzę, że świat należy do mnie.

@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.000000800.807.jpg@RY2@

Wojtek Jargiło

Przemysław Panek, 23 lata, ostatni rok na dziennikarstwie oraz zarządzaniu na UMCS w Lublinie. Pisze dwie prace magisterskie.Lublin: mieszkanie w centrum miasta, ponad 60 mkw., czworo lokatorów. Koszty: ok. 500 zł/mies. za osobę (z opłatami za media i internet)

Kiedy człowiek decyduje się na rozpoczęcie studiów, wydaje mu się, że wie, na co się pisze. Słyszał od starszych znajomych te wszystkie historie, że z czasem w lodówce zostaje tylko światło, a kanapkę można posmarować nożem, pod warunkiem że ów nóż zostanie odnaleziony pod stertą brudnych misek. Z takim nastawieniem, pełne entuzjazmu, że oto czekają nas niezapomniane, cudowne, chude lata, zdecydowałyśmy się na znalezienie wspólnego mieszkania. W jak najlepszej lokalizacji, w pobliżu jak największej liczby przystanków, najtańszych sklepów, najszybszego łącza internetowego, w towarzystwie jak najmilszych sąsiadów. Akademik nie wchodził w grę. Za drogo (380 zł za miejsce w pokoju), za daleko od szkoły, ze stadem przypadkowych ludzi urządzających dzikie imprezy na karku. Ruszyło przeszukiwanie internetu. A potem zaczęło się zwiedzanie mieszkań. Wniosek: ogłoszenia to jedna wielka ściema.

Podam tylko jeden przykład: Katowice, osiedle Paderewskiego, II piętro, przyjemny głos pana w słuchawce, który starał się zareklamować swoje lokum. 1600 zł miesięcznie. Zdjęcia w anonsie przedstawiały odmalowane mieszkanie, elegancki prysznic, w pokojach mnóstwo szaf i półek. Do tego lodówka, pralka, a nawet mikrofalówka. Okazało się, że to były atrapy użyte tylko do wykonania fotek. Jedynym realnym sprzętem okazał się telewizor, ale i on nie działał od kilku lat.

Ale biedny nie marudzi. Zdecydowałyśmy się na inne mieszkanie, w którym co prawda nie ma pralki (od czego jest wanna), meble są trochę z innej epoki, ale za to jest tanio, przystanek tramwajowy mieści się niemal pod oknem, a kawałek dalej jest dyskont dopasowany cenami do naszych kieszeni. Mieszkanie o powierzchni 38 mkw. to 550 zł czynszu plus 440zł za wynajem. Osobno internet, gaz, prąd i woda według zużycia. I możemy mieszkanko urządzić po swojemu, z wyjątkiem przemalowania ścian na czarno. Super, tylko jak na to zarobić? Sonia ostro pracowała i oszczędzała podczas wakacji, Basia dostała stypendium socjalne, ja z kolei po prostu poszłam do pracy. Ale to był tylko początek. Żadna z nas, choć znałyśmy się wcześniej, nie pomyślała, że przynosi ze sobą do mieszkania nie tylko zgrzewkę jajek i płyn do mycia naczyń, lecz także całą masę przyzwyczajeń. Okazało się, że rozmowy Basi z chłopakiem o 12 w południe nijak mają się do miłości, jaką ja darzę popołudniowe drzemki, a moje uwielbienie do czystego zlewu kłóci się z poglądem Soni, że można posprzątać nieco później. A rzeczy Basi lądujące na kanapie mieszają się z moją kolekcją ciepłych skarpet. Długie debaty na temat, o której gasimy światło, przerywane są rozmowami o tym, który kanał mamy oglądać, bo każda z nas ma swoje ulubione seriale. Na szczęście mamy tyle zajęć, że na te dysputy zostaje niewiele czasu. Już wiem, że nasze relacje będą się ograniczać do wspólnych wieczorów i poranków, zarówno tych rześkich, jak i nieco cięższych.

Dziś lodówka jest pusta, obiady na mieście weszły w nawyk, a najlepszy bar mleczny zyskał miano domowej stołówki. Studia dopiero się zaczęły i choć nie posmakowałyśmy jeszcze tego życia w pełni, to z niecierpliwością czekamy na niespodzianki, którymi nas zaskoczy.

@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.000000800.808.jpg@RY2@

Artur Gierwatowski/EDYTOR/net

Paulina, 19 lat, studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UŚ; Basia, 19 lat, studentka fizjoterapii na AWF w Katowicach; Sonia, 19 lat, studentka biotechnologii na Uniwersytecie Śląskim, Katowice: dwupokojowe mieszkanie w centrum, V piętro 17-piętrowego wieżowca. Koszty: 990 zł/mies. na trzy osoby (wynajem, w tym czynsz)

Mira Suchodolska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.