Nazwy miejscowości i ulic ciągle budzą emocje, ale...
Mają być Orżyny czy Erben? Czy we Wrocławiu jest miejsce na wzgórze Bendera? No i co z pomnikiem Braterstwa Broni w stolicy... O dziwo, nie dla wszystkich mieszkańców stanowi to problem
Niedawno wiele zamieszania wywołał pomysł nazwania miejscowości w woj. olsztyńskim starą niemiecką nazwą Erben. Władze gminy twierdzą, że to incydentalny pomysł, ale w okolicy zawrzało.
Podobnych problemów nie brakuje. Nawet w miejscowości o dwujęzycznych nazwach pomysł wytyczenia szlaku niemieckich bunkrów budzi sprzeciwy. Tak jest choćby w Jastarni. - Bo Kaszubi to nie Niemcy - argumentują mieszkańcy.
Jednak do dwujęzyczności już się przyzwyczailiśmy. Mamy podwójne nazwy na zachodzie - na Opolszczyźnie czy Śląsku, ale też na wschodzie, choćby w rejonach Puńska. Społeczności żyją zazwyczaj zgodnie. Asumptem to konfliktów są albo przyjezdni, którzy nie rozumieją tradycji lokalnej społeczności, albo wydarzenia międzynarodowe. Właściwie to różni działacze podgrzewają atmosferę. Spory dotyczą nie tylko nazw gmin. Najgorętsze konflikty toczą się zazwyczaj o nazwy ulic, placów, wzgórz. Georg Bender wprawdzie dla Wrocławia się zasłużył, ale Polaków nie lubił. A "Czterej Śpiący", choć wpisani w architekturę warszawskiej Pragi, symbolizują przecież radziecką okupację. Czy pomnik powróci, bo z powodu budowy metra na razie zniknął, nadal nie wiadomo. Spory dotyczą też nazwisk przyszłych patronów ulic. O ile na Konwaliową czy Aksamitną nikt uwagi nie zwraca, o tyle już przy okazji np. Wacława Havla, może być gorąca dyskusja. A jeszcze gorzej jest, jeśli pojawi się bardziej obce nazwisko bohatera innej nacji.
Sprawa nazewnictwa zazwyczaj wzbudza największe emocje wśród samorządowców. Komisje do spraw nazewnictwa są także najchętniej odwiedzane przez mieszkańców.
OPINIA EKSPERTA
@RY1@i02/2014/160/i02.2014.160.088000200.804.jpg@RY2@
Adam Jaroszyński profesor nauk prawnych, Uniwersytet Warszawski
Nie budzi kontrowersji prawnych zmiana nazw miejscowości. Natomiast nazwy obiektów czy tablice pamiątkowe budzą kontrowersje społeczne. Ale nawet jeśli rada gminy uchwali taką nazwę obcojęzyczną, to jest w prawie. Nawiązuje bowiem do historii tych ziem. Decyzja należy do lokalnej społeczności. W sprawie zmiany nazwy miejscowości samorząd może wyrazić jedynie stanowisko. Ostateczną decyzję musi podjąć Rada Ministrów. Mówi o tym rozporządzenie ministra administracji i cyfryzacji z 13 grudnia 2013 r. w sprawie ustalenia, zmiany i zniesienia urzędowych nazw niektórych miejscowości oraz ustalenia nazwy obiektu fizjograficznego (Dz.U. z 2013 r. poz. 1629). Łatwiej jest z nazwami lokalnymi, ponieważ nazwy placów i ulic należą do kompetencji rady miasta czy gminy.
Jednak, jak wiemy, budzą kontrowersje. Są to problemy polityczne, choćby spór o warszawski pomnik "czterech śpiących", czyli oficjalny monument upamiętniający braterstwo broni żołnierzy polskich i radzieckich. Często są to pomysły dewelopera, któremu nie podoba się nazwa ulicy, w rejonie której ma budować nowoczesne osiedle. Bywają też powody prozaiczne. Każda zmiana to koszty. Nawet jeśli gmina zdecyduje, że za zmianę nazwy ulicy w dowodzie osobistym nie zapłacimy, to już taka abolicja innych dokumentów dotyczyć nie musi. Opór społeczny bywa więc duży. A warto wspomnieć jeszcze o jednym aspekcie. Niektórzy chcieliby uhonorować nazwą ulicy swojego bohatera. Zazwyczaj można to zrobić dopiero pięć lat po jego śmierci.
@RY1@i02/2014/160/i02.2014.160.088000200.805.jpg@RY2@
Po kaszubsku, niemiecku, litewsku. A może w języku Łemków
Monika Górecka-Czuryłło
...trzeba mieć szacunek dla tradycji i respekt dla mniejszości
@RY1@i02/2014/160/i02.2014.160.088000200.806.jpg@RY2@
prof. Marek Szczepański socjolog z Uniwersytetu Śląskiego i SWPS
Czy dwujęzyczne nazwy miejscowości albo próby zmiany nazwy polskiej na historyczną, ale obcą, to obecnie silny trend?
Może nie mówiłbym o trendzie, ale o budzeniu się świadomości historycznej, zwłaszcza lokalnej i regionalnej. O przywiązaniu do miejsca zamieszkania, małej ojczyzny.
Jednak przyzna pan, że są regionalne konflikty związane z nazewnictwem czy to miejscowości, czy też placów, ulic w miastach.
Konflikty niekoniecznie związane są z regionem czy społecznością lokalną. Często zależą od lidera, grupy osób, która forsuje zmiany nazw lub przeciwnie - jest za zachowaniem dotychczasowych, choć są zupełnie z innej epoki i nie nawiązują do chwalebnych kart historii. Na przykład w będzińskiej dzielnicy Grodziec nadal jest ulica Marcelego Nowotki i nikt nie zamierza nazwy zmieniać, choć rewolucja październikowa czy Dzierżyński z miast zniknęły.
To dotyczy najnowszej historii. Jednak coraz częściej pojawiają się pomysły przywracania nazw miejscowości lub upamiętniana osób, które z Polską nie miały nic wspólnego.
Z daną ziemią jednak miały. Pamiętać trzeba, że Śląsk i jego poszczególne części były w przeszłości częścią Prus i Niemiec. Ówcześni mieszkańcy budowali obraz tych ziem, kulturę i gospodarkę. To jest scheda, o której trzeba pamiętać. Nie można przecież zafałszować historii regionu i twierdzić, że to polska ziemia od Piasta Kołodzieja. Warto np. poprzez nazewnictwo ulic czy placów przypomnieć osoby, które budowały potęgą tych ziem. Odtwarzać pamięć. Mamy takie przykłady: Joseph von Eichendorff czy cała rodzina Donnersmarcków. Nie dotyczy to zresztą tylko dawnych ziem niemieckich. Choćby Nikifor Krynicki tak naprawdę nazywał się Epifaniusz Drowniak i był pochodzenia łemkowskiego. O tej historii też już coraz częściej się mówi.
Przypominanie obcych nazw, nazwisk, osób budzi jednak lokalne konflikty.
Zazwyczaj nie są to konflikty między sąsiadami. To często podgrzewanie atmosfery z zewnątrz. Wcale nie mieszkańcy niszczą tablice z obcojęzycznymi nazwami czy obco brzmiącymi nazwiskami patronów ulic.
Słychać jednak głosy, że za dużo jest wolności dla różnych mniejszości. Za dużo obcych nazw w kraju.
Może wynika to z tego, że my dopiero uczymy się zagłębiania w historię ziem, które mamy w swoich granicach. Przecież przez wiele lat na Śląsku nie wolno było wspomnieć o niemieckim dziedzictwie tych terenów. Podobnie jak o dziadku wcielonym siłą do Wehrmachtu. Oczywiście wszelkie rewindykacje nie są sprawą prostą, ale trzeba szukać kompromisów i nie zakłamywać historii. Warto też korzystać z wzorów starych demokracji. W Paryżu jest np. stacja metra Stalingrad. Bo to dla Francuzów ważna nazwa historyczna. Choć w 1993 roku nazwę placu doprecyzowano, zmieniając ją na Place de la Bataille-de-Stalingrad (czyli Plac Bitwy Stalingradzkiej). Mieszkańcy miasta wciąż jednak pozostają wierni nazwie historycznej.
To jeszcze zapytam o nazwy dwujęzyczne. Mamy takie na Kaszubach, na Śląsku, w powiecie sejneńskim. Czy to jest budowanie albo wręcz podtrzymywanie tożsamości innych nacji w Polsce?
Polska jest krajem niemal jednorodnym narodowo. Niewielkie mniejszości narodowe i etniczne nie zagrażają, w moim przekonaniu, integralności państwa i spójności narodowej. Są jego prawdziwym bogactwem. Demokracja polega na respekcie wobec takich mniejszości podtrzymujących własną tożsamość i etniczność.
Rozmawiała Monika Górecka-Czuryłło
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu