To wciąż nie jest kraj dla obcych
Spośród państw UE najmniejszy odsetek obcokrajowców mieszka w Polsce. Tych przebywających legalnie jest ledwie 57 tys. Może dlatego zapewniamy, że chcielibyśmy, by było ich więcej. Ale tylko zapewniamy
Dzień dobry. Dzwonię w sprawie mieszkania. Czy wolne?
- Tak, jest do wynajęcia. 1250 zł plus opłaty. Chce pani obejrzeć?
- Tak chcę. Kiedy można?
- Może jutro. Może być po południu?
- Tak.
- A pani dla siebie szuka?
- Tak, ja chcę wynająć.
- A jak się pani nazywa?
- Tawakkul Karman.
- Jak?
- Tawakkul Karman.
- To pani chyba nie z Polski?
- Nie. Z Jemenu.
- Aha. To ja jeszcze oddzwonię w sprawie tego mieszkania.
Osoba, w ogłoszeniu przestawiająca się jako właściciel, po kilku godzinach rzeczywiście oddzwoniła: - Jestem tylko pośrednikiem i rozmawiałam z właścicielem. Niestety, cena się zmieniła. Mieszkanie już nie 1250 zł, tylko 1500 zł kosztuje.
Takich rozmów, podając się za Tawakkul Karman (nikt nie skojarzył, że to nazwisko jemeńskiej dziennikarki, która trzy lata temu dostała Pokojową Nagrodę Nobla), przeprowadziłam kilkanaście. Dzwoniłam do właścicieli mieszkań w Warszawie, Olsztynie, Szczecinie i Katowicach. Nikt mi otwarcie nie powiedział, że Arabom nie wynajmie (tylko jeden właściciel trochę utyskiwał, że wszędzie ci muzułmanie się wciskają), ale po podaniu nazwiska nastawienie szybko się zmieniało: zaczynało się wypytywanie, z kim będę mieszkać, czy pracuję, skąd dokładnie jestem, czy nie mam dzieci, czy mam prawo pobytu, czy mam konto w polskim banku i co najważniejsze - ceny szły w górę.
Mniej szczęścia miała moja koleżanka z Podlasia, która potrafi mówić z charakterystycznym wschodnim zaciąganiem, a którą poprosiłam, by spróbowała wynająć mieszkanie z ogłoszenia w Warszawie. Ustaliłyśmy, że będzie podawała się za Białorusinkę, co nawet po części jest prawdą, bo rzeczywiście ma białoruskie korzenie. Po siódmej próbie obie miałyśmy dosyć. Właściwie już na dzień dobry, słysząc jej akcent, właściciele mniej lub bardziej niegrzecznie odmawiali, włącznie z komentarzem: "Ukrainka? O nie! Na pewno zaraz sprowadzisz do lokalu z dziesięć koleżanek i Bóg wie, co tam będziecie wyprawiać!".
Mieszkanie nie dla obcych
Źle trafiałyśmy? Nino Dżikija to dziennikarka, która do niedawna pracowała w DGP. Urodziła się w Nowosybirsku, wychowała w Moskwie, jej babcia mieszka w Ałtaju, ojciec pochodził z gruzińskiej Megrelii, a prababcia była Polką. Nino po polsku mówi świetnie, choć ze wschodnim akcentem. - I dlatego wynajęcie mieszkania to była prawdziwa masakra. Nikt nie chciał nawet zaczynać negocjacji, wystarczyło, że mnie usłyszał. Musiałam prosić znajomych, by dzwonili w moim imieniu - opowiada o doświadczeniach z warszawskiego rynku nieruchomości w 2011 r. Zresztą tak samo źle na jej akcent niedawno zareagował rzecznik prasowy ABW, gdy dzwoniła, by sprawdzić jakiś szczegół potrzebny do tekstu. Zrugał ją, że nie będzie rozmawiał przez telefon, bo ma ona rosyjski akcent i w efekcie nie wie, z kim rozmawia.
Dla Marie z Algierii poszukiwanie mieszkania też było prawdziwą drogą przez mękę. Przepytywanie - po co przyjechała, z kim będzie mieszkała, gdzie pracuje, czy będzie miała pieniądze. Nawet gdy te swoistego rodzaju kwalifikacje udało jej się przejść, to właściciele zgadzali się na wynajem z wyraźnie okazywanym niezadowoleniem.
Wszystkie nie miałyśmy szczęścia w poszukiwaniach lokali? Może i tak. Jednak szczęścia nie mieli także badacze z Instytutu Spraw Publicznych. Półtora roku temu przeprowadzili bardzo podobny eksperyment - poprosili mówiących po polsku Czeczenów oraz Białorusinów, by dzwonili do ogłoszeniodawców (w sumie przeprowadzono 400 rozmów). Porównywali, jak Polacy reagują na różne narodowości, płeć i sytuację rodzinną cudzoziemców, a jak na telefony od rodaków.
113 razy ogłoszeniodawcy, kiedy tylko usłyszeli obcy akcent, po prostu rzucali słuchawką albo mówili, że oferta jest nieaktualna. Gdy te same ogłoszenia sprawdzali Polacy, na nieaktualne oferty trafiali trzykrotnie rzadziej. Jeśli już ktoś chciał rozmawiać z Czeczenem czy Białorusinem, to na wstępie uprzedzał, że będzie chciał obejrzeć wyciąg z konta albo szczegółowo wypytywał, gdzie i na jakiej umowie cudzoziemiec pracuje. Zdarzało się też, że od cudzoziemców Polacy żądali kilkakrotnie wyższych kaucji za wynajem mieszkania.
- Taki sam mieszkaniowy test przeprowadziliśmy niedawno w Pruszkowie. Ten eksperyment był nam potrzebny jako dowód - i sąd zgodził się go uwzględnić - w procesie, jaki nasza klientka wytoczyła lokalnym władzom w związku z odmową przyznania mieszkania komunalnego - opowiada dr Witold Klaus, prezes Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. W tym badaniu dwie osoby: Polka i imigrantka z Czeczenii dzwoniły w sprawie wynajmu mieszkania i sprawdzały, czy ogłoszenie jest aktualne i czy właściciel zgodzi się na zameldowanie lokatora. Okazało się, że Czeczence udało się to załatwić tylko w czterech przypadkach, a Polce w dziewięciu na 25 sprawdzonych ogłoszeń. - To kolejny dowód na to, że Polacy wciąż mają poważne problemy z otwartością na innych - dodaje dr Klaus.
- A może to jednak racjonalne podejście? Może od cudzoziemców trudniej wyegzekwować opłaty za mieszkanie, więc właściciele są bardziej ostrożni?
- To nie jest racjonalne - nawet w ekonomicznym ujęciu - podejście. Przecież właścicielowi powinno zależeć na tym, by lokal wynająć i na tym zarobić. A komu go wynajmuje, to ma mniejsze znaczenie, o ile lokator będzie regulował w terminie należności i nie zniszczy mieszkania. Więc to nie tyle kwestia ostrożności, ile po prostu uprzedzeń - ripostuje dr Klaus i tłumaczy, że widać to doskonale po liczbie i zakresie spraw, jakie do SIP trafiają. - Rocznie tych dotyczących cudzoziemców trafia do nas około dwóch tysięcy. A mają oni problemy praktycznie na każdym poziomie: z mieszkaniami, z pracodawcami, z urzędami. Do tego nierzadko z małą przyjaznością ludzi dookoła - dodaje.
Oczywiście nie jest tak, że wszystkich obcokrajowców traktujemy identycznie. Na pewno w lepszej sytuacji są Niemcy, Anglicy, Amerykanie, Skandynawowie czy Włosi. Tyle że po pierwsze przyjeżdża ich do Polski niewielu (z ostatniego spisu powszechnego wynika, że wśród obcokrajowców najwięcej jest obywateli: Ukrainy - 24 proc. ogółu, Niemiec - ponad 9 proc., Rosji - prawie 8 proc., Białorusi - prawie 7 proc. - i Wietnamu - 5 proc.).
Ale i oni zderzają się ze słynną polską gościnnością i poznają ją od zupełnie innej strony. Jak choćby Kanadyjczyk Mike, który w Polsce mieszkał i pracował przez kilka lat. W ostatnim roku jednak wyjechał na blisko 6 miesięcy do pracy do Stanów Zjednoczonych, choć w Polsce wciąż miał mieszkanie. Wtedy fiskus uznał, że skoro przebywał poza granicami RP przez ponad 183 dni, to nie jest już rezydentem i nie musi tu płacić podatków. Po trzech latach jednak decyzję zmieniono i mężczyzna niespodziewanie z drugiego końca globu wzywany jest, by stawił się, złożył czynny żal i jednak zapłacił podatek.
Cudzoziemcy, przybywajcie!
Zupełnie inaczej nasz stosunek do cudzoziemców wygląda w Europejskim Sondażu Społecznym. Właśnie to przeprowadzane co dwa lata badanie, którego zadaniem jest monitorowanie zmian zachodzących w Europie, skłoniło mnie do sprawdzenia, jak bardzo jesteśmy tolerancyjni wobec obcych.
Skłoniło, bo sondaż niespodziewanie ukazał Polaków jako niemalże najbardziej otwarty na cudzoziemców naród w Europie (tylko Islandczycy i Szwedzi mają lepsze wyniki). Europejczycy byli w ESS pytani, w jakim zakresie ich państwo powinno zezwalać na przyjazd obcokrajowców należących do innej grupy etnicznej lub wręcz pochodzących spoza Unii i do tego z państw ubogich. Kiedy średnia dla całej Europy wyniosła w ostatnim sondażu ok. 13 proc. wskazań, że takie zgody winno się wydawać masowo, to wśród Polaków opowiedziała tak prawie jedna czwarta. Powyżej średniej są też nasze opinie o tym, jak to pozytywnie cudzoziemcy wpływają na gospodarkę, życie kulturalne i ogólnie dany kraj jako miejsce do życia. Czyli jak nic: chcemy być nowymi Stanami Zjednoczonymi lub przynajmniej Wielką Brytanią z wielonarodowościowymi społeczeństwami.
- Deklaratywnie wychodzimy na naród bardzo otwarty na imigrację. Ale trzeba pamiętać, że jest różnica pomiędzy opinią wyrażaną publicznie a prywatnym przekonaniem oraz indywidualnym zachowaniem wobec imigrantów - tłumaczy dr Kinga Wysieńska, socjolog z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, odpowiedzialna za opracowanie tej części Europejskiego Sondażu Społecznego. - Wyniki ESS pokazują pozytywne zmiany nastrojów wobec imigracji, które nastąpiły pomiędzy latami 2002-2004 i 2004-2006, ale można domniemywać, że w ogromnej części odpowiada za to fakt, iż w tym okresie sami zaczęliśmy emigrować, oraz to, że za takich właśnie otwartych, nieksenofobicznych chcieliśmy uchodzić. Niestety w praktyce wciąż mamy spory problem z ukrytą ksenofobią, którą najwyraźniej widać w niechęci w zatrudnianiu cudzoziemców czy wynajmowaniu im mieszkań - tłumaczy socjolog.
- To taka zmiana postaw na pokaz - dodaje prawniczka Monika Wieczorek pracująca dla Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, do którego trafiają cudzoziemcy szukający pomocy. Najwięcej problemów jest na rynku pracy. - W części wynikających z małego szacunku pracodawców do pracowników, a w części z nieznajomości czy braku zrozumienia prawa - tłumaczy Wieczorek. Opowiada choćby o urzędach pracy, które łamiąc ustawę antydyskryminacyjną, odrzucają podania cudzoziemców odpowiadających na daną ofertę pracy i tłumaczą im, że pierwszeństwo mają Polacy i dopiero gdy nikt się nie znajdzie, mogą się zgłosić chętni z zagranicy.
- W ogromnej mierze dyskryminacja obcokrajowców w naszym kraju bierze się z nieznajomości prawa przez urzędników, niechęci do jego poznania, do tego, by zastosować je na korzyść, a nie przeciwko człowiekowi - dodaje dr Klaus. - Ciągle zmagamy się z urzędnikami, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości tego, że w różnych krajach wydaje się różne dokumenty, że nie wszędzie jest to np. taki sam jak u nas akt urodzenia. I zamiast wyjść naprzeciw człowiekowi i starać się mu pomóc, mnożą biurokratyczne problemy - tłumaczy. I dodaje, że tak właśnie jest choćby w przypadku jednej z najnowszych spraw, którą zajmuje się Stowarzyszenie Interwencji Prawnej. Trafił do niego cudzoziemiec, który ma podwójne obywatelstwo: jednego z państw Unii oraz państwa spoza Europy. Startował w konkursie o dosyć wysokie stanowisko w publicznej instytucji, przy którym wymogiem było właśnie obywatelstwo państwa Unii. Kiedy już na etapie uzgadniania szczegółów zatrudnienia okazało się, że ma jeszcze jeden paszport, niespodziewanie mu podziękowano.
Praca warta 1 zł mniej
Właściwie gdy przyjrzeć się sytuacji obcokrajowców na naszym rynku pracy, ta sytuacja nie powinna wywoływać zaskoczenia. - Choć w ogromnej większości wykonują prace, które dla Polaków nie są atrakcyjne, więc nie stanowią konkurencji, to i tak nie są traktowani na równi z polskimi pracownikami - dodaje Klaus i przytacza kolejny przykład obcokrajowca, tym razem Ukraińca, którego broni SIP. Mężczyzna pracował legalnie w polskiej firmie. A na tym samym stanowisku co inni pracownicy zarabiał o złotówkę za godzinę mniej. Gdy upomniał się o wyrównanie, szef najpierw próbował mu wmówić, że to kwestia dodatkowych opłat, jakie firma ponosi z powodu tego, że jest cudzoziemcem, a później najzwyczajniej na świecie go zwolnił.
Może to tylko pojedyncze przypadki? Może. Ale co innego wynika z niedawno opisywanego na łamach DGP eksperymentu przeprowadzonego przez badaczy z Instytutu Spraw Publicznych. Od marca 2012 r. do września 2013 r. wysłali niemal 3,5 tys. CV. Parami, do tych samych pracodawców: jedno Polki lub Polaka, drugie Ukrainki lub Ukraińca albo Wietnamki lub Wietnamczyka. Życiorysy aplikantów pod względem doświadczenia i wykształcenia były niemal identyczne. Jedyną różnicą była narodowość osób starających się o pracę, przy czym fikcyjni cudzoziemcy mieli wszystkie wymagane dokumenty konieczne do tego, by legalnie pracować w Polsce. Do aplikacji dołączano również listy motywacyjne, które były napisane poprawną polszczyzną. Pracodawcy odpowiedzieli na 500 z wysłanych aplikacji i jak się okazało, w 16 sytuacjach na 100 gorzej potraktowany był cudzoziemiec. Gorzej, czyli bez jakiegokolwiek odzewu. W najgorszej sytuacji, jak się okazało, są Ukrainki. Z kolei wśród mężczyzn bardziej dyskryminowani byli Wietnamczycy. Co ciekawe, to w korporacjach najwięcej było sytuacji, gdy zgłoszenia cudzoziemców pozostawały niezauważone. Tak zachowała się niemal co piąta poddana eksperymentowi duża firma. O wiele mniej dyskryminujące okazały się małe przedsiębiorstwa.
A więc nie jest tak, że wszystkie oferty cudzoziemców przepadają. - Wszystko zależy od tego, czy obcokrajowiec szuka pracy w Warszawie, która bardzo się pod tym względem zmieniła, czy gdzieś na peryferiach, czy jest ekspertem w swoim zawodzie, czy trafi na firmę, w której narodowość pracowników jest obojętna. Tyle że równość nie polega na tym, jakie ma się szczęście, tylko na prawdziwym stawianiu równych szans - tłumaczy mecenas Monika Wieczorek.
Dzwoni telefon. Oddzwania właścicielka mieszkania na warszawskim Mokotowie, która początkowo była mocno niechętna lokatorce ze Wschodu. - Wie pani co, ja się zastanowiłam. Jeżeli nie ma pani zwierząt ani małego dziecka - przepraszam, ale polskie przepisy są takie, że wynajęcie mieszkania rodzinie z dzieckiem jest wysoce kłopotliwe - może jednak jakoś się dogadamy. Chyba wystarczy, by mi pani pokazała pozwolenie na pracę i umowę z pracodawcą. Wy tam teraz dosyć kłopotów na tej Ukrainie macie, a powinniśmy sobie przecież pomagać - kobieta tak mocno się tłumaczy, że koleżanka już nawet nie próbuje wyjaśnić, że nie jest Ukrainką, tylko Polką z białoruskimi korzeniami.
Ukrainka? O nie! Nie wynajmę ci mieszkania. Na pewno sprowadzisz do lokalu z dziesięć koleżanek i Bóg wie, co tam będziecie wyprawiać
@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.000001800.803.jpg@RY2@
Tomasz Waszczuk/PAP
Sylwia Czubkowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu