Do Polski nie wrócę, chyba że po śmierci
Mam wrócić? Może dopiero na emeryturze. Albo najlepiej po śmierci - śmieje się Katarzyna. Zamyśla się i dodaje po chwili, że i tego nie jest taka pewna. Tutaj, w Irlandii, są jej dom, dziecko, rodzina. Więc może będzie lepiej, jeśli jej kości też tutaj zostaną. Na zawsze
@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.000001000.101.jpg@RY2@
Przez dwa tygodnie jeździłam po Zielonej Wyspie w towarzystwie mieszkających tam Polaków. Spałam w polskich domach, jadłam polskie obiady gotowane z produktów kupowanych w polskich sklepach, odwiedzałam polskie lokale, byłam na polskich imprezach, przeglądałam polską prasę. Bo oni, moi towarzysze i bohaterowie, tę Polskę przywieźli tutaj ze sobą. Mają ją w genach. Ale za to nie mają wątpliwości, że ich ojczyzna jest teraz w Eire, kraju chmur, niecichnących wiatrów i deszczy padających po kilka razy dziennie. W świecie zielonych pastwisk grodzonych setkami tysięcy kilometrów kamiennych murków, owiec i krów leniwie przeżuwających wiecznie zieloną trawę. Miejscu, gdzie łatwo o pracę, mieszkanie, gdzie da się wychowywać dzieci. - Tutaj się prosto żyje. Normalnie. Dlatego da się żyć - mówili mi ludzie. Młodzi i ci, którzy za chwilę mogliby zacząć prowadzić życie emerytów. Dobrze wykształceni i tacy, którzy za mądrość życiową mają dwie ręce i fach. Ich historie są różne, jedne bardziej, inne mniej poruszające, ale w gruncie rzeczy podobne do siebie. W Polsce nie dawali rady, choć próbowali, ledwo wiązali koniec z końcem. Są zaradni, odważni, więc zaryzykowali. Przyjechali, spróbowali, zostali. Dają radę. I wiedzą, że jeśli będą pracować, ich dzieciom nie zabraknie chleba. A im na kufel guinnessa także wystarczy.
Normalne życie
Urząd pracy w Dublinie. Spora grupa osób w różnym wieku, różne narodowości, jaśniejsze i ciemniejsze odcienie skóry. Wszyscy dobrze ubrani, w nowych butach, i jacyś tacy wyluzowani. Moje oczy i nos buszują w poszukiwaniu patologii. Nie znajduję żadnych błyszczących poalkoholowo oczu ani nieświeżego zapaszku. Między interesantami krąży urzędnik w białej koszuli. Uśmiechnięty, wyłapuje osoby czujące się niepewnie, zagaduje, kieruje do właściwych drzwi i okienek. Zachowuje się niczym dobry gospodarz, w którego domu goście czują się mile widziani. Urzędniczki w okienkach też wyszczerzone w uśmiechach. - To urząd pracy czy spotkanie na imieninach u cioci - warczę w ucho Kuby, 36-latka, który przyjechał tutaj ze Szczyrku. Praca na budowie tak mu dała w kość (konkretnie: w kręgosłup), że wypadły mu dwa dyski. Musi trochę podreperować zdrowie, więc zamiast na budowie, melduje się w pośredniaku. Dostaje na konto 195 euro zasiłku tygodniowo. - Tutaj tak jest, dla urzędu jesteś człowiekiem, któremu w jakimś momencie trzeba pomóc. A nie wyłudzaczem czy wręcz złodziejem, jak w Polsce - odpowiada. I mówi, żebym lepiej podeszła do komputerowych stanowisk poustawianych w hallu i zobaczyła, ile jest ofert pracy. - Praktycznie każdy, kto może i chce, znajdzie zajęcie - tłumaczy.
Anektuję więc jeden z kiosków z dotykowym ekranem - podobne (acz z inną zawartością) stoją u nas w galeriach handlowych. I przez dobre pół godziny nie mogę się oderwać. Ofert tysiące, podzielone według branż albo regionów. Odrębne zakładki dla osób potrzebujących pomocy w powrocie na rynek pracy. Najwięcej, przynajmniej na pierwszy rzut oka, w hotelarstwie i gastronomii. Budowy są też, moi polscy znajomi mówią, że po kryzysie powoli rynek się odbija. - Jak była bańka, to wszyscy stawiali domy jak wściekli, i nie było wiadomo, ile wołać za godzinę pracy - wspomina Remigiusz z Poręby na Śląsku. Wysoki, misiowaty, ze stwardniałymi od roboty rękami. Na czym jak na czym, ale na budownictwie to on się zna. Całe życie w tym robi. - Jak przyszedł kryzys, deweloperzy popadali, a domy za długi kredytowe przejęły banki - ciągnie swój wywód. I teraz, kiedy coraz więcej ludzi znów myśli o kupnie czterech ścian na własność, znów jest praca przy wykończeniówce. Najniższa oficjalna stawka to 8,6 euro za godzinę. Na czarno można zarobić więcej, co najmniej dychę. Albo mniej, jak ktoś nie zna realiów i języka.
Przeglądam oferty związane z najbliższą mi branżą. Kilka ofert dla grafików, kontrakty stałe i czasowe. Propozycja dla fotoedytora portalu internetowego. Tutaj firma chętnie zatrudni kogoś na zasiłku - będzie płacić takiej osobie 50 euro ekstra miesięcznie (plus zasiłek) i przyuczać do zawodu. Obiecuje przydzielenie osobistego opiekuna i 9-miesięczny kontrakt. Niesamowite, są nawet miejsca pracy dla reporterów prasowych: poszukiwane są osoby, które chciałyby tworzyć relacje z dzielnic zamieszkanych przez mniejszości narodowe. Dobrze widziana znajomość obcych języków. Takich egzotycznych jak koreański czy chiński. Bo polski to już standard: jesteśmy największą mniejszością narodową na Wyspie. Jest nas więcej niż Anglików. Ilu, tak do końca nie wiadomo, na pewno więcej niż 122 tys. (dane ze spisu w 2011 r.) Może 140, może 150 tys. - liczba jest wciąż płynna, choć się stabilizuje. W tym sensie, że kto miał wyjechać, to już wyjechał. Teraz ściąga do siebie resztki rodziny, która jeszcze męczy się w Polsce.
Dubliński dom Kuby, który oprowadzał mnie po urzędzie pracy, i jego żony Moniki, to mój pierwszy przystanek w Irlandii. Mieszkają tutaj od dziewięciu lat, ich trójka dzieci - Ethan (6 lat), Sara (5 lat) i Sophie (3 lata) mają już obywatelstwo irlandzkie. Kuba ma za sobą nieudane małżeństwo, z którego ma jedenastoletniego syna, walkę o przetrwanie, różne prace w beskidzkich firmach, w których nie płacili, a jak już zapłacili, to za mało, żeby mieć na życie i alimenty, które rosły. Monika próbowała swoich sił jako bizneswoman, wzięła kredyt na założenie sklepu, ale nie prosperował najlepiej, dopłacała. Z Kubą poznali się na imprezie u znajomych, zaiskrzyło, ale zdawali sobie sprawę, że z tej iskry bez pieniędzy może być tylko rozczarowanie i smutek. Spakowali się do plecaka. Początki były taki, jak u większości rodaków: kogoś znali, przyjechali, mieszkali w komunie, łapali wszystkie dostępne zajęcia. Byli oszukiwani, głównie przez rodaków, którzy oferowali im stawkę na poziomie 5 euro za godzinę. Dzisiaj stać ich na wynajmowanie domu, urodziły się dzieci. Monika jest kelnerką w jednym z lepszych dublińskich hoteli, Kuba siedzi na razie na zasiłku, zajmuje się domem i maluchami. Raz na kilka tygodni z kolegami wynajmują kuter i płyną na ryby. Przywozi parę worków, kilkadziesiąt kilogramów zdrowego białka, obdziela potem nimi przyjaciół i sąsiadów. Ryby to jego pasja. I odskocznia od codzienności. Bo normalny dzień nie obfituje w atrakcje.
Monika wcześnie wstaje, czasem o 5, czasem o 4 rano, jak musi otworzyć hotelowy bar śniadaniowy. W zależności od obłożenia hotelu pracuje 20-40 godzin tygodniowo. W tym czasie Kuba zajmuje się dziećmi i ogarnia chałupę. Mieszkają na przedmieściach Dublina, na spokojnym, zadbanym osiedlu zabudowanym szeregowcami. To zresztą robi niesamowite wrażenie: stolica Irlandii nie ma blokowisk, nie strzela do nieba wieżowcami ze szkła i stali. Starówka to dostojne domostwa z cegły, reszta miasta to osiedla niczym z klocków lego - różnią się szczegółami. Ale reguła jest prosta: mieszkanie w szeregowcu jest dwupoziomowe, na dole salon (czyli living room), kuchnia połączona z jadalnią, jakaś toaleta. Z kuchniojadalni wyjście do ogródeczka wielkości dywanu, ze zjeżdżalnią dla dzieciaków, ławeczkami, stolikiem i nieodłączną szopką na kosiarkę. Choć w większości rodzin, których domy odwiedziłam, ktoś palił tytoń, nikt nie robił tego wewnątrz. Na dymka wychodzi się, żeby nie truć dzieci. Na górze domu sypialnie, u moich pierwszych gospodarzy raptem trzy. Plus dwie łazienki - jedna w głównej sypialni, z założenia należącej do państwa domu, i druga mająca obsługiwać dzieci. Tyle że u Moniki i Kuby ta główna sypialnia jest zajęta przez podnajemców. Wprowadzili się parę miesięcy temu - Jola z Remkiem, oboje po pięćdziesiątce, dalecy krewniacy. Szukali taniego miejsca do przytulenia, a młodym przyda się te 350 euro, które płacą za spanie i media. Remek pracuje na budowie, Jola na razie się rozgląda. Długo żyli na odległość, z czego nic dobrego nie wyszło. Więc teraz próbują jakoś odbudować swoje życie - osobiste i finansowe. Mają nadzieję, że wkrótce, jak pospłacają polskie długi, przeniosą się do swojego szeregowca i będą u siebie, bo takie życie na kupie wymaga iście dyplomatycznych talentów. Jak zrobić śniadanie, żeby drugim nie pakować się w talerze, jak zapalić fajkę, gdy tamci mają ochotę się pokłócić w ogródku, z dala od dzieci. Tak tańczą wokół siebie, starając się unikać zgrzytów i większych spięć. - Chciałabym już mieszkać bez nich - zwierza się Monika. Kuba jest w coraz lepszej formie po tym wypadku, więc pójdzie do roboty, nie będą potrzebować tych pieniędzy z wynajmu. No i Bessie, mały sznaucerek, wróci z ogródkowej budy do mieszkania, bo ma brzydki zwyczaj zżerania wszystkiego, co leży na blatach, co Jolę, która straciła parę kilogramów mięsa na obiady, szalenie irytowało.
Te irlandzkie obiady w polskich domach to w ogóle dość zabawna historia. Bo gotują po polsku. Tradycyjnie. I zaopatrują się w produkty w polskich sklepach. Mróz, Polonez, Galicja, Sami Swoi, Wisła... Nie spotkałam miejscowości, w której jest choćby małe skupisko polonijne, a nie ma polskiego sklepu. Otwieranego na zasadzie franczyzy czy po prostu od ręki, bo są nasi i chcą jeść polskie wędliny i polskie jajka (te irlandzkie, podobnie jak mleko od wyspiarskich krów, ponoć śmierdzą). Albo choćby rodzime przetwory i przyprawy. U Kuby i Moniki po raz pierwszy z życiu jem karkówkę pieczoną ekspresowo, w woreczku, na zasadzie "pomysł na obiad" (karkówka od świń z Polski, przyprawa marki polsko brzmiącej z nazwy firmy, będącej w posiadaniu zachodniego koncernu). Monika ma mało czasu na gotowanie, a karkówka to porządne mięso i sycące danie.
Zacząć od nowa
Kasia mieszkająca w Ballinie, jakieś 300 km od Dublina, serwuje mi tę samą potrawę na obiad. Jest mamą 6-letniej Juli, z wykształcenia informatykiem. Pochodzi z Katowic. Po studiach łapała różne zajęcia w kraju - kelnerowała, robiła na czarno strony internetowe, pracowała w wypożyczalni DVD. - Każde zajęcie kończyło się katastrofą - wspomina. Jak w przypadku Kuby: albo nie płacili, albo oszukali i zapłacili za mało. Mieszkała z matką, na samodzielne lokum nie było jej stać. Kiedy z wypożyczalni filmów została zredukowana w ramach walki z bezrobociem (- Wywalili mnie, żeby przyjąć gościa sponsorowanego przez urząd pracy), zakręciła się wśród znajomych, którzy już na Wyspie byli. Pierwszy rok to był Dublin i komuna, potem urodziła się Julia i rozpadł związek z Marcinem. Posiedziała parę miesięcy w Polsce i wróciła. Tym razem do spokojniejszej Balliny, wszystkiego 10 tys. mieszkańców, w hrabstwie Mayo. Razem z jej partnerem Grzegorzem (znają się od małego, z podwórka, Grzegorz pracuje dziś jako szef portierów w prestiżowym hotelu na obrzeżach miasta, gdzie zjeżdżają turyści z całego świata, aby łowić łososie, ona zajmuje się domem i dzieckiem, czasem posprząta u kogoś) wynajmują kawałek szeregowca blisko centrum. Osiedle jest bliźniaczo podobne do tego, w którym mieszkają Kuba z Moniką, ale mieszkanie trochę większe (o jedną sypialnię na górze) i tańsze - ledwie 600 euro za miesiąc, bo to prowincja. Większy jest także ogródek, bo mieści jeszcze trampolinę, piaskownicę, parasol nad stołem i można w nim także rozstawić namiot - przydaje się, kiedy trzeba zrobić imprezę. I taką imprezę właśnie mamy. Kilkanaście osób zwaliło się z całej dzielnicy i okolicznych miejscowości. Żeby zostać przy temacie sklepów, są tutaj Robert i Kaśka. Oboje po czterdziestce, jedno z Bydgoszczy, drugie z Gniezna. I każde z nich ma za sobą przeboje: nieudane związki, nieudane interesy, ogólną życiową demolkę. Poznali się w Polsce, kiedy już każde miało garb nie do udźwignięcia. Ona, blondynka z długimi włosami, zawsze miała nerw do interesów, ale nerw do hazardu zdemolował jej życie. On, wysoki, misiowaty, o twarzy dziecka-intelektualisty, chowający się za szkłami okularów - podobnie. Ona wychowywała się w Kalifornii, on nie ruszał się z Polski, ale jak się poznali, to zapragnęli lepszego życia dla siebie. Początki były ciężkie: Robert pracował na kutrach jako rybak, Kaśka w Lidlu. Mają dwie niepełnosprawne córki (jedna jej, druga wspólna, padaczka i autyzm), więc jedno z nich powinno być stale w domu. Wreszcie Kaśka wpadła na pomysł, aby założyć sklep w Ballinie. Polski, ale z dużym działem azjatyckim. I udało się. Pijemy irlandzką whisky i polską wódkę, przegryzamy polską kiełbasą z grilla, gadamy. Interes kręci się dobrze, tak w Ballinie, jak i w całej Irlandii, Polaków nie brakuje. Wreszcie odetchnęli finansowo, mogą korzystać trochę z życia. Kaśka śmieje się, że już kilka razy w życiu była bogata, a potem biedniała, więc się nie przywiązuje do żadnego stanu rzeczy. Ale ma w sobie takie przekonanie, że sobie zawsze i wszędzie poradzi.
Oni wszyscy tak myślą. Na przykład Tadeusz - niewysoki, drobny, ale widać, że żyła, na imprezę wystroił się w dresowe spodnie znanej marki i koszulkę polo. Na karku złoty łańcuch. Razem z żoną Beatą przyjechali z Ostrowa Wielkopolskiego. On stracił robotę, na nową był ponoć za stary, bo po 40. Tutaj nikogo nie pytają o wiek, tylko co potrafi robić. Więc on robi na budowie, a Beata sprząta. Z kolei Aga (wysoka, uroda modelki, cudny uśmiech, ekonomistka z wykształcenia, Wrocław) przyjechała za mężem, który dostał niezłą pracę w ochronie platformy wiertniczej. Szału dostawała, siedząc w domu. Sprząta więc jako salowa w szpitalu i prowadzi spedycję w niewielkiej firmie transportowej. - Nie mam ambicji, żeby robić karierę, po prostu czasem chce się wyjść do ludzi - przyznaje. Z kolei Iza z Radomia (diabły w oczach, fantastyczne poczucie humoru), chemiczka z wykształcenia, znalazła pracę w zawodzie - jest zatrudniona w firmie przygotowującej prototyp kolagenowych pianek, z których można robić części zamienne dla człowieka. - Przepracuję tam sześć lat i mam zamiar postawić na karierę zawodową - mówi. Jej mąż (ze Świnoujścia) pracuje w przemyśle rolniczym. Są tu jeszcze Tomek hydraulik i Gosia z Andrychowa. Pół ich góralskiej rodziny siedzi w Irlandii, ale oni mają akurat taki plan, że może kiedyś wrócą. Dostali kawał ziemi od rodziców, chcieliby postawić, jak należy, dom. - Pracowałem w Niemczech, w dobrej firmie, mógłbym tam siedzieć do dziś, awansować, ale wolę Irlandię i tę dziurę Ballinę - zwierza się. Bo Irlandczycy nie dają cudzoziemcom poznać, że są dla nich obywatelami drugiej kategorii. A Niemiaszki, wiadomo. Dlatego tutaj jest ich taki drugi, prawdziwy dom.
Większość towarzystwa już jest dzieciata, niektórzy planują, że jeszcze będą powiększać rodzinę. Raz, że każde marzyło o takiej dużej, przecież dzieci są fajne. Dwa, że tutaj każdego stać na potomstwo, bo państwo inwestuje w rodzinę. Jak? Proszę bardzo. Na każde dziecko przysługuje dodatek w wysokości 130 euro miesięcznie. Rodzic samotnie wychowujący dziecko dostaje jeszcze 217 euro. Można się też starać o rent allowance, czyli dopłatę do wynajmowania domu, ale poobcinali socjale i teraz dopłata przysługuje na lokum, którego wynajem nie kosztuje więcej niż 90 euro tygodniowo. Ale to już oznaczałoby mieszkanie w jakiejś ruderze. Za to w razie choroby lekarz i lekarstwa są za darmo. Płaci się tylko ryczałt 2,5 euro za każdy specyfik wyodrębniony na recepcie.
Wydatki? Weźmy pod uwagę małą, trzyosobową rodzinę. Internet 37, telefon 40, jedzenie minimum 100 euro tygodniowo. Dom 600 euro miesięcznie. Wywóz śmieci 25, prąd 75, olej grzewczy zimą 160. Dodajmy do tego wydatki na benzynę, zajęcia dodatkowe dziecka, jakieś przyjemności. Za 2 tys. euro miesięcznie można już żyć spokojnie. Teraz całą Irlandię rozgrzewa temat opłat za wodę, do tej pory jej dostarczanie było darmowe. Od października trzeba będzie płacić. Cholera, życie podrożeje, choć nikt nie wie, o ile.
- Za to szkoła niewiele kosztuje, z wyjątkiem konieczności kupienia mundurka i paru euro na zajęcia sportowe, jakieś 5 euro za godzinę - opowiada Katarzyna. Jej Jula chodzi na konie, ale one są już droższe, 20 euro. Ethan, syn Kuby i Moniki z Dublina, będzie uczęszczał w tym roku na karate. Książek w szkołach w zasadzie się nie używa, dzieci dostają ćwiczenia odbijane na ksero. Autobus je wozi i przywozi. Większość zadań domowych odrabiają w szkole. Niemal zero stresu. Żyć i mnożyć się, nie umierać.
- A wiesz, że tutaj nie ma domów dziecka - Kaśka (ta od sklepu polskiego) szepce. Każdego malucha, nawet uszkodzonego, chorego, ludzie zabiorą do domu. Bardzo trudno adoptować niemowlaka, chyba że załatwi się jakiegoś z krajów Trzeciego Świata.
I faktycznie - dzieci są wszędzie w irlandzkiej rzeczywistości. Pełno ich - prowadzonych za rękę, wożonych w wózkach - na ulicach, w sklepach, w pubach, w ogóle w przestrzeni publicznej. Rodzina z trójką dzieci to norma. Pięcioro czy siedmioro też nikogo nie dziwi. To żadna patologia. No, ale dzięki temu Irlandia ma najwyższą dzietność w UE - 2,05 dziecka na kobietę (druga jest Francja - 2,01).
Nie chodzi o papierek
Zielona Wyspa jest więc dobrym miejscem dla młodych, aby zakładali rodziny i układali sobie życie. Ale także jest przyjazna dla osób, które wiosnę życia dawno mają już za sobą. Jak pani Krystyna, legniczanka, która prowadzi w Dublinie polską restaurację. Spotykamy się na trawie w Phoenix Park, największym parku stolicy (707 hektarów), gdzie jej wnuczek i kilkoro innych polskich dzieci mają zajęcia z piłki nożnej. - Skończyłam 50 lat i poczułam, że moje życie się zawaliło - wspomina Krystyna. Bo jakoś tak się złożyło, że po 25 latach rozwiedli się z mężem, a ona zrozumiała, że praca, której z pasją oddawała się przez całe życie (prowadziła w Legnicy dwa biura ubezpieczeniowe), męczy ją i nudzi. Tragedia. Córka, która była już wcześniej w Irlandii, a do Polski przywiozła z niej ciemnoskórego synka, zaczęła namawiać matkę, żeby wyjechali we trójkę. - Sprzedałam dorobek życia w tydzień, za marne pieniądze - wspomina Krystyna. To było dziewięć lat temu. I nie żałuje. W Dublinie wszystko zaczęło się układać od pierwszego dnia. Córka dostała robotę w pubie, ona sprzątała u ludzi. - W Polsce bym nie sprzątała, ale tutaj było mi wszystko jedno - mówi. Te trzy pierwsze lata z mopem wspomina bardzo przyjemnie. Odpoczęła psychicznie. Ale potem coś ją zaczęło uwierać. Odskocznią była działalność w polskiej parafii w Dublinie. - Kiedyś tak się stało, że przywiozłam na spotkanie ugotowaną w domu zupę ogórkową - wspomina Krystyna. Okazało się, że Polacy bardzo tęsknią za domowym jedzeniem. To był początek polskiej emigracji i ludzie przyjeżdżali tu na chwilę, na zarobek, odkładali każdego eurocenta, oszczędzali, jedli najtańsze jedzenie. Więc taka zupa to było coś. I zaczął jej kiełkować pomysł, że może jadłodajnia dla rodaków to jest niezły biznes. Ale najpierw jeszcze przyjęła posadę gospodyni u polskiego proboszcza. Nie była to zła posada, ale czuła się odizolowana od ludzi. I w pewnym momencie postanowiła: czas, by skoczyć na głęboką wodę. Jadłodajnia U Wujka (chodzi o naszego papieża, Jana Pawła II, Krystyna ma olbrzymi sentyment do wielkiego rodaka i chciała wspomóc fundację jego imienia) ruszyła 6 lat temu. Najpierw to była mała salka - z daniami na wynos - w przejściu podziemnym pod Lidlem. Startowała bez żadnej reklamy, ale nasi, którzy robili zakupy w supermarkecie, sami przyszli, kierowani zapachami potraw. Powiększyła lokal, postawiła stoły, jeśli na coś narzeka, to na nadmiar pracy. I na polski personel, niekompetentny i leniwy, któremu sprzyjają nadmiernie opiekuńcze zasady irlandzkiego kodeksu pracy. - W Polsce pracownik de facto nie ma żadnych praw. Tutaj ma ich zbyt wiele - ocenia Krystyna. I opowiada o studentce z kraju, która wydawała jej się dobrą kandydatką do obsługi klientów. Postanowiła ją przetestować przed zatrudnieniem. Pierwszego dnia przez trzy godziny dziewczyna stała za ladą. Drugiego została oddelegowana do kuchni, ale okazało się, że ma dwie lewe ręce i nie potrafi nawet ziemniaków przemielić w maszynce, więc Krystyna powiedziała jej "do widzenia". - I już mam za sobą dwie rozprawy przed sądem, że ją dopuściłam do pracy, a potem nie dałam tego zlecenia - irytuje się. Ale dodaje, że i tak by się nie zamieniła na swoje poprzednie życie. Choćby dlatego, że w Irlandii jakoś się lepiej czuje, tak ogólnie. Łatwiej oddycha, ma mniej stresów. - No i system podatkowy, nie ma porównania - mówi. I jeszcze, że jest mniej biurokracji. Człowiek jak się zaprze do roboty, to może odnieść sukces, bo nie ma czegoś takiego, jak u nas, że cała armia urzędasów chce cię przyłapać na jakimś błędzie i zgnoić.
- Irlandczycy trochę się z nas śmieją, że jesteśmy narodem biurokratów i specjalnie po to, żeby cokolwiek załatwić, w Polsce trzeba wyrabiać jakieś pieczątki - podsumowuje Magdalena Wisłocka, doktor biologii, która w Irlandii została szefową międzyuniwersyteckiej komisji odpowiedzialnej za ściąganie na Wyspę naukowców spoza Unii Europejskiej. Tutaj, jak wyśle do kogoś e-maila ze swojej służbowej skrzynki, że jest tak i tak, zupełnie wystarczy. Ale prowadząc korespondencję z polskimi placówkami naukowymi, musi załączać pisma opatrzone odpowiednią ilością stempli i podpisów. - To kwestia społecznego zaufania, które u nas jest żadne, a tutaj bardzo duże - ocenia. Podobne doświadczenia ma jej mąż, Jacek, śpiewak operowy, tenor (oboje pochodzą z Wrocławia). Kiedy przyjechał do Dublina po raz pierwszy, cały drżący, na przesłuchanie, przywiózł ze sobą sterty przetłumaczonych przez przysięgłych świadectw, dokumentów i zaświadczeń. - A komisja rekrutująca do National Chamber Choir of Ireland chciała tylko, żebym zaśpiewał - powiada. To wystarczyło, żeby pokonał konkurentów. W Polsce miał świetne recenzje, ale pensję (to był 2002 r., jeszcze przed naszą akcesją do UE) na poziomie 700 zł miesięcznie. Tutaj może nie jest gwiazdą pierwszej jasności, za to człowiekiem spełnionym, który koncertuje po całym świecie, nagrywa, wykupił dom, w którym mieszkają. Dwóm córkom (oj, jak nie chciały wyjeżdżać) także dobrze się wiedzie. Alicja skończyła stosunki międzynarodowe, teraz studiuje psychologię. Agata po astrofizyce (w Polsce nienawidziła matmy) ma staż w hiszpańskiej firmie zaangażowanej w projekt ITER (chodzi o produkowanie na wielką skalę energii z kontrolowanej fuzji jądrowej). I Magda, i Jacek nie mogą przestać mówić o różnicach pomiędzy Polską a Irlandią: o szkole mniej stresującej, za to więcej dobrego wydobywającej z dzieci. O uprzejmości obcych ludzi wobec siebie, takcie, który nie pozwala na wygłaszanie skrajnych sądów nawet wobec nielubianych powszechnie Anglików. Ale przede wszystkim o faktycznej równości szans, poczuciu, że twój los zależy nie od tego, kogo znasz, ale co potrafisz. - Moja koleżanka z komisji nie spała kilka nocy, kiedy okazało się, że zna osobiście ludzi, których mamy sprowadzić na Wyspę. Miała moralnego kaca, czy powinna brać udział w tej rekrutacji. I to nie było udawane - opowiada Magda. Zresztą, gdyby było inaczej, to ona, doktorantka z mchów i porostów, nie miałaby czego tutaj szukać. Nikogo nie znała, nie miała wielkich naukowych dokonań w Polsce, ale docenili jej kompetencje i zapał do pracy. - Irlandia to już nasz dom - mówią zgodnie Magda i Jacek.
To nie jest tak, że wszystko im pasuje. Bo pogoda - chłód, padające kilka razy dziennie deszcze, te showerki, jak je nazywają, wiatry zrywające nakrycia z głowy, i jeszcze bezradność i paraliż kraju, kiedy spadnie pięć centymetrów śniegu, dają popalić. Tak samo, jak kurki - osobno od gorącej i od zimnej wody, że aby umyć ręce, trzeba nalewać do zakorkowanego zlewu. Albo okna, które można tylko uchylić, od góry do dołu, a żeby je umyć na zewnątrz, trzeba wzywać faceta z drabiną. I to chyba tyle, bo do jazdy lewostronnej szybko się człowiek przyzwyczaja. Tak samo, jak do tego, że Irlandczycy parkują swoje auta niemal na środku drogi, a potem przepuszczają się w trasie i machają rękami z uśmiechem. Bilety na najbliższe Boże Narodzenie do Polski kosztują już w Aerlingusie koło tysiąca euro za osobę. Więc chyba nie będą tym razem śpieszyli, żeby podzielić się opłatkiem gdzieś we Wrocławiu, Warszawie, Andrychowie, Szczyrku czy Poznaniu. Zwłaszcza że są już w rodzinnym komplecie. A ten, kogo nie ma, wkrótce przyleci.
@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.000001000.102.jpg@RY2@
Shutterstock
Mira Suchodolska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu