LUZIK
Tradycyjna grzeczność nie jest dziś w cenie. Odrzucając formy, zapomnieliśmy jednak, po co je wymyślono. I w sytuacjach, kiedy są potrzebne, nie potrafimy się już zachować
Zamiast wstępu posłużę się krótką anegdotką, jaką o przypadku swojego zastępcy opowiedział prof. Jan Miodek: "Przyszła do niego studentka i mówi: »Dzień dobry, panie doktorze, przyszłam na koło«. Zresztą on doskonale wiedział, po co ona przyszła. »Na co? « - »Na koło«. On jeszcze raz: »Na co? «. Więc ona troszkę zmiękła i chyba za czwartym razem w końcu powiedziała, że na kolokwium".
Sytuacja, którą językoznawca opisał w wydanej niedawno książce "Wszystko zależy od przyimka", to codzienność każdego pracownika naukowego, który kontaktuje się ze studentami; skracanie dystansu, zachowanie jak w gronie kolegów - to tylko początek długiej listy przywar. Myli się jednak ten, kto uzna, że tylko młodzi osiągnęli mistrzostwo w spoufalaniu się. "Luzik" to dziś przekleństwo, niezależnie od wieku, statusu i wykształcenia.
"Panie Marcinie, dokąd się tak spieszymy?" - pyta policjant, zatrzymując mężczyznę przekraczającego dopuszczalną prędkość. Zanim wypisze mandat, chce pokazać swoją ludzką twarz.
"Jak jedziesz?!" - krzyczy do rowerzysty o wiele młodszy kierowca.
Asystentka w zakładzie naukowym proponuje 30 lat starszemu profesorowi, by mówili sobie po imieniu.
Kilka miesięcy temu jeden z moich kolegów dziennikarzy napisał natomiast poważny tekst, w którym przechodził na "ty" ze wszystkimi czytelnikami. Wszystko w imię szczerych, poprawnych relacji.
- Grzeczność zmienia się na przestrzeni lat, zmieniają się też konwencje. Dziś za wszelką cenę chcemy być prawdziwi, naturalni, ale czasem efekt jest karykaturalny; to właśnie desperackie próby przełamywania starych konwencji mogą stać się naprawdę nieautentyczne - mówi prof. Jerzy Bralczyk. Podobnie zresztą uważa prof. Miodek: "Gdyby zapytać, co mnie najbardziej razi we współczesnych zachowaniach komunikacyjnych, to właśnie jest to odgrywanie szczerości. Wychodzi z tego jakaś, powiedziałbym, językowo-gestyczno-obyczajowa hybryda. Powiadam więc - taki luz bywa zabójczy, bo jest nieautentyczny" - napisał w ostatniej książce.
Z korpo do Polski
Źródeł powszechnego luziku można szukać w kilku miejscach. Pierwszym z nich jest wszechobecna kultura anglosaska i forma "you", która w Wielkiej Brytanii i USA stosowana jest nawet w bardzo oficjalnych sytuacjach, a przeniesiona na polski grunt staje się tylko niezręczną kalką. - To nie tylko nasz problem. Na to samo narzekają Niemcy i Holendrzy, którzy mają w swoich językach wiele klasycznych form grzecznościowych, ale rezygnują z nich, choćby dlatego że pracują w międzynarodowych firmach, gdzie wzorzec anglosaski jest dominujący - mówi dr Janusz Sibora, badacz protokołu dyplomatycznego i dziejów dyplomacji. Wskazuje przy tym na kolejne źródło upowszechniającego się luziku - kulturę korporacyjną.
W dzisiejszej doktrynie zarządzania pracownicy są jedną drużyną, a szefom wydaje się, że formy grzecznościowe budują między nimi niepotrzebne (znów: sztuczne) bariery. Każdy nowy członek zespołu od razu mówi więc po imieniu do wszystkich - od kolegi z biurka obok do kierownika departamentu. Tymczasem - poza brakiem autentyzmu, którego w zbyt luźnych formach dopatruje się prof. Miodek - mówienie sobie po imieniu niesie w kulturze korporacyjnej także inne zagrożenia.
- W przedwojennym podręczniku znalazłem kilka akapitów dotyczących mówienia na "ty". Autor książki radził, żeby uważać na bruderszafty, bo jeśli ktoś, z kim jesteśmy po imieniu, okaże się osobą niegodną, to będziemy w trudnej sytuacji. I podawał przykład kobiety, która po przejściu z inną na "ty" dowiedziała się, że tamta zadaje się z nieodpowiednim towarzystwem. Podręcznik pokazywał, że zostają jej dwa wyjścia - albo obrazić jej uczucia i powrócić do dawnej formy, albo być narażoną na towarzyski ostracyzm. Bo jeśli dawniej byliśmy z kimś na "ty", oznaczało to, że akceptowaliśmy jego zachowanie - ocenia dr Sibora. Przyznaje też, że dziś zwracanie się do siebie po imieniu to droga w jedną stronę - w naszej kulturze nie ma możliwości wycofania się z tej sytuacji. - A szkoda, bo są sytuacje, w których po przejściu na "ty" jedna z osób, które się na to zgodziły, żałuje później decyzji. Zwłaszcza że bardzo często dzieje się to podczas spotkań towarzyskich, w których w grę wchodzi alkohol - mówi ekspert.
Profesor Bralczyk dodaje, że przechodzenie na "ty" zwykle jedynie pozornie sprawia, że stosunki w firmie są bardziej demokratyczne. - Można zwracać się do szefa po imieniu, ale być od niego zależnym jak jeszcze nigdy wcześniej - ocenia.
Przechodzenie na bezpośrednią formę zwracania się do partnera bywa niebezpieczne także w dyplomacji. Choć to powszechna wśród głów państw praktyka, która ma stwarzać dobry klimat rozmów, może okazać się wyjątkowo kłopotliwa, kiedy zmieniają się okoliczności współpracy. Boleśnie przekonała się o tym Angela Merkel, która będąc po imieniu z prezydentem USA, dowiedziała się, że Stany Zjednoczone monitorowały jej rozmowy telefoniczne. Trudno było wyobrazić sobie większy dyskomfort niż ten, kiedy Barack Obama mówił do niej per "Angelo". Dr Sibora zastanawia się również, jak dziś prezydent Obama zwraca się do Władimira Putina. Jego zdaniem jeszcze kilka miesięcy temu na pewno robił to po imieniu.
Kwestia praktyki
Dr Janusz Sibora przekonuje, że - poza wszystkim - znajomość zasad grzecznego zachowania opłaca się, bo jest po prostu użyteczna. To działanie na skróty. - Niemal każda norma ma jakieś praktyczne korzenie. Dzięki temu, że weszła do kanonu zachowań, nie musimy pamiętać genezy, ale udaje nam się postąpić tak, jak powinniśmy to zrobić. To duża oszczędność czasu - uważa i podaje przykłady: - Konwenans towarzyski mówił o tym, jak się posłużyć wizytówką. Na przykład o tym, że piszemy po nich wyłącznie ołówkiem i tylko na zadrukowanej stronie. Że wizytówka powinna być zadrukowana tylko z jednej strony. Dziś dostaję mnóstwo złych wizytówek, właśnie dlatego, że ludzie o tym nie pamiętają - mówi i dodaje: - Mało który mężczyzna dziś nosi kapelusz, ale kiedy to jeszcze było powszechne, podnoszono go do ukłonu wyłącznie lewą ręką - zasady savoir-vivre’u były w tej materii bardzo precyzyjne. Dlaczego? Żeby prawą można było się przywitać. Albo inny przykład: dlaczego kobieta chodzi z prawej strony mężczyzny? Otóż żeby nie ochlapał jej przejeżdżający ulicą powóz. Dlaczego to mężczyzna pierwszy wchodzi do restauracji? Bo w XVII czy XVIII wieku tego typu lokale nie były bezpieczne i mężczyzna musiał sprawdzić, czy to odpowiednie miejsce dla partnerki. Dlaczego schodzi pierwszy po schodach? Bo jeśli pani się potknie, to będzie miał okazję ją złapać - wylicza. A przykłady można mnożyć. W USA w dobrym tonie jest zapisywać, od kogo otrzymało się życzenia na święta. Dzięki temu wiadomo, komu należy odesłać je na następne.
Jak jednak przekonuje dr Sibora, grzeczność bywa trudna, choćby dlatego, że wymaga podjęcia świadomego starania. - Trzeba wiedzieć, z kim się spotykamy, jaka będzie okazja, jaka obowiązuje norma. Jadąc na Daleki Wschód, należałoby odrobić lekcję i dowiedzieć się, że nie wypada dać tam prezentu w białym papierze, bo to symbol żałoby - mówi i podaje przykład wielkiego faux pas, które niedawno popełnił w podobnych okolicznościach prezydent Bronisław Komorowski. - W czasie jednej z wizyt Angeli Merkel w Polsce kanclerz Niemiec spotykała się z głową naszego państwa. Czekała przy tym na zaproszenie pana prezydenta - powinien był wskazać jej fotel, bo w Niemczech dobrze wychowany człowiek nie usiądzie, zanim nie poprosi go o to gospodarz. Tymczasem prezydent po prostu usiadł. Pozostali goście byli zmieszani i zażenowani.
Gubimy się
Datę wydania podręcznika o dobrym wychowaniu można poznać po jego grubości. Te najstarsze mają po 600 stron, im późniejsze, tym są cieńsze. Ostatnie książki, zwłaszcza te dotyczące netykiety, wyglądają raczej jak broszurki. Jak jednak widać, były potrzebne - dziś w normach zachowania gubią się wszyscy. Niezręczność przykrywają więc starannie wypracowanym luzikiem. Wiele złego w tej materii robią specjaliści od marketingu politycznego i wizerunku, którzy wprowadzają do sfery publicznej nieznośne dla oka gesty. Hitem ostatnich lat jest poklepywanie się po plecach, które ma wskazywać na swojskość relacji dwóch polityków. Dość łatwo jednak swojskość zmienić w tym przypadku w obrazę gościa - poklepywanie jest bardzo protekcjonalnym gestem.
- W czasie wizyty Baracka Obamy w Polsce prezydenta USA poklepał po plecach Bronisław Komorowski. Obama natychmiast musiał zrównoważyć ten gest podobnym. Taka sama wpadka zdarzyła się zresztą również małżonce prezydenta Obamy podczas spotkania z królową Elżbietą II. Również monarchini musiała z właściwą sobie klasą zrównoważyć dotknięcie pierwszej damy USA - zwraca uwagę dr Janusz Sibora i przywołuje jeszcze jeden gest wszczepiony w politykę przez marketingowców - ujęcie czyjejś dłoni w dwie dłonie. Ma to być wyraz troski i opiekuńczości, ale również wyższości. Ostatnio zaprezentował go minister spraw zagranicznych Francji, kiedy z oficjalną wizytą odwiedziła go delegacja ukraińska.
W praktycznych formach grzecznościowych gubimy się też na co dzień. - Zaproszono mnie do jednej z korporacji na zajęcia z etykiety dla wyższej kadry menedżerskiej. Długo zastanawiałem się, o czym mam mówić, aż w końcu osoby, które mnie zaprosiły, stworzyły mi listę rzeczy, z którymi one same mają problem w pracy z tą grupą. Polecono mi, bym z wysokości autorytetu skrytykował kolorowe stroje, właśnie klepanie po plecach. Przy każdym kolejnym temacie widziałem żywe reakcje na sali - wiem, że niektórych dotykało to osobiście - mówi dr Sibora.
Jak bardzo osobiście traktuje się w Polsce próby ukrócenia luziku, przekonał się Michał Rusinek - literaturoznawca i prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. Wystarczyło, że napisał na swoim prywatnym profilu na Facebooku, że przestaje odpowiadać na wiadomości, które zaczynają się od słowa "witam", by sprowokować gigantyczną internetową dyskusję, która szybko przerodziła się w wymianę inwektyw. Krytycy zarzucali Rusinkowi zadzieranie nosa i zbytnie przywiązanie do form. Zwolennicy zwracali uwagę, że "witam" jest zwyczajnie niepoprawne językowo, a ogólna uwaga Rusinka nie była personalnym atakiem, lecz delikatną próbą zwrócenia uwagi na problem.
Kto nas nauczy?
Problem z formami grzecznego zachowania polega na tym, że nawet jeśli uznamy, iż są nam potrzebne, nie możemy wymyślić ich sami. Jak wszystkich norm społecznych, musimy od kogoś się nauczyć. Kto powinien to zrobić? Eksperci zgadzają się, że przede wszystkim jest to zadanie rodziny. Dawniej odpowiadała za to również elita, ale od lat 50. trudno mówić o jednym dobrym wzorcu. Elit pojawiło się więcej i tak naprawdę nie wiadomo, kto miałby być metrem z Sevres w dziedzinie savoir-vivre’u. A dziś jest jeszcze trudniej, bo elity same wydają się zagubione. Wielu osobom nie udaje się opanować nawet najprostszych zasad - choćby dotyczących całowania w dłoń. W telewizji oglądamy więc najpierw premiera, który schyla się, by pocałować rękę kanclerz Niemiec, a później czytamy w niemieckiej prasie o "mokrych gestach uległości".
Prostą i uniwersalną radę ma prof. Bralczyk: - Naturalne jest, że coraz mniej ludzi orientuje się, jak należy różnicować prałata od kanonika. Jeśli więc ktoś pomyli eminencję z ekscelencją, to przynajmniej w sferze świeckiej nikt nie będzie miał do niego pretensji. Być może kiedyś przestaną mieć znaczenie również hierarchie polegające na stopniach naukowych. Zawsze natomiast istotne będzie, żeby drugiej osobie okazywać szacunek - mówi i uspokaja, że po okresie buntu wobec dobrych manier nastąpi również ich wielki powrót. - Antropolodzy mówią, że w historii sprawdza się reguła wahadła; po okresie nadmiernej regulacji następuje okres deregulacji. W XIX wieku nasze zachowania podlegały ścisłym normom, wiadomo było, jak należy się zachować. Wydaje mi się, że i dziś przeżywamy okres regulacji. Ważne jest jednak nie tyle to, co wypada, ile to, co jest skuteczne. Naszym głównym celem jest dziś budowanie swojego wizerunku, staramy się więc zachowywać tak, by zostać zaakceptowanym przez środowisko.
Doktor Janusz Sibora zapewnia jednak, że i dla grzeczności w klasycznej formule będzie lepszy czas. - Moda na dobre wychowanie wraca. Na południu USA tworzą się specjalne kluby, w których uczy się dobrych manier.
Trudno stwierdzić, czy przyjęłyby się i u nas. Nietrudno - że dla większości z nas uczestnictwo w nich byłoby niezbędne.
@RY1@i02/2014/089/i02.2014.089.000001400.101.jpg@RY2@
corbis/fotochannels/ shutterstock
Anna Wittenberg
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu