Matka, nie królowa
Bywam wykończona. Ale jakoś daję radę, bo przecież nie mogę ich zostawić. Cyganie Polaków nie obchodzą
Izoldą Kwiek
Izoldo, znamy się dwadzieścia parę lat, a ja wciąż nie bardzo wiem, kim jesteś. Na pewno poetką - to pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Ale też Cyganką, przepraszam, Romką, która zaszła niewyobrażalnie dalej niż inne kobiety twojego narodu. Przychodzą do ciebie ludzie, pytając o zdanie, o radę, niczym cygańską królową.
Nawet tak nie mów, bo to głupie i może mi tylko zaszkodzić. Jestem, kim jestem. Kobietą. Cyganką, choć Romka jest dziś bardziej poprawna politycznie, ale ja myślę i piszę o sobie jako o Cygance. Jak w tym moim wierszu, że kiedy umiera Cyganka, to Cyganie też umierają... Romka w tych strofach byłaby nie na miejscu, nie byłoby melodii, tego zaśpiewu. Gdybym miała się przedstawić, powiedziałabym, że jestem polską Cyganką, prezesem Stowarzyszenia Romów, co bardzo doceniam. Jednak jeszcze ważniejsze, dużo ważniejsze jest to, że pracuję jako asystent nauczyciela w Szkole Podstawowej nr 36 w Rudzie Śląskiej-Orzegowie. Tej samej, do której uczęszczałam ja, do której chodziły moje dzieci. To jest moja szkoła. Najlepsza, najpiękniejsza ze wszystkich. Teraz mam w niej piękny gabinet, w którym się zjawiam każdego dnia przed ósmą rano. Jestem po to, żeby pilnować, aby dzieciaki się uczyły, żeby przychodziły na lekcje. Aby nie marnowały życia. Mam wielką pomoc ze strony dyrektorki, pani Iwony Skrzypczyk-Sikory. Jest niesamowita. Ona, tak jak ja, kocha dzieci. Te polskie, romskie, wszystkie. Żyje nimi, tą szkołą. Ja ją poznałam jako małą dziewczynkę, teraz jest mądrą kobietą. Przychodzi rano, zaraz po siódmej, a wychodzi po 21, niemal mieszka w tej szkole. Bo ta szkoła bardzo jej potrzebuje. Tak samo jak mnie. Robimy w niej, razem z nauczycielami, naprawdę wielkie rzeczy.
W każdej szkole mogą się dziać cuda, jeśli dorośli są mądrzy i dobrzy. Opowiadaj, co wy robicie.
Teraz są takie czasy, że można, mówiąc językiem biurokratycznym, realizować projekty. To oznacza, że są pieniądze z UE na to, żeby coś pożytecznego zrobić. I robimy. Dajemy lekcje tańca, są dodatkowe godziny języka polskiego, niezamożne dzieciaki mają catering, kino, wycieczki, wczasy. Ale żebyś nie myślała, że tylko nasze dzieci z tego korzystają. Jest po równo, dla romskich i polskich.
Jak wygląda twój dzień w szkole?
Przychodzę przed ósmą, idę do gabinetu, robię kawę. Rano musi być kawa. A potem stoję na korytarzu i patrzę, kto przyszedł do szkoły, a kogo nie ma. I potem dochodzę - dlaczego go nie ma. Bo w tej szkole nic nie może się stać bez mojego udziału. Jeśli coś złego się wydarzyło, ktoś zawalił, narozrabiał, to ja jestem. Beze mnie nauczyciele nic nie mogą zrobić winowajcy, ukarać go. A ja ich proszę: jeszcze poczekajmy, on się poprawi. Potem idę do domu takiego dzieciaka, znów tłumaczę, tym razem rodzicom: bez szkoły nic nie ma dobrego, on musi się uczyć. Musicie pilnować, żeby chodził, odrabiał lekcje. I muszę powiedzieć, że dziś te nasze romskie dzieci sumienniej chodzą do szkoły niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu. W każdym razie te polskie, bo z rumuńskimi różnie bywa.
Macie w Orzegowie sporo rumuńskich Romów.
Dużo ich jest. W całej Polsce. Mam wrażenie, że więcej niż polskich. Biednych, zaniedbanych, wykorzystywanych. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Współpracujemy z MSW i z Fundacją La Strada, bo ci najmłodsi często pochodzą z rodzin będących ofiarami przemocy i handlu ludźmi. W Rumunii są mafie, które przemycają dzieci do Polski. Albo całe rodziny. Potem tych ludzi wykorzystują. Każą żebrać, a pieniądze zabierają. Tamci nie potrafią się bronić, bo są zastraszeni, nie znają języka. Pozwalają, żeby ich bito i poniewierano, gdyż jeszcze bardziej boją się wrócić do siebie, do Rumunii. Tutaj przynajmniej mają co jeść.
Wiem, że opiekujesz się wielodzietną rodziną Cyganów z Rumunii.
To historia jak z brazylijskiej telenoweli. Matkę poznałam w Częstochowie. Do Polski ściągnęła ich rodzinę jej siostra. Myśleli, że znaleźli się w lepszym świecie, to było dwadzieścia lat temu. Ale mąż tej kobiety został złapany na kradzieży i skazany na więzienie. A ona z dziećmi wpadła we władanie siostry, a to nie jest dobra kobieta. Wysyłała ją i dzieci na żebry, biła, zabierała wszystkie pieniądze. Kiedy się spotkałyśmy, kiedy mi opowiedziała swoje losy, bardzo się zdenerwowałam. Zabrałam ją i całą dzieciarnię do siebie, na Śląsk. Wiesz, ona ma dziewięcioro dzieci, z czego w Polsce urodziła piątkę. Prosiłam urząd miasta, żeby dał im mieszkanie. Obiecywali w magistracie, ale do tej pory nic nie załatwili. Że niby nie ma. A kto może bardziej potrzebować lokum niż matka z dziewięciorgiem dzieci? To im wynajęłam mieszkanie za własne pieniądze, mają dach nad głową.
Ojciec tej rodziny jeszcze siedzi?
Nie, wyciągnęłam go, cztery lata przed końcem wyroku. Zaczęłam się starać o to, kiedy umarła ich 3,5-roczna córeczka. Wiesz, ktoś się musiał nimi zająć. A zapomniałam ci powiedzieć, że jestem także biegłym sądowym i tłumaczem, znam wszystkie dialekty, jakimi Romowie mówią w Polsce i w sąsiednich krajach, osiem ich jest. W przypadku tego człowieka zaangażowałam się, jeździłam po sądach, po prokuraturze, tłumaczyłam. Stawiałam się na wszystkie wokandy. Dałam temu mężczyźnie zatrudnienie w Stowarzyszeniu Romów. I wreszcie go wypuścili. I wyobraź sobie, Mireczko, że siostra jego żony, ta sama, która tak źle traktowała jego rodzinę, chciała go zabrać dla siebie. Na szczęście uniósł się honorem. Powiedział: nie. Ja mam kochaną rodzinę, najważniejsze są dla mnie moje dzieci. I ja jestem bardzo szczęśliwa, że im się udało.
Jesteś ich opiekunką. Ale masz więcej takich osób pod swoimi skrzydłami. Niektórzy z nich mieszkają u ciebie, inni tylko zaglądają na parę godzin.
Oj, czasem jestem wykończona. Ale przecież nie mogę ich zostawić. Nikogo oprócz mnie nie mają życzliwego. Dlatego zanim pójdę do mojej szkoły, robię stos kanapek. Żeby dla wielu starczyło. Ich rodzice nie mają roboty, więc nie bardzo też mają na jedzenie dla dzieci. Sama wiesz, jak to jest. Jeśli nie ma pracy dla Polaków, to tym bardziej Cygan jej nie dostanie. A zwłaszcza Cygan z Rumunii. Ale żebyś sobie nie myślała, że oni to sami złodzieje. Częściej jest tak, że pożebrzą sobie, posprzątają podwórko, auta umyją albo komuś okna w mieszkaniu. Kradną rzadko. Jednak o powrocie do swojego kraju, mimo biedy, jaką cierpią, nie chcą nawet słyszeć. Tutaj im lepiej, mimo wszystko. A ja nie potrafię ich zostawić swojemu losowi. Może dlatego, że kocham wszystkie dzieci. A te najbiedniejsze najbardziej.
Dlatego masz wielką rodzinę.
Ja sama urodziłam tylko dwoje dzieci, ale jestem rodziną zastępczą dla czwórki dzieci mojej córki, Śnieżyny. Ona ich nie chce, mówi, że jest młoda i chce sobie pożyć. Więc fruwa. Ma już 37 lat, ale wciąż mam nadzieję, że zmądrzeje jeszcze. Za to mój syn, Rustan, jest wzorowym mężem i ojcem, ale daleko ode mnie jest on i jego rodzina. W Anglii mieszkają i pracują, dobrze im się powodzi. Jednak serce boli, tęskni. Na szczęście zostały mi wnuki. To 19-letni Dżordan, Dżenifer - 18-latka, 14-letni Muniek i 9-letni Dorino. No i najmłodsza pociecha, prawnuczek Dżeremi, śliczny i kochany, ma siedem miesięcy. Moja największa miłość, cały świat. Gwiazdka, która spadła mi z nieba. Starsi pomagają mi we wszystkim, dobrze nam ze sobą razem.
Jak sobie radzisz z pracą, działalnością w stowarzyszeniu, występami, bo prowadzisz jeszcze dwa zespoły cygańskie - Tabor i Mały Tabor, często koncertujecie. Masz swoje spotkania autorskie. A tu jeszcze dzieciaki potrzebują cię w domu.
Ja nie bardzo wiem, jak sobie radzę. Jakoś. Rano idę do szkoły, ale jeśli gdzieś mnie potrzebują, podjeżdżają samochodem i jedziemy: do sądu, prokuratury, na policję. Czasem trzeba jechać do sąsiedniego miasta, a czasem na drugi koniec kraju - do Gdańska na przykład, ale to już wiem z wyprzedzeniem i mogę sobie zaplanować. Popołudniami załatwiam sprawy, spotykam się z ludźmi. Wieczorem jestem już taka zmęczona, że kładę się o ósmej. Ale o pierwszej już wstaję, wyspana, i żyję dalej. Obiad podgotuję, zrobię tłumaczenie, napiszę wiersz. Tak mija mi życie. Patrzę przez okno w ciemność i myślę: czy gdyby mi było dane jeszcze raz życie, przeżyłabym je tak samo. Tak. Jestem urodzoną matką.
I człowiekiem, który nie może przejść obojętnie obok kłopotów drugiego. Jak to się stało, że zostałaś biegłą i tłumaczem sądowym?
Kiedyś w Katowicach byłam w sądzie na rozprawie jako widz zwyczajny. To była sprawa 18-letniego chłopaka, rumuńskiego Roma, oskarżonego o kradzież. Bardzo dużo jest takich spraw, z paragrafu 278. Często ci ludzie padają ofiarą niesłusznych oskarżeń - jak coś zginie, to na kogo najłatwiej zwalić winę? Wtedy jako świadek przesłuchiwana była matka tego mężczyzny, a pośredniczyła w tym tłumaczka z rumuńskiego. I ja sobie słucham, co ta Cyganka mówi i co ta tłumaczka tłumaczy. Już na początku aż podskoczyłam, bo kiedy sędzia spytał o wiek, tłumaczka mówi, że świadek ma 22 lata. Nie wytrzymałam, wstałam, przeprosiłam Wysoki Sąd i mówię, że to bzdura. Ta kobieta ma 32 lata, inaczej nie mogłaby być przecież matką 18-latka, tłumaczka się pomyliła. I sędzia kazał tamtej usiąść i mnie wziął do tłumaczenia w tej sprawie. No i jakoś tak się zaczęło, bo rozniosło się, że potrafię to robić i można mieć do mnie zaufanie. Takich przykładów niekompetencji rumuńskich tłumaczek mogłabym podać więcej. Pamiętam, jak jedna przetłumaczyła akt oskarżenia rumuńskiemu Romowi, że będzie odpowiadał za zbrodnię. Ten mało nie dostał zawału, bo sprawa była o kradzież. Okazało się, że kobieta pomyliła akta. Często jest tak, że ci tłumacze namawiają oskarżonych, żeby się przyznali, czy są winni, czy nie. Bo wtedy szybko jest spokój. Ja tak nie robię. Zawsze pytam: zrobiłeś to czy nie. Jak mówi, że tak, to radzę, aby skorzystał z art. 335, dobrowolnie poddał się karze. A jeśli zaprzecza, walczę o niego. Wiem, że mi mówi prawdę, mnie nie oszuka. Jako prezes Stowarzyszenia Romów mam prawo i obowiązek wstawiać się za swoimi ludźmi.
Ci rumuńscy Cyganie bardzo się różnią od polskich?
Owszem, choćby z tego powodu, że wciąż chodzą w tradycyjnych strojach, a nasi już ubierają się jak wszyscy dookoła. No i tamci są smagli, a my mamy jaśniejszą skórę. Różnica też jest taka, że są dużo biedniejsi i niewyedukowani. Ale wszyscy jesteśmy Romami, mamy obowiązek sobie nawzajem pomagać. Jeśli polscy Cyganie nie będą stawać w ich obronie, to kto się za nimi ujmie? Przecież, nie gniewaj się, Polaków oni nie obchodzą. Była taka sprawa, dosyć głośna, we Wrocławiu, gdzie chcieli wyrzucić wielką grupę rumuńskich Romów z wysypiska śmieci, na którym mieszkali od ćwierć wieku. To były wielopokoleniowe rodziny, ponad sto osób. Zrobiła się wielka awantura i na szczęście udało się tym ludziom pomóc. Niektóre rodziny dostały od miasta mieszkania i pracę, zobaczymy, jak sobie poradzą. Część wyjechała za granicę. Ale ileś tam osób zostało na wysypisku. Tyle że mają tam teraz trochę lepsze warunki: wstawiono ubikacje, dowożą im wodę, czasem jedzenie. Popatrz, nie wymagało to wielkich nakładów, żeby życie innych ludzi uczynić trochę znośniejszym.
Mam wrażenie, że dziś stosunki polsko-romskie są lepsze niż przed laty, ale i tak co jakiś czas wybuchają konflikty. Na przykład w Andrychowie.
Tam, w Andrychowie, władze chciały postawić mur, jak w jakimś getcie, żeby oddzielić Romów od reszty mieszkańców. Wstyd. Ale konfliktów nie da się uniknąć. Nas jest mniej, za to bardziej nas widać. A jak to w każdej społeczności, nie wszyscy są aniołami. Jest alkohol, są scysje, awantury, jest głośno. A to przeszkadza. Ja sama jestem bezalkoholowa, ale umówmy się, że w ogóle w Polsce to wyjątek. Ale prawda jest taka, że jak Polak kogoś zamorduje, to lokalna gazeta zamieści wzmiankę. Natomiast jeśli Rom ukradnie 500 zł, zaraz robi się awantura na cały kraj. Jednak nie wszędzie tak jest. Na przykład my tutaj, na Śląsku, żyjemy zgodnie. Może oprócz Zabrza, gdzie jest zadawniony konflikt, od lat skini tam na nas napadają.
Myślisz, że to tylko różnice kulturowe?
Ja myślę, że bieda. Jak ludzie nie mają pracy, żyją z pomocy, to mają więcej takiej nienawiści do świata i innych w sobie. Inna sprawa, że moim zdaniem te zasiłki bardzo degenerują ludzi, sprawiają, że nie chce im się potem szukać pracy i tak bez sensu wegetują. Lepiej, by taki bezrobotny poszedł pozamiatać ulice albo kible pomyć, niż ma siedzieć w domu, pić i szukać winnych swojego nieszczęścia.
Już widzę, jak Rom idzie myć toalety.
No, jemu nawet nie wolno by było tego robić. Mamy zasady, których musimy się trzymać. Ale mechanikiem w warsztacie być może, złotnikiem, no większość zawodów może wykonywać. Byle nie lekarza, to zabronione.
Jednak i tak widzę wielkie zmiany w romskim świecie, których ty sama jesteś wymownym przykładem. Cyganka, a mężczyźni liczą się z twoim zdaniem. Kobieta pracująca i występująca publicznie.
To prawda, że kiedyś miejsce kobiety było w domu, dzisiaj nasze dziewczyny uczą się i pracują. Pomagamy im zresztą, tej naszej romskiej młodzieży, bardzo zresztą zdolnej i utalentowanej, zdobywać wykształcenie i zawód. Organizowaliśmy ostatnio kursy, sporo osób je pokończyło. Chłopcy zdobyli uprawnienia budowlańców, porobili prawa jazdy. Dziewczyny pokończyły kursy asystentek romskich w szkołach, wyuczyły się na krawcowe. Dziś życie toczy się inaczej, poznikały barwne chustki z naszych głów, do szafy odwiesiłyśmy długie spódnice.
Co starszyzna na to?
Jaka starszyzna? Ile jej zostało? Ludzie poumierali albo wyjechali za chlebem. Już ci mówiłam, że została nas w Polsce garstka, więc tym bardziej musimy się przystosować do współczesnego świata, żeby przetrwać. Nie powiem, że jest łatwo. W moim Orzegowie nie ma nawet domu kultury, żeby młodzi mogli się spotkać, zamiast ćpać na ulicy. To jest kolejny bardzo duży problem wśród naszej młodzieży - jeśli nie podać im ręki we właściwym momencie, mogą się stoczyć. Bo Rom ma o wiele trudniej niż Polak, nawet jeśli startują w życie z tego samego, wydawałoby się, poziomu.
To może być trudne także z tego powodu, że romskie dziewczyny wcześnie zakładają rodziny. Ta rumuńska matka, o której opowiadałaś, urodziła syna, jak miała 14 lat.
To Rumunki tak wcześnie rodzą, nasze dziewczyny już nie, to nie te czasy. My uważamy 13-, 14-letnią dziewczynkę za dziecko. W Rumunii jest inaczej. Raz, że tam kobiety wcześniej dojrzewają, dwa, że oni uważają, iż nawet 12-latka jest gotowa do bycia matką i żoną. To tyleż kwestia innej kultury, co biedy właśnie. Tam dzieci są zmuszone bardzo wcześnie osiągać samodzielność, wychodzić z domu, zarabiać. Mnie by serce pękło, gdyby coś takiego spotkało moją Dżeniusię. Ona urodziła, jak miała skończone 16 lat. I tak wcześnie. Ale wytłumaczyłam jej, że nadal musi się uczyć, więc chodzi do szkoły, do gimnazjum. Nie bardzo chciała, ale teraz uczy się nieźle. Jak ona idzie na lekcje, z małym zostaje niania. Bo tatuś musi zarabiać na rodzinę. Handluje, sprzedaje firany, koszulki, zawsze znajdzie jakiś atrakcyjny towar, coś zarobi. Nie będzie przecież siedział w domu, nie wyobrażam sobie, żebym to ja ich utrzymywała. Muszą sobie jakoś radzić w życiu. Tak czasem myślę, że kiedy pójdę na emeryturę, Dżenifer może zajmie moje miejsce w szkole.
Uważasz, że odniosłaś sukces?
Tak, moje dzieci i wnuki są moim sukcesem. I to, że mogę robić tyle ciekawych rzeczy. Że występuję na scenie, tańczę, śpiewam. I jeszcze, że ludzie czytają moje wiersze. Ale największym sukcesem, uwierz, są ludzie, którym udaje mi się pomóc. Kiedy przychodzą do mnie i dziękują, czuję, że żyję po coś. Ale muszę ci coś opowiedzieć. Kiedy mój mąż mnie zostawił, byłam w depresji. Załamałam się. I wtedy pomogli mi ci, którym ja wcześniej pomagałam. Na przykład ćpuny, których wyciągnęłam z nałogu. Bo udało mi się ich przekonać, że mają coś ważnego do zrobienia na ziemi. Czasem wystarczy jedno słowo powiedzieć, ale trafić prosto w serce, a ten człowiek wstaje, biegnie przed siebie i wychodzi na prostą. I potem ci byli ćpacze przychodzili, siedzieli ze mną, prosili, żebym im opowiadała, czytała. Tak mnie wyrwali z powrotem do życia.
A mąż?
On poszedł za starszą kobietą, teraz jest nieszczęśliwy. Chciał wrócić, ale już go nie chciałam, choć nie jesteśmy po rozwodzie, bo z kościelnego ślubu rozwodu nie ma. A jestem szczęśliwa, żyję pełnią życia. Tylko czasem skarżę się Bogu: dałeś mi tyle osiągnąć, jako Cyganka zaszłam wysoko, ale poskąpiłeś mi szczęścia. Miłość zjawiła się na chwilę, błysnęła jak iskierka i zgasła. Nigdy nie myślałam, żeby sobie układać z jakimś mężczyzną życie na nowo. Owszem, czasem mi się jakiś spodobał, byłam oczarowana. Już się zakochałam. Przychodziłam do domu i zaczynałam o tym zakochaniu pisać wiersze. Tak pisałam, pisałam i zapominałam o facecie.
Kim bardziej jesteś: Polką czy Cyganką? Bo tak rozmawiamy, że Romowie to, Polacy tamto.
Już ci mówiłam: polską Cyganką. Tu, w Polsce, jest moja ojczyzna, dom. Tutaj, w Orzegowie, zapuściłam śmiertelne korzenie. Mieszkałam w Belgii pięć lat, miałam tam takie stypendium, żeby pisać i wydawać wiersze. I ja tam żadnego wiersza nie wydałam, bo nie będę obcym dawać siebie, więc mi podziękowali. Potem w Niemczech jeszcze mieszkałam, całą rodziną tam byliśmy, dziesięć lat. Bogato, w luksusach żyliśmy, ale ja byłam chora i nieszczęśliwa. Aż mi lekarz powiedział, że muszę wracać do siebie, bo uschnę. Wróciłam, żyłam z zasiłku, ale szczęśliwa. Pamiętam jak dziś ten powrót. Ludzie w Orzegowie zaczepiali mnie na ulicy, ściskali, całowali. Mówili: jak dobrze, że wróciliście, bez was smutno było. Z wami radośnie, bardziej kolorowo. Więc sama widzisz. Ja oddałam serce Polsce. Jestem wielką patriotką, co oznacza, że kocham swój kraj i swoich ludzi. Cokolwiek robię, robię u siebie i dla siebie. Dla nas. Być Cyganką w Polsce to być na swoim miejscu, wśród swoich.
Romowie poszli do szkół i do pracy, ubierają się jak wszyscy na ulicy. Jest w dzisiejszym świecie jeszcze miejsce na bycie Cyganem?
O to się nie martw. Choć zmieniliśmy stroje, nie przestaliśmy być Cyganami. To jest w nas. Choćby w postaci naszej mowy. W tradycjach, które kultywujemy. W zwyczajach i zasadach, którymi nie dzielimy się ze światem, bo są nasze. Ja do mojego prawnuczka, choć jest maleńki i nic nie rozumie, mówię tylko po romsku. Pokazuję mu fotografie moich rodziców i dziadków, opowiadam o nich i o naszych tradycjach. Uczę tę moją gwiazdkę z nieba, kim jest, skąd wyszedł. To w nim zostanie.
@RY1@i02/2014/248/i02.2014.248.000007100.802.jpg@RY2@
M. Suchodolska
Izolda Kwiek asystent romski, poetka (9 tomików wierszy), kierownik zespołów Tabor oraz Mały Tabor, prezes stowarzyszenia Romów "Gandi", tłumacz i biegły sądowy. Wystąpiła w filmach "Czarne serce", "Komedianci z wczorajszej ulicy". Członek jury Festiwalu Ciechocinek
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu