Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Od papieru do strony internetowej - tam znajdujemy lokalne informacje. Mała ojczyzna jest dla nas ważniejsza niż cały kraj, wielki świat

Ten tekst przeczytasz w

Gdzie znajdziemy szewca, a gdzie wulkanizatora? Dlaczego wójt ma traktor, a Kowalski z tej samej wsi nie. Dlaczego pani Hela zamknęła sklep, a burmistrz ściąga do gminy drogiego dewelopera. Gminne informatory są w rozkwicie. Zarówno te samorządowe, jak i te niezależne, patrzące władzy na ręce

Najwięcej pism lokalnych ukazuje się na silnie zurbanizowanym Górnym Śląsku. Prawie 300 tytułów. Około 290 tytułów wychodzi na Mazowszu, po około 270 w Wielkopolsce i w Małopolsce. W pozostałych 12 regionach ukazuje się od 70 na Podlasiu do 170 na Dolnym Śląsku. Średnia liczba tytułów prasy lokalnej w Polsce przypadająca na 10 tys. mieszkańców wynosi 0,63 i waha się w granicach od 0,46 (województwo łódzkie) do 0,86 (województwo małopolskie). Są miasta, np. Katowice, w których jest pięć lokalnych rozgłośni. A w Suwałkach jest jedna. Swoje radio (katolickie) ma też np. warszawska dzielnica Praga. Tyle statystyki. Pochodzą z badań prasy samorządowej przeprowadzonych 10 lat temu. Brane pod uwagę były zarówno tytuły wydawane przez prywatnych właścicieli, jak i prasa samorządowa przygotowywana przez urzędy miast, gmin, powiatów.

-Dzisiejsze dane liczbowe mogą się trochę różnić. Na pewno część tytułów, rozgłośni upadła, powstały jednak nowe. Podobnie jak strony internetowe. To bardzo żywy rynek. Ale jedno jest pewne. Taka lokalna prasa to właściwie niezastąpione kompendium wiedzy o najbliższej nam społeczności - mówi twórca badań prof. Marian Gierula, kierownik Zakładu Dziennikarstwa na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

Aktualnych całościowych danych dotyczących tego rynku nie udało się nam znaleźć. Dysponujemy natomiast świeżymi, jednak w ograniczonym zakresie. To dane Stowarzyszenia Gazet Lokalnych za ubiegły rok. Dotyczą 120 lokalnych, niezależnych tytułów z całej Polski współpracujących z tą organizacją. Publikujemy je obok.

Co w gminie słychać

Badacze podkreślają kilka najistotniejszych funkcji, które spełniają szeroko pojęte lokalne informatory. Przede wszystkim przekazują bieżącą informację z najbliższego podwórka. Może to być średniej wielkości miasto, mała gmina, ale także wioska. Ale to nie tylko informacja. To także swoista trybuna lokalnej społeczności, która ją integruje.

- To kontrola władz lokalnych, ale także informacja o wydarzeniach kulturalnych, które dzieją się nawet w strażackiej remizie - mówi prof. Gierula. I dodaje, że serwisem informacji krajowych i zagranicznych gazety lokalne nie są wcale zainteresowane.

- Przecież te informacje są wszędzie: w ogólnopolskiej prasie, na portalach internetowych, w większości stacji telewizyjnych. I może dlatego błędem są wydawnictwa, np. lokalne Polska Press, które próbują łączyć informację ze świata z tą z tzw. zagrody - wyjaśnia prof. Gierula.

Medioznawcy przyznają, że łatwiej o "robienie" gazety w małej gminie. I dlatego swoistego uroku w tym pędzie współczesności nabiera prowincja z benefitami wynikającymi z zupełnie innego stylu życia. Bo w anonimowych skupiskach osób nastawionych przede wszystkim na sukcesy zawodowe, w wielkich aglomeracjach miejskich, ośrodkach przemysłowych, czy tzw. sypialniach trudniej zainteresować mieszkańców tym, co dzieje się w ich najliższej okolicy, osiedlu.

Ale może to nie do końca teza prawdziwa. Bo okazuje się, że można zainteresować zupełnie malutką ojczyzną, jaką jest dzielnica Warszawy.

- Obejmujemy już 11 dzielnic lewobrzeżnej Warszawy - mówi redaktor naczelny "Południa" Andrzej Rogiński. I przyznaje, że gazeta znika ze sklepów w ciągu doby. Ma doświadczenie. "Południe" wychodzi od 1994 r. jako prywatny podmiot. Gazeta leży w sklepach. Przeczytamy w niej o śmieciach w mieście, psach, które nie mają domu, ale też o planach zagospodarowania, tych małych lokalnych, osiedlowych. Jak mówi Andrzej Rogiński, po gazetę każdy sięgnie. Papier nie zniknie, choć internet staje się konkurencją. Ale czy na pewno już, teraz, w lokalnych społecznościach?

W sklepie obwoźnym

"Wieści Podlaskie" ukazują się od 1999 r. Najpierw był to miesięcznik sprzedawany, a od sześciu lat to bezpłatny dwutygodnik o nakładzie 5 tys. egzemplarzy.

- O czym piszemy? O lokalnych sprawach. O imprezach odbywających się w okolicy, także w małych wsiach. No i oczywiście są porady - mówi Wiesław Sokołowski, szef "Wieści Podlaskich". Twierdzi, że zainteresowanie prasą lokalną rośnie.

- Na przykład 100 egzemplarzy wyłożonych w sklepie znika po 2-3 godzinach. A ewenementem w rejonie powiatu bielskiego, hajnowskiego czy nawet białostockiego, są sklepy obwoźne. W nich oprócz bułki, cukru czy wędliny, które kupi mieszkaniec, jest do wzięcia gazeta. Z niej można dowiedzieć się np. o tym, że w sąsiedniej wsi jest superwystawa albo że jest nabór dodatkowy do uczelni w jednej ze szkół na Podlasiu.

- To może prosty przekaz, ale ważny - mówi Wiesław Sokołowski. Potwierdza to inny wydawca lokalnej prasy Jarosław Babicki z wydawnictwa Star Press, które wydaje m.in. tygodniki Szydłowiecki, Starachowicki.

- Bo napiszemy np. o wsi Zbeludka, o lekarzach, do których można tam pójść. O tym wielkie gazety nie napiszą. A samorząd? No cóż, warto szukać informacji. Z reklamą bywa różnie - mówi Babicki.

Zależna, niezależna

- Nie istnieje inna prasa lokalna, niż ta niezależna od samorządu - mówi Eliza Woźnicka, redaktor naczelna tygodnika "Lokalna" obejmującego swoim zasięgiem powiat miński oraz warszawską Wesołą. - Prasa lokalna musi być niezależna. Musi kontrolować władzę, a nie jej służyć - dodaje.

Tę tezę podkreślają wszyscy wydawcy. Ale, jak twierdzą niektórzy, pewna forma współpracy jest konieczna.

- Mamy ogłoszenia gminne - mówi Dominik Księski, redaktor naczelny pisma "Pałuki", nagrodzonego ostatnio przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. A gdzie te "Pałuki". Ot, gdzieś w Żninie.

- Bo my mamy taką wizję pozytywistyczną, jak Prus, Sienkiewicz - przekonuje redaktor Księski. - Niech ludzie czytają, o czym nie wiedzieli. I niech się dowiedzą o zwykłych sprawach regionu, np. planach zagospodarowania, remontach ulic, ale też o historii. Kto był dziadkiem pana X w Żninie? Tak funkcjonuje świat. Bo dla wielu to Żnin jest pępkiem świata. Nie np. Japonia, USA czy Australia.

Samorząd wie swoje...

Prasa miejska samorządowa? Może istnieć w ograniczonym zakresie. Nie ma możliwości zarabiania pieniędzy na wydawaniu lokalnej gazety, informatora. To oczywiście nie do końca prawda. W większości ośrodków miejskich czy gminnych są wydawane bezpłatne gazetki. Prowadzą je pracownicy biur prasowych, reklamy, często są też strony poświęcone pracom rady gminy, które przygotowują samorządowcy.

- Urząd nie może prowadzić działalności gospodarczej, więc do naszego informatora nie przyjmujemy żadnych ogłoszeń komercyjnych. Informujemy tylko o tych wydarzeniach, które są firmowane przez miasto - mówi rzecznik Krakowa Monika Chylaszek. A osoba odpowiedzialna za te publikacje dodaje, że w ubiegłym roku koszt przygotowania dwutygodnika UMK to 560 tys. zł (nakład wynosił 30 tys. egzemplarzy).

Są samorządy, które decydują się tylko na stronę internetową, która zawiera wiadomości (oczywiście wybrane) bez komentarzy. Tak jest np. w przypadku Wrocławia i Warszawy.

...ale współpracuje

- Nasza gazeta to nie jest tuba gminy - przekonuje Witold Konieczny z urzędu miejskiego w Pruszkowie, który wydaje gminny informator w nakładzie 25 tys. egzemplarzy. - Tam jest informacja o działalności samorządu, o inwestycjach w mieście, planach zagospodarowania. Komercyjnych reklam nie zamieszczamy.

Samorządowcy twierdzą, że współpracują zarówno z wydawnictwami gminnymi i miejskimi, jak i z tymi uznanymi za niezależne.

- Mamy gminną "Gazetę Wieliszewską" wydawaną raz w miesiącu, informującą o posiedzeniach rady gminy, rady seniorów, kole gospodyń wiejskich, o planach zagospodarowania, inwestycjach szkolnych - wylicza Marcin Fabisiak, przewodniczący rady gminy w Wieliszewie. Przyznaje, że w tej gazecie ukazują się też artykuły krytyczne dotyczące zarządu gminy. Wówczas np. wójt odpowiada, jest polemika.

- Współpracujemy też z prasą niezależną, np. "Gazetą Powiatową", czy "To i Owo". Tam piszemy, informujemy, czasem polemizujemy z informacjami, które ukazywały się wcześniej. Dodatkową wartością są różne wspólne akcje, przy których umieszczamy informacje promocyjne - mówi przewodniczący Fabisiak.

Lokalność parafialna

Ogłoszenia parafialne... Słuchamy ich niechętnie, bo to już przecież koniec niedzielnej mszy św. Ale jak się okazuje, są one coraz częściej substytutem lub uzupełnieniem lokalnej prasy.

- Są tam informacje samorządowe, np. o możliwości zrobienia bezpłatnych badań cytologicznych oraz tych dotyczących słuchu, czy wzroku. Są też prośby o wsparcie wyjazdu dzieci na wakacje. Zdarzają się informacje od lokalnej policji, często są też zapowiedzi imprez kulturalnych - mówi ks. Wojciech Sadłoń z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego.

Z ostatnich badań prowadzonych przez tę placówkę w 2012 r wynika, że parafialnych gazetek papierowych wychodzi ok. 2.5 tys. A w internecie można znaleźć informacje parafialne na ponad 3 tys. stron. Jak jednak przyznaje ks. Sadłoń, wydawnictwa kościelne starają się skupiać na informacjach parafialnych i konfesyjnych. - Choć są to często sprawy, które się zazębiają. To służy lokalnej społeczności. Bo parafia to przecież część gminy, miasta, wioski - mówi ks. Sadłoń.

Jak to z reklamą bywa

W lokalnej niezależnej gazecie, jest różnie. Nasi rozmówcy przyznawali, że każdy krytyczny tekst dotyczący np. samorządu czy władz gminy powodował odpływ reklam urzędowych.

- Jeśli mamy krytyczny tekst, to go zamieszczamy. No i reklamy nie ma. Trudno. Ważna jest prawda i wiarygodność. I niezależność - mówi Wiesław Sokołowski.

Wydawcy dodają, że jest problem z dostępnością lokalnej prasy. Coraz rzadziej kupimy ją w kiosku, nie znajdziemy jej raczej w salonie prasowym, wśród szerokiej palety gazet ogólnopolskich, kolorowych pism. Wyjątkiem są jedynie mutacje regionalne znanych, dużych dzienników.

- Ale to chyba specyfika, zarówno prasy, jak i rynku - mówi ekspedientka sklepu na warszawskim Śródmieściu. - U nas lokalne tytuły leża na widocznym miejscu na parapecie. Klient sięga po nie jeszcze przed zrobieniem zakupów i przegląda już w trakcie przechadzki po sklepie.

Przyszłość w sieci?

Może w dużym mieście, mieszkaniec będzie szukał informacji w internecie. Tam sprawdzi godzinę odjazdu autobusu z przystanku, przy którym mieszka. No, może dowie się jeszcze o zamkniętych ulicach.

- Papierowa prasa nie zniknie - przekonuje Andrzej Rogiński ("Południe"). Ludzie mają nawyk czytania, zwłaszcza jak wezmą lokalną gazetkę w swoim sklepie. Razem z chlebem i serem. To opinia, którą potwierdzają także wydawcy regionalnych tytułów z mniejszych ośrodków.

- Internet na razie nie jest w stanie zastąpić lokalnej prasy. Jest szybszy, ale zdecydowanie mniej wiarygodny - mówi Eliza Woźnicka (tygodnik "Lokalna"). - W lokalnych gazetach jest autor ze zdjęciem, jest odpowiedzialność. Tego czytelnicy oczekują.

Są i inne przykłady, nowe pomysły. Warszawski Serwis Prasowy jest tylko w internecie. Informuje o tym, co dzieje się w mieście, aglomeracji. O tym, co będzie za dni kilka. Przytacza też najważniejsze informacje lokalne z codziennych gazet.

- To nie jest łatwa formuła, bo informacje, choć rozproszone, w internecie już są - mówi Robert Biskupski, twórca strony. - Może to jest jednak jakaś nowa formuła dotarcia do urzędników, różnych biur prasowych, miejskich spółek i tych wszystkich, którym nieobce jest miasto. Tu mają w pigułce, raz dziennie, a właściwie w nocy, to, co dzieje się w Warszawie i najbliższych okolicach. Czy to konkurencja dla lokalnej prasy? Nie, to chyba raczej jej uzupełnienie. Ale przyznaje, że ze strony korzysta coraz więcej osób. Ma sygnały zwrotne od czytelników, ma też informacje z urzędów. To pomysł rozwojowy - mówi Robert Biskupski.

WAŻNE

"Największe trzęsienie ziemi w Japonii zainteresuje mnie tylko wówczas, kiedy zginie w nim jakiś mieszkaniec Żnina" - mówi szef lokalnego tygodnika Pałuki Dominik Księski

WAŻNE

Ogłoszenia parafialne to często nie tylko sacrum. Tam są informacje np. o koncercie, zbiórce kasy dla dzieciaków, które jadą na wakacje. Są też informacje od policji, lokalnego samorządu. Bo parafia to też duża lokalna społeczność

@RY1@i02/2013/046/i02.2013.046.08800060h.809.jpg@RY2@

Liczba czytelników Tygodnika Lokalnego w poszczególnych grupach wiekowych w 2012 r.

@RY1@i02/2013/046/i02.2013.046.08800060h.810.jpg@RY2@

Czytelnictwo gazet lokalnych

Monika Górecka-Czuryłło

monika.gorecka@infor.pl

OPINIA EKSPERTA

@RY1@i02/2013/046/i02.2013.046.08800060h.811.jpg@RY2@

Prof. Maciej Mrozowski, medioznawca, Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej

Los prasy lokalnej w Polsce nie jest łatwy. Może to banalne stwierdzenie zwłaszcza w porównaniu z prasą amerykańską. Tam lokalność wygrywa. Do końca nie wiadomo, czy to kwestia mentalności mieszkańców, czy obszaru. No bo czym jest nasz Pcim czy nawet Suwalszczyzna w porównaniu z Teksasem.

Ale to tylko naukowe dywagacje. Prawda u nas jest dosyć brutalna. No bo co oznacza pojęcie "niezależna prasa"? Mieszkańcy małych miejscowości dzielą się na dwie grupy. Tych starszych, którzy od lat szukają informacji o swojej małej społeczności, czy będzie to wieś, gmina, czy miasto albo nawet jego dzielnica. I na tych, którzy interesują się przede wszystkim, kto tu rządzi, kto jest znaczącą osobą, czy jeszcze jest orkiestra strażacka, którą można wynająć, i klub sportowy, do którego na początek można posłać dzieciaka. I jeszcze sklep. Bo tam jest pani Hela, która nie tylko rozdaje lokalne gazety, ale też wie o okolicy wszystko. To nowi czytelnicy. Ale też będą pomału odchodzić. Bo lokalna pisana prasa zamieni się w strony internetowe, portale. Może, paradoksalnie, tam będzie łatwiej przekazać treści niewygodne dla lokalnego samorządu, krytyczne. Może tam będzie większa niezależność wydawców?

Ale problem lokalnej prasy to nie tylko zależność od włodarzy czy, odwrotnie, szukanie afer w lokalnych strukturach samorządu. To przede wszystkim pomysł na nową gazetę. A w niej musi być też informacja o interesujących ofertach, np. spa, hoteli, czy ekskluzywnych, eleganckich sportach. Do tego potrzeba sponsorów, którzy wypromują nowy lub pociągną stary tytuł.

Warto też pamiętać, że świadomość utożsamiania się z małą ojczyzną ulega przemianie. Starzy czytelnicy pomału odchodzą. Pojawiają się nowi, mobilni, często tylko traktujący swój dom na obrzeżu miasta czy nawet w puszczy jako sypialnię. Nie mają poczucia lokalności. A jeśli już, to takie osoby wolą strony internetowe. Czy to koniec prasy lokalnej? Do końca nie wiemy. Ale zmiany, zarówno w komunikowaniu się z mieszkańcami małych społeczności, jak i ich potrzebami, są nieuchronne. Może lokalna prasa pisana to kwestia 5-10 lat?

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.