Styropian przechodni
Rozpoczął się sezon protestów, przedstawiciele rozmaitych branż wsiadają do autokarów i jadą do stolicy upomnieć się o swoje. Tej wiosny szczególnie popularne jest okupowanie budynku Ministerstwa Pracy. W zeszłym tygodniu siedzieli w nim górnicy, zaraz po nich weszli pracownicy Łucznika. Obu akcjom przyglądały się pielęgniarki i położne, które już dziewiąty dzień głodują na pierwszym piętrze ministerstwa
Polityka 5 czerwca 1999 r.
Spodziewaliśmy się, że jak zrobi się ciepło, będą przyjeżdżać - nie ukrywa Robert Szaj, asystent ministra pracy. Nikt nie przewidział jednak, że wszyscy przyjdą na Bracką. W ministerstwie negocjuje się na okrągło, ale hol okupowany był dotąd tylko raz.
- Jakiś czas temu siedzieli tutaj przedstawiciele branży azbestowej, jednak szybko wyszli - przypomina sobie Szaj.
- Prawda jest taka, że od ponad tygodnia jesteśmy oblężeni - mówi rzecznik ministerstwa Justyna Kraszewska. Metalowe ogrodzenia, kilkanaście radiowozów w sąsiedztwie, kordon policjantów nie wpuszcza do środka nawet dziennikarzy. Głodujące pielęgniarki zmuszone były wciągnąć na sznurku kamerę jednej z ekip telewizyjnych wartą dwieście tysięcy złotych, żeby siebie sfilmować. Sylwetki głodujących pozostają ledwo widoczne za zamkniętymi oknami na pierwszym piętrze. Klamki od okien zostały zabrane, bo panie za bardzo się wychylały i wisząc na parapecie, wywoływały niezdrową sensację wśród przechodniów. - Nie można dopuścić, żeby z poważnej sprawy robił się show, podczas którego łatwo można wypaść - tłumaczy Justyna Kraszewska.
Pielęgniarki i położne zaprzeczają, jakoby okupowały ministerstwo. - To jest pozostawanie czasowe - wyjaśnia przedstawiciel ich związku, argumentując, że panie przyszły do ministerstwa na negocjacje w ramach Komisji Trójstronnej. Kiedy uznały, że nie mają one dłużej sensu, postanowiły zostać w środku i poczekać na miejscu, aż ich sprawa zostanie załatwiona.
Górnicy w liczbie czterdziestu czterech przyszli w poniedziałek przed południem i po wyłamaniu zamka w drzwiach usadowili się w holu głównym. Policja (która ochrania ministerstwo od chwili podjęcia głodówki przez pielęgniarki) obserwowała akcję z zaciekawieniem. Okupujący dostali do dyspozycji osobną salę, w której spędzili wieczór. Wyszli o piątej rano, gdy ich przywódcy w zupełnie innym miejscu stolicy osiągnęli porozumienie z rządem.
Trzy godziny po wyjściu górników w holu zameldowali się przedstawiciele radomskiego Łucznika. Zamierzali zainstalować się w czterdziestu pięciu, ale przedarła się tylko pierwsza piątka. - Zmyliliśmy ich, formując małe grupki. Na dodatek przyjechaliśmy do Warszawy wcześniej niż zwykle, wykorzystując moment, gdy urzędnicy przychodzili do pracy - wyjaśnia Witold Gozdalski, działacz związkowy, przywódca grupy. Przez całą dobę siedzieli w holu grając w karty, oglądając telewizję i popijając kawę. Było dość sympatycznie.
W środę wieczorem po krótkiej dyskusji policja wyniosła ich z Ministerstwa Pracy tylnymi drzwiami. - Ciągnęli nas przez jakieś piwnice tak, jak ludożercy ciągną obiad do kotła. Strasznie przy tym sapali - opowiada radomska piątka. Gozdalskiego skuto kajdankami, ma kilka siniaków, przyznaje jednak, że akcja toczyła się w atmosferze wzajemnego zrozumienia i nie ma pretensji do funkcjonariuszy. - Moja rola jest taka, żeby siedzieć, ich - żeby mnie wynosić - zauważa filozoficznie.
Następną dobę spędzili na ulicy tuż przy wejściu do gmachu. Sprawę postawili jasno: nie wracają bez potwierdzonego zamówienia na pięć tysięcy pistoletów beryl i zaliczki. Koledzy z OPZZ niezwłocznie przynieśli im wielkie, konferencyjne termosy z kawą i śnieżnobiały wygodny styropian.
W powszechnej opinii Ministerstwo Pracy stało się ofiarą własnej otwartości na petenta, któremu (inaczej niż w innych ministerstwach, od dawna zamienionych w twierdze nie do zdobycia) starano się nie utrudniać kontaktu z władzą. Jeszcze w zeszłym tygodniu do gmachu przy Brackiej mógł wejść każdy, nie obowiązywały żadne przepustki. Minister Komołowski, były związkowiec, znany jest z łagodnego usposobienia i chęci do podejmowania dialogu. Media wykreowały go na "dobrego człowieka" rządu Buzka, jego łagodna, zmęczona twarz wzbudza zaufanie od pierwszej chwili. Coraz więcej grup próbuje to wykorzystać. Efekt? W holu na Brackiej kładą się dzisiaj wszyscy, którzy mają do rządu pretensje lub chcą podwyżek.
- To nieporozumienie, przecież od dawna już nie jesteśmy ministerstwem płacy, kasą dysponują inni - tłumaczy Szaj, dodając, że właściwą stroną w negocjacjach z Łucznikiem jest MON, z pielęgniarkami - Ministerstwo Zdrowia, a z górnikami - resort przemysłu. Rolą ministra pracy jest co najwyżej zmiękczanie stanowisk, podtrzymywanie dialogu i pomoc w osiąganiu kompromisów.
- To typowa sytuacja tkwienia między młotem a kowadłem, z wszystkimi tego konsekwencjami niestety - mówi rzecznik Kraszewska.
Ciężko to wytłumaczyć okupującym, zdaniem których rząd to jedna wredna całość.
- Dopóki się ich nie rąbnie w łeb, nie zrobią niczego - powtarzał we czwartek Witold Gozdalski z Łucznika. Razem z kolegami opuścił chodnik przed ministerstwem dopiero wówczas, gdy wynegocjowane pieniądze na zaległe pensje zostały przelane na konto zakładu. Pielęgniarki i położne na razie szczęścia nie mają, dlatego na Brackiej jest ich coraz więcej. Wszystkie śpiewają Longinowi Komołowskiemu: - Przeżyj to sam!
Najgłośniejszy z pielęgniarskich głosów należy do posła SLD Piotra Ikonowicza, ale i tak nie ma pewności, czy minister go słyszy, bowiem od tygodnia pada ze zmęczenia, przemieszczając się z negocjacji na negocjacje i sypiając godzinę, dwie na dobę.
- W tym tygodniu mieliśmy pojechać do Skarżyska, Ostrowa i Pionek, gdzie nie dzieje się najlepiej. Ale jak widać, nie pojechaliśmy, rozkłada ręce Szaj.
Sławomir Mizerski © Polityka sp. z o.o. S.K.A. 1991-2014
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu