Weterynarze to ludzcy lekarze
Kochamy je nad życie. Nasze koty, psy i chomiki. Wydajemy na nie ostatnie pieniądze, a przy okazji krzywdzimy - najczęściej z głupoty. A kierowani odruchami dobrego serca robimy wszystko, żeby jak najbardziej cierpiały
Ta historia ze strony Atofeler.blogspot.com obiegła sieć. I natchnęła mnie do napisania tekstu. "Autentyk: kot wypada z okna, wygląda na zdrowego, ale pani stwierdza, że na pewno musi go coś boleć, więc daje mu tabletkę apapu. Kot wie chyba, że coś się święci, więc tabletkę wypluwa. Głupia c...a będąca jego właścicielką wciska mu więc na siłę połowę tabletki. Następnego dnia kot ląduje u nas ledwo ciepły, z wątrobą wystającą przez uszy, a ja mam ochotę zabijać". Oczywiście ludzi.
Kiedy rozmawiam z lekarzami weterynarii, przyznają, że przez ostatnie 10 lat nasze podejście do zwierząt bardzo się zmieniło - lepiej o nie dbamy, więcej na nie wydajemy. Wspieramy bezdomne stworzenia odsiadujące wyroki w schroniskach i coraz częściej, zamiast kupować rasowego pieska, przygarniamy znajdę. To wszystko prawda, choć nie cała. Pod lukrem tego obrazka można znaleźć dużo mniej przyjemne warstwy. Jak to w życiu. Opowiem kilka historii, jakie usłyszałam w gabinetach wetów - o nich samych, zwierzakach i ich ludzkich towarzyszach. Jedne będą zabawne, inne smutne, jak to w życiu.
Śmieszne, choć nie dla zwierząt
Wieczór, dzwoni komórka lekarza. Telefonuje właścicielka owczarka nizinnego: Panie doktorze, mój pies ma jakiś atak. Podejrzewam podłoże neurologiczne. Nie może ustać na łapach, bo co wstanie, to siada. Dziwnie się wije, usiłuje dosięgnąć mordą zadu - relacjonowała. Lekarz pobiegł do samochodu i łamiąc przepisy, popędził ratować zwierzę i jego odchodzącą od zmysłów panią. Przyjechał i dostał ataku śmiechu. - Okazało się, że psisku przyczepił się do jąder rzep i dostawało szału - opowiada Joanna Mróz-Gabrysiak z Legionowa, która od lat prowadzi recepcję w klinice weterynaryjnej. A dr Marta Nowak z tej samej lecznicy dorzuca opowieść o króliczku: Dzwoni telefon: moja ukochana angorka zdycha, rak, straszne guzy, pewnie przerzuty. Kończyła już dyżur, ale na takie dictum powiedziała, że zaczeka z zamykaniem lecznicy. Wpada kobieta tuląc stworzonko z czerwoną wstążeczką na szyi. Gdzie ten rak? Kobieta pokazuje na brzuszek modziutkiego samczyka, któremu właśnie zeszły jąderka do moszny. Z kolei Dorota Sumińska, lekarka weterynarii i pisarka, opowiada o kotce, a raczej jej właścicielce, która rozpoznała u pupilki uraz kręgosłupa i też wezwała pomoc w trybie nagłym. - Kotka miała ruję, więc zachowywała się w charakterystyczny sposób: chodziła na ugiętych łapach, wypinała zad, krzyczała i sprawiała wrażenie bardzo cierpiącej. A ona po prostu była zalotna.
Tu skończyło się na śmiechu, ale czasem niewiedza właścicieli ma gorsze skutki. Jak opowiada dr Anna Godyń, prowadząca praktykę w Krakowie, przypadki podawania kotom śmiertelnego dla nich paracetamolu są nagminne. - Ludzie kupują specjalnie dla nich lek w syropie, bo łatwiej go podać. A potem się nie przyznają, co zrobili, kiedy ich pupil zaczyna chorować - opowiada. Na masową skalę zdarzają też przypadki, kiedy właściciele mylą sutek psa z kleszczem i usiłują (czasem skutecznie!) go wyrywać. I są zdziwieni, kiedy lekarz tłumaczy, że to nie pajęczak. - Jak to, pani doktor, przecież to jest samiec, więc skąd sutki? - denerwował się jeden z klientów dr Godyń. - A pan urodził się bez sutków? - spytała z uśmiechem.
Pacjenci jednak wiedzą swoje. Jak pewna właścicielka szczeniaczka, która przyszła do gabinetu, żeby lekarka stwierdziła jego płeć. - To chłopiec - oznajmiła po oględzinach, na co klientka zrobiła pełną wyższości minę. - Nie. To dziewczynka, sprawdziłam za pomocą wahadełka, a ono nigdy się nie myli - odparła. Marta Nowak pamięta zaś panią, która przychodziła do gabinetu z suczką, jamnikiem króliczym. Piesek często chorował na nawracającą grzybicę pochwy. Co ją podleczyli, paskudztwo znów było. Lekarze więc zrobili szczegółowy wywiad na temat zwyczajów panujących w jej domu. I okazało się, że czuła właścicielka podmywa suczkę swoim płynem do higieny intymnej.
Najgorsi pacjenci na dwóch nogach
Bardzo trudnymi klientami są ludzcy lekarze. Oni zwykle już dawno zdiagnozowali pupila, a często próbowali go leczyć. Lekarstwami dla ludzi, w dodatku w nieodpowiednich dawkach. Doktor Godyń nie zapomni doktora, znanego w środowisku, który przyszedł do jej gabinetu z psem. Zdiagnozowała u zwierzęcia zapalenie pęcherza moczowego, a on, że nie ma racji, bo to coś innego. Wyrzuciła go z gabinetu. - Też byłam chora, miałam niższy próg tolerancji - tłumaczy.
Jeden z lekarzy weterynarii opowiada w zaufaniu (bo go środowisko zadziobie), że z publicznych placówek służby zdrowia wycieka strumień pieniędzy w postaci leków i środków opatrunkowych. - Pracownicy biorą dla swoich zwierząt, niektórzy sprzedają leki ścisłego zarachowania gabinetom weterynaryjnym. Na przykład luminal czy relanium w zastrzykach do znieczuleń przy zabiegach - wylicza.
Ale zostawmy patologie, wróćmy do ludzi i ich zwierząt. Lekarze narzekają, że mnóstwo złego robi zjawisko zwane Dr Google. Docent dr hab. Roman Aleksiewicz opowiada, że kiedyś przyszedł do niego właściciel z psem wyniszczanym przez biegunkę. I oznajmił, że on już zdiagnozował u niego kokcydiozę (chorobę wywoływaną pierwotniakami) i przez parę dni go leczył: preparatem przeznaczonym dla kur. - Rozwalając przy okazji zwierzęciu trzustkę i wątrobę - irytuje się lekarz. Ludzie czerpią wiedzę z internetu, a często inni wypisują tam bzdury. Co jakiś czas pojawiają się mesjasze głoszący prawdy objawione, które w zastosowaniu praktycznym szkodzą. A efekty są takie, jak wówczas, kiedy do niego przyszła pani z bokserem. Pies był tak chudy, że aż przezroczysty. - To zwierzę jest strasznie niedożywione - rzucił ze zdziwieniem. Właścicielka: skądże, je dużo i bardzo zdrowo. Miód i orzechy.
Bywa i tak, że lekarz zrobi swoje - wyleczy, poskłada - ale właściciele nie upilnują podopiecznych. - Kiedyś operowałem psa przez trzy godziny. Bardzo trudne i precyzyjne zespolenie kończyny, trzeba było wstawić blachę i 8 śrub. Po 48 godzinach pan i zwierzę są z powrotem: noga w rozsypce, nawet blacha złamana. Opiekun nie wie, jak to się stało - opowiada dr Aleksiewicz.
A dr Mariusz Kaniewski, specjalizujący się w ortopedii i chirurgii, dodaje swoją historię: właściciele psa, któremu zespalał gwoźdźmi kość udową, po tygodniu przyjeżdżają spanikowani: przytrzasnęli mu tę łapę drzwiami. Na szczęście był założony gruby stabilizator, więc cudem jakimś skończyło się tylko na bólu.
Ludzie bywają nieuważni, przez co przysparzają pupilom cierpienia. Taka okolicznościowa wielkanocna historia: o kocie Gustawie i wielkanocnej szynce. Szynka zniknęła, za to kot zaczął strasznie chorować. Prześwietlenia nic nie wykazały, trzeba było operować. - Siatka, w którą była zawinięta, pozatykała jelita - wspomina dr Kaniewski. Ma jeszcze jedną kocią historię: o starszych państwu, którym dzieci podrzuciły persa pod opiekę. - Kociak dostał gorączki, stał się osowiały, nie miał apetytu. Lekarze znieczulili, prześwietlili. I jest przyczyna: łakomy kot chciał połknąć igłę z nitką pozostawioną przez panią domu, ale wbiła się w podniebienie. Udało się wyciągnąć. Na drugi dzień znów są. Starszy pan wycinał kotu kołtuny i poprzecinał skórę. Inny przypadek: właściciel labradora wykupił w gabinecie dwutygodniową kurację mającą pomóc w leczeniu objawów dysplazji stawu biodrowego. Zabrał do domu woreczek z tabletkami - uwaga! smakowymi, bo takie coraz częściej stosowane są w leczeniu weterynaryjnym, żeby nie trzeba było ich siłą wciskać zwierzęciu do gardła. Labradory znane są z łakomstwa, a ten wywąchał smakowicie pachnące pigułki w kieszeni kurtki, którą pan porzucił na fotelu. Trzeba było potem psa ratować.
Doktor Kaniewski zawsze po przeprowadzonym zabiegu czy na koniec wizyty daje klientowi wypis i prosi, aby przeczytał zawarte w nim zalecenia i sposób postępowania z podopiecznym. Czytają, niby uważnie. A potem pytają, np.: "To jak często mam dawać Misiowi jeść?". O tym było w drugim zdaniu - irytuje się nieco lekarz.
Bywają podli, lecz dobrzy
Najgorsze chwile dla lekarza weterynarii nastają wówczas, kiedy do gabinetu przychodzi klient, który chce zwierzę zabić - bez powodu.
- Proszę uśpić tego psa, bo szczeka, kiedy się dzieci bawią - w głosie dr Anny Godyń, kiedy wspomina tego klienta, pojawia się metaliczne brzmienie. Wyrzuciła go za drzwi, a ten jeszcze się awanturował, że porozmawia z jej przełożonym. Nie trafiało, że nie wolno usypiać zdrowych zwierząt, że są inne drogi. - Ja jestem właścicielką tego interesu i proszę pana, żeby szybko pan z niego wyszedł - prawie wypchnęła go za drzwi. Pamięta też młodą kobietę, która przyszła z trzymiesięcznym szczeniakiem amstafa i miała takie same żądanie. Bo głupio mu z oczu patrzy i wszystko gryzie - powiedziała tamta, patrząc z pretensją na psiego niemowlaka.
Joanna Mróz-Gabrysiak z Legionowa uważa, że takie zachowania nie zawsze wynikają z czystej podłości charakteru, często z bezradności i chęci pójścia na skróty. Nie zapomni pewnej kobiety, która nalegała na eutanazję zdrowego psiaka, którego przed paroma miesiącami z własnej woli wzięła ze schroniska. Bo demoluje dom. - Proponowałam zamontowanie w mieszkaniu klatki, w której mógłby przebywać, kiedy nikogo nie było. Ale okazało się, że zostawiony sam wyje i szczeka, a sąsiedzi wzywają policję. - Proszę go w takim razie oddać do schroniska - szukam wyjścia, ale ona się wstydziła. Zabicie zwierzaka wydawało się jej lepszym wyjściem - mówi ze smutkiem w głosie. Inna z kolei chciała uśpić szczenię, na które czekała kilka miesięcy. Gdyż okazało się, że sika w domu, gryzie gazety i nie potrafi od razu grzecznie chodzić przy nodze.
Lekarze starają się znaleźć jakieś wyjście, choć czasem oznacza to wzięcie sobie na głowę kłopotu. Doktor Dorota Sumińska opowiada o przypadku sprzed lat: Do gabinetu wchodzi młody, dobrze ubrany mężczyzna z 18-letnią kotką staruszką. Żeby ją zabić. Zwierzę należy do jego matki, która wylądowała w szpitalu, on nie ma czasu ani ochoty się nim opiekować. Odmówiła. Tłumaczyła, że nie wolno, że za parę miesięcy prawdopodobnie natura sama zadziała. - Wyrwał mi kota z rąk, krzycząc, że sam skręci mu kark, jeśli nie chcę dać zastrzyku. Mało się nie pobiliśmy - wspomina. W efekcie młody człowiek wylądował za drzwiami, a stara kotka w jej domu. Tyle że nie czuła się dobrze wśród menażerii, która zasiedla dom dr Sumińskiej: 9 psów i 12 kotów. Była przyzwyczajona do spokoju i tego, że obcuje z jedną osobą. Ukryła się w łazience, pod wanną, pod którą wpełzała przez pozostawiony na potrzeby hydraulików otwór. Wychodziła w nocy, kiedy wszyscy spali - zjeść, napić się. Nie byłoby z tym problemu, gdyby nie fakt, że załatwiała się także w miejscu swojego odosobnienia. - Wypłoszyliśmy kotkę do innego pokoju i zrobiliśmy remont, zamykając miejsce pod wanną, za to robiąc w łazience specjalną półkę, na której mogła sobie kocica zamieszkać - opowiada Sumińska. I tak kotka podwannowa stała się kocicą półkową, żyła sobie spokojnie w łazience. Pewnego razu cała rodzina (oczywiście z czworonogami) siedziała w dużej kuchni na paterze, kiedy ujrzeli kocicę - dostała na imię Marusia - schodzącą po schodach. Wkroczyła, dała się obwąchać domowym psom i kotom. Potem dała sygnał ludziom, że chętnie by usiadła obok nich na kanapie. Ten dzikus, który wcześniej nie dał się nikomu dotknąć, przytulał się i mruczał. Po godzinie wróciła na swoją półkę. I zdechła. - Przyszła podziękować nam za dom i remont łazienki, do którego nas zmusiła - uśmiecha się przez łzy dr Sumińska.
Jednak wszyscy moi rozmówcy zgodnie twierdzą, że podobnych przypadków - żądania uśmiercenia zdrowego zwierzęcia - jest coraz mniej. Ludzie mają w sobie więcej empatii. Doktor Roman Aleksiewicz zauważa, że kiedy on zaczynał praktykę i wyjeżdżał na Zachód na staże, był zdumiony, że w takiej np. Holandii zwierzęta dożywają sędziwego wieku, podczas gdy u nas średni wiek psa czy kota nie przekraczał 10 lat. - Teraz to się wyrównało i mamy podobne problemy związane z geriatrią zwierząt, z którymi musimy nauczyć sobie radzić. Choroby wieku starczego typu zaćma czy demencja. Nasze pupile zapominają wszystko, potrafią zażreć się na śmierć albo zagłodzić. Nie poznają swojego pana. Problemy te same jak ze starymi ludźmi.
Pies charakterniak
Zmieniło się także to, co ja nazywam syndromem nowofundlanda trzymanego w kawalerce. Polacy staranniej przystępują do wyboru zwierzęcia, który ma im towarzyszyć. Kiedyś tym, jakiego zwierza Polak ma w domu, rządziła moda zwykle dyktowana przez filmy. Za czasów komuny kochaliśmy owczarki niemieckie (Szarik i Cywil), potem były owczarków collie (Lessie), lata 90. to wysyp dalmatyńczyków, potem za przyczyną gwiazdek noszących malutkie pieski w torebkach pokochaliśmy yorki. Z kolei wysyp amerykańskich seriali rodzinnych spowodował obfitość labradorów i retrieverów. Teraz coraz więcej osób chce mieć psiaka rasy petit basset griffon vendeen - bo ślicznie wygląda na zdjęciach i pojawiło się dużo maskotek z ich mordkami. Tymczasem każdy nieprzemyślany wybór oznacza masakrę - dla zwierzaka i właściciela. Bo wygląd psa niczego nie mówi o jego charakterze i potrzebach. Takie dalmatyńczyki: w rzeczywistości niczym nie przypominają słodkich piesków z kreskówki. To nieustępliwe psy, lubiące życie stadne, wyhodowane do polowań. Wolą towarzystwo innych psów niż ludzi i zrobienie z takiego domowego pieszczoszka skazane jest na niepowodzenie. Albo jamniki - niezależne. Łatwiej się dogadać z owczarkiem niemieckim niż z jamnikiem - podsumowuje Joanna Mróz-Gabrysiak. I opowiada: miała jamnika i doga. Kiedy wielkie psisko kładło się na kanapie, mały przychodził i tylko rzucał wściekłym okiem. Dog od razu zwalniał mu miejsce.
A ludziom często się wydaje, że mały piesek oznacza mały kłopot. Małe pinczery i teriery potrafią zamienić życie właściciela w piekło. Taki słodki jack russell, choć niewielki, jest agresywny i dominujący, trzeba doświadczonego hodowcy, żeby mogli ze sobą szczęśliwie mieszkać. - Trzeba znać potrzeby zwierzęcia, jego charakter - mówi Mróz-Gabrysiak i wspomina swoją znajomą, właścicielkę foksteriera, która wyrzucała jej, że w niewielkim mieszkaniu trzyma dwa dogi. - A kiedy przyszłam do niej z wizytą, miałam wrażenie, że nie jeden foksterier biega po mieszkaniu, ale czterdzieści - śmieje się. Jej dogi, po spacerze, jak się uwaliły na podłodze, tak leżały. Ten mały nigdy nie przepuścił okazji, by dać innym znać o sobie.
Teraz mamy do czynienia z ciekawą zmianą pokoleniową. Amstafy i pitbule, do niedawna atrybut dresiarzy, coraz częściej wyprowadzają na spacer ich matki i babcie. - Oni chodzą z yorkami, bo te bardziej podobają się ich kobietom - śmieje się dr Kaniewski.
Nietrafiony wybór pupila, oprócz dyskomfortu, może spowodować prawdziwą tragedię. Pewna właścicielka dwóch suk rasy york terier wzięła, powodowana przypływem współczucia, suczkę tej samej rasy po staruszce, która umarła. I jej maleństwa zagryzły intruza. - To nie zabawki - kwituje hodowczyni, choć ludzie chętnie je tak traktują. I najgorsze, co robią, to traktują zwierzaki jak ludzi. A pies czy kot nie rozumuje jak człowiek. - Kobieta miała sukę, wzięła drugą ze schroniska, w najlepszych zamiarach. I one się potwornie gryzły. Poradziłam, że trzeba oddać nowego lokatora do innego domu, bo inaczej trudno będzie rozwiązać problem - opowiada jedna z lekarek. Ale właścicielka suk nie wierzyła: tak bardzo prosiłam moją sunię, żeby była dobra - wywodziła. - Mam nadzieję, że w końcu zrozumie.
Jeśli właściciel nie zrozumie, będzie tragedia. I takie tragedie przychodzą do gabinetów lekarskich. Otyły pies z cukrzycą, ciągnący brzuch po podłodze, którego pan dokarmia go swoim ludzkim jedzeniem. Bo tak bardzo prosi. Albo suczka z pozawijanymi pazurkami, stanem zapalnym przy łapach, którą do takiego stanu przywiodła głupio pojęta miłość właścicieli. Nie obcinają jej paznokci, bo ona tego nie lubi i w ogóle się boi.
Jesteśmy coraz lepsi, ale...
Jednak kochamy swoje zwierzęta, a one nas. Mogłabym tutaj mnożyć opowieści - np. o tym, jak jeden z napakowanych sterydami panów płakał, kiedy jego yorczka rodziła. Siedział na krześle, łapał się za głowę, kiwał - jak ojciec oczekujący pierwszego dziecka. Albo o tym, jak pewien bezdomny mężczyzna dostał na ulicy ataku padaczki i nie można było mu pomóc, bo broniła go jego suka. On był chudy, ona otyła, bo zawsze dobrze jadła. Jak pewien starszy pan chciał oddać całą rentę, żeby tylko uratować jego równie starego kota. O nałogowym alkoholiku, który choć na czworakach, regularnie się stawiał z psem na obowiązkowe szczepienia. I o młodym, niezamożnym małżeństwie, które zadłużyło się w Providencie, aby ratować szczeniaka chorego na parwowirozę.
Tyle że inni wykorzystują tę naszą miłość i dobre serce. - Coraz więcej pieniędzy dajemy na schroniska dla bezdomnych zwierząt. To piękne. Ale bezdomnych zwierząt zamiast ubywać, przybywa - studzi entuzjazm Dorota Sumińska, która razem z fundacją KARUNA - Ludzie dla Zwierząt prowadzi akcję społeczną mającą doprowadzić do wprowadzenia przepisów umożliwiających powszechną, bezpłatną (finansowaną przez samorządy) kastrację zwierząt. Mają wyliczenia - jak mówi Beata Krupianik, założycielka fundacji - że w ciągu 6-7 lat liczba bezdomnych zwierząt spadłaby o połowę, a gminy zaczęłyby oszczędzać pieniądze. Napotykają mur niechęci. - Bo za tą bezdomnością zwierząt stoi biznes. Całe rodziny żyją z prowadzenia schronisk. Powstają już ich całe sieci, jedna z tych sieci ma hycli w 33 gminach - denerwuje się dr Sumińska. Kiedyś w Dzierżoniowie Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich sfinansowało darmową kastrację - chodzili od drzwi do drzwi i namawiali właścicieli, żeby skorzystali z tej możliwości. Ludzie prowadzący tam dwa schroniska byli nieufni, bali się, że stracą źródło utrzymania. W dwa lata wykastrowano około 3 tys. zwierząt domowych. Efekt: o 90 proc. spadała liczba szczeniaków przywożonych do schronisk, wzrosła za to adopcja starszych psów.
Tajemnicą poliszynela jest to, że w schroniskach rozmnaża się zwierzęta na zarobek. Są też przypadki, że schroniska istnieją tylko na papierze, prowadzone przez hycli, którzy biorą pieniądze za odłowienie psa od gminy, a od razu wywożą go zakopać do lasu. Bycie hyclem to dziś opłacalny interes. Jeden, który podpisał umowę z dwoma gminami podwarszawskimi, otrzymał ryczałtem 550 tys. zł. Może więc odłowić dwa psy, a pieniądze są i tak jego. Beata Krupianik podsumowuje: ze 100 mln zł przeznaczanych na pomoc zwierzętom przez gminy 60 proc. ląduje w kieszeniach chciwych ludzi. Jest dużo pieniędzy, tylko źle wydanych.
Bezdomne zwierzęta to jeden problem. Kolejny to ten, ile pieniędzy płacimy za opiekę nad domowymi pupilami - niepotrzebnie. Kupujemy dla nich gotowe karmy, najróżniejszych rodzajów, kolorów i wzorów. A skutek jest taki, że dziś 90 proc. chorób, na jakie zapadają, ma podłoże żywieniowe. Niektórzy z moich rozmówców twierdzą, że połowa procedur, jakie są zlecane w gabinetach weterynaryjnych, to pic na wodę, chodzi tylko o to, żeby zarobić. Ludzie zresztą sami się tego domagają. Ładują w swoich pupili suplementy, witaminy, a wystarczyłoby je rozsądnie karmić. No ale tam, gdzie w grę wchodzi wielkie uczucie, człowiek zwykł się kierować nie rozumem, lecz sercem.
Weterynarz w gnojówce - czytaj na
@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.00000080a.806.jpg@RY2@
Getty Images
Wieczór, dzwoni komórka lekarza. Telefonuje właścicielka owczarka nizinnego: Panie doktorze, mój pies ma jakiś atak. Nie może ustać na łapach, dziwnie się wije, usiłuje dosięgnąć mordą zadu - relacjonowała. Lekarz pobiegł do samochodu i popędził ratować zwierzę i jego odchodzącą od zmysłów panią. Przyjechał i dostał ataku śmiechu. - Okazało się, że psisku przyczepił się do jąder rzep i dostawało szału - opowiada Joanna Mróz-Gabrysiak z Legionowa
Mira Suchodolska
@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.00000080a.807.jpg@RY2@
O artykule w audycji "Uważam ZET" porozmawiają Damian Michałowski i Michał Korościel. Słuchaj w piątek od godz. 15.00 w Radiu ZET
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu