Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Projekt dziecko

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 33 minuty

Celowi podporządkowujemy wszystko. Jesteśmy gotowi poświęcić nawet dzieciństwo naszych dzieci. Dlaczego chcemy, żeby 10-latek był dorosły?

Kiedy 11-letni Kuba powiedział Ewie po zajęciach karate: "Mamo, to był mój najlepszy trening", była niezwykle dumna. Niemal unosiła się nad ziemią. Bo przecież tyle go namawiała, sporo zainwestowała, podporządkowała plan dnia, więc wreszcie przyszły efekty. Ale coś ją tknęło. Zapytała: "Dlaczego był najlepszy?". "Bo połowę przesiedziałem na ławce za złe zachowanie" - odpowiedział syn. Wtedy ostatecznie uznała, że się pomyliła. I że z "projektu karate" jednak nic nie wyjdzie. A przecież mogła wpaść na to dużo wcześniej. Gdyby tylko bardziej słuchała syna, mniej siebie.

Projekt to słowo-klucz, które tysiące z nas słyszą dzisiaj w swoim korpoświecie. W przestrzeni, którą oswoiliśmy i która wydaje nam się dobra. O ile jednak wśród dorosłych ten wytrych może robić karierę, o tyle przeszczepianie go na grunt relacji rodzic - dziecko, z czym coraz częściej mamy do czynienia, jest zjawiskiem, mówiąc eufemistycznie, niewskazanym.

Psychoanalitycy mogliby zapewne znaleźć setki przyczyn, dla których ten stan rzeczy ma miejsce. Wszystkie niestety dotyczyłyby zakamuflowanych, często ukrytych tak głęboko, że nigdy nie odkrywalnych, problemów w głowach rodziców - głównie 30- i 40-latków, najbardziej narażonych na projektowe pomieszanie zmysłów. Oni w dużej mierze są już pokoleniem straconym. Pełni obaw, frustracji i kompleksów, zestresowani, walczący z rzeczywistością, nigdy do końca nieusatysfakcjonowani. Gorsze jest jednak to, co szykują milionom swoich dzieci, młodym Polakom, którzy za 20-30 lat będą kierować naszym krajem. A właściwie zarządzać "projektem Polska", bo do tego ich dzisiaj popychamy. Na naszą wspólną zgubę.

Byle nie z plebsem

Marika ma 8 lat. Rodzice wykształceni - tata pracuje w reklamie, mama jest sędzią. Mieszkają w odrestaurowanej kamienicy na warszawskim Mokotowie. "Projekt Marika" jest efektywnie zarządzany właściwie już od urodzenia. Najpierw, jeszcze kiedy mama była na urlopie macierzyńskim (na wychowawczy nie poszła, dzieckiem zajmowała się niania), rodzice zdecydowali, że wynajmą córce profesjonalnego trenera terapii behawioralnej, czyli specjalistę, który w noworodku sobie znanymi sposobami będzie próbował zaszczepić mechanizmy dobrych zachowań. Jak? To poufne. W przyszłości zapewne będą jak znalazł. Koszt, bagatela, 250 złotych za godzinę, zajęcia optymalnie 3-4 razy w tygodniu, najlepiej nieprzerwanie przez pół roku, między 6. a 12. miesiącem życia. Efekty? Początkowo niezauważalne, ale tak miało być. Dzisiaj dziewczynka zachowuje się bez zarzutu - jest spokojna, opanowana, wie, że rybę je się specjalnym widelcem, choć tego akurat na terapii behawioralnej raczej jej nie nauczono. Wie też, że dziecięce kreskówki to strata czasu, bo lepiej w tym czasie pograć na fortepianie lub pisać wiersze. Obie te czynności są jej zdaniem szczególnie rozwijające intelektualnie. Można ewentualnie potrenować kaligrafię chińskiego alfabetu, bo tego języka Marika uczy się od 4. roku życia. - Rodzice mówią, że w Chinach drzemie wielki potencjał - powtarza dziewczynka. - Angielski, francuski i hiszpański, którymi już chwilami posługuję się dość płynnie, nie zapewnią pełni sukcesu w dorosłym życiu. Im więcej umiejętności opanuję teraz, tym lepiej - dodaje.

Przypomnijmy, że ma 8 lat.

Kiedy 12 lat temu urodził się Antek, rodzice wiedzieli, że nie będą wysyłać go do szkoły rejonowej ("z plebsem", jak mówią), ale do renomowanej, prywatnej w centrum Krakowa. Mieszkają na peryferiach, w Tyńcu, w posiadłości metrażem przypominającej piłkarskie boisko. Do centrum miasta mają około 10 km. Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ prowadzą duże rodzinne przedsiębiorstwo w branży tworzyw sztucznych, a Antka na lekcje odwozi i odbiera go z nich kierowca-ochroniarz. Chłopiec gra w tenisa (uczy go były mistrz Polski) i piłkę nożną (profesjonalna szkółka), tata wykupił mu miejsce w loży VIP na stadionie krakowskiej Wisły, wakacje też zwykle spędza na sportowo - na obozach tenisowych (10 dni za około 6 tys. zł). Dodatkowo codziennie ma zajęcia językowe, chodził na balet, miał treningi motywacji prowadzone przez psychologów z doktoratami. Pije tylko wodę przepuszczoną przez specjalny filtr ulepszający jej smak i jakość (odpowiednio zbilansowana relacja między anionami i kationami). Koszulki ma szyte na miarę (w polskich sieciówkach zdaniem rodziców kupuje plebs, poza tym uczulają), resztę ubrań rodzice kupują mu głównie w Londynie i Mediolanie. Jak mówią, nie są snobami, tam po prostu ubrania mają lepszą jakość. To wszystko ma zapewnić Antkowi start w dorosłość lepszy niż rówieśników. Katapultę, która wyniesie go na orbitę, by szybko i sprawnie osiągnął wymarzone cele. Wprawdzie złośliwi mogliby stwierdzić, że na orbicie są już jego rodzice, ale kto by ich słuchał.

Laura z kolei nie za bardzo interesuje się medycyną, ale rodzice postanowili, że zbudują wokół niej system, dzięki któremu nasiąknie wiedzą o aortach, mięśniach, kościach i nerwach już wiele lat przed tym, zanim z sukcesem zda na studia medyczne. Bo tam właśnie będzie zdawać, już się z tym pogodziła. Ale aby Laura nie osiadała na laurach, postanowili, że równocześnie z korepetycjami z krzepliwości krwi, struktury przywodziciela czy relacji między lewą komorą i prawym przedsionkiem będą uczyć ją francuskiego, bo medycynę powinna skończyć nie w Warszawie, ale w Paryżu, gdzie mieszka babcia Laury. Nad schematami anatomicznymi dziewczynka spędza od 6 do 10 godzin tygodniowo, nad francuskim drugie tyle. Chciałaby się trochę więcej bawić, szczególnie z koleżankami, ma przecież dopiero 10 lat, ale te koleżanki mają takie dziwne hobby. Czytają książki dla dzieci, bawią się lalkami, mają psy, a przecież psy są źródłem wielu zarazków. W medycynie stwierdzono już dawno, że psia sierść może wywołać dziesiątki reakcji alergicznych. O tym wprawdzie jeszcze się nie uczyła na swoich dodatkowych zajęciach prowadzonych przez wykładowców trzech polskich uczelni medycznych, ale mówili jej rodzice - lekarze. Tata jest chirurgiem, mama reumatologiem.

Przyszłość zaplanowana

Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że brzmi to wszystko trochę jak fragmenty horroru, trochę jak poszarpany sen, po którym budzimy się zlani potem, ciesząc się, że nastał już ranek. Specjaliści rwą włosy z głowy, twierdząc, że chociaż zjawisko pod nazwą "projekt dziecko" nie jest jeszcze dominujące, powoli zatacza coraz szersze kręgi. Miesza w głowach nie tylko rodzicom dobrze sytuowanym, ale również tym, którzy aspirują.

- Rodzice żyją w czymś, co można dzisiaj określać mianem kultury celu. Niemal wszystkie działania, jakie podejmują, mają prowadzić do określonego miejsca. Praca do zarabiania i wznoszenia się na materialne wyżyny, wakacje do odkrycia miejsc, gdzie nie byli nasi znajomi, miłość do osobistego hedonizmu, dzieci do zapewniania nam spokojnej starości - ocenia Izabela Kielczyk, psycholog i terapeuta z Pracowni Psychorozwoju. - Zadaniowość staje się świętą krową naszych czasów, co w praktyce oznacza, że czeka nas era robotów wyposażonych w miękkie tkanki. My już takimi robotami w środowisku korporacyjnym bywamy, niestety do takiej roli przygotowujemy również nasze dzieci. To droga wprost nad przepaść.

Jak niedawno ustalił Instytut Badań Edukacyjnych, rodzice bardzo wcześnie zaczynają planować przyszłość swoim dzieciom. Dość często nie biorąc pod uwagę ich naturalnych predyspozycji. Tak było na przykład z 6-letnim Kacprem, którego tata, menedżer w firmie budowlanej we Wrocławiu i niespełniony solista operowy, siłą ciągał na lekcje śpiewu. Kacper przeżywał katusze, bo wstydził się publicznych występów w sposób zupełnie niemożliwy do opanowania. A do tego zwyczajnie nie miał głosu. Męczarnie przerwała kilkudniowa histeria chłopca, kiedy dowiedział się, że tata chce go wysłać do szkoły muzycznej. Spazmy zakończyły się sesją zajęć pod kierunkiem psychoterapeuty. Skończyły się złudzenia i chore ambicje.

Nie zmienia to faktu, że ponad 25 proc. rodziców dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej nie ma wątpliwości, że optymalnym wyborem dla ich potomka będzie zawód medyczny - przede wszystkim lekarz, ewentualnie dentysta. Niemal 18 proc. wskazuje zawody lub stanowiska wymagające kwalifikacji (ekonomiści, prawnicy, zajęcia twórcze, dyrektorzy). Tylko o 2 pkt proc. niższym zainteresowaniem cieszą się zawody, w których potrzebna jest wiedza ścisła - inżynierowie, architekci, projektanci, informatycy (programiści). Co dziesiąty rodzic 10-latka widziałby go w szkole także po studiach - na stanowisku nauczyciela. Jedynie 11 proc. rodziców, którzy z decydowaniem, co dobre, a co złe dla ich dziecka z punktu widzenia kariery, chce czekać na indywidualne decyzje samego zainteresowanego. Pozostawienie dziecku wolnego wyboru w żadnej grupie rodziców (typowanych na podstawie wykształcenia) nie przekracza 20 proc. Najwyższa tolerancja dla potrzeb dzieci funkcjonuje wśród osób z wyższym wykształceniem (18,5 proc.), najniższa wśród wyedukowanych jedynie podstawowo (5,3 proc.). - Dzieci są przeciążone obowiązkami, co jest zaprzeczeniem dzieciństwa jako czasu ogólnej beztroski - ocenia Wojciech Imielski, psychoterapeuta, autor strategii rozwoju osobistego. - A dorośli, przysposabiając najmłodszych do wyścigu szczurów, przekształcają uczciwą rywalizację w jej karykaturę.

Dr Paweł Fortuna, psycholog z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, zwraca uwagę, że cel, który stał się fetyszem dorosłych, bardzo często, nawet w sposób podświadomy, jest przenoszony na ich dzieci. Przez to dzieci, szczególnie najmłodsze, bardzo często uważają, że jeśli będą w czymś lepsze od rówieśników, zajmą pierwsze miejsca w jakichś rankingach, zasłużą na miłość rodziców.

- Tymczasem to nie cel powinien być najważniejszy, ale droga do tego celu - tłumaczy przewrotnie dr Paweł Fortuna. - A zatem gdy dziecko przychodzi do nas, by zapytać, czy podoba nam się rysunek, który zrobiło, powinniśmy raczej je zapytać, jak mu się rysowało. Czyli czy droga była przyjemna. Bo jeśli była, osiągniemy każdy efekt. Wcześniej lub później, ale z sukcesem. Nawet jeśli na pewnym etapie pojawi się porażka - co jest powszechne - będzie jedynie mobilizować, a nie paraliżować. Pozwoli zdać sobie sprawę, że na coś jeszcze za wcześnie, ale przyjdzie taki czas, że się uda - tłumaczy ekspert.

W jego opinii konieczna jest akceptacja rzeczy oczywistej - tego, że dzieci to nie tresowane szczury, jak chcieliby je postrzegać niektórzy rodzice. Przyczyną takich zachowań dorosłych jest przede wszystkim lęk przed tym, że ich dzieci nie zostaną przez nich wyposażone w umiejętności, które pozwolą im, gdy już dorosną, sprawnie funkcjonować w społeczeństwie.

- To błąd, bo powinniśmy wychowywać dzieci nie do adaptacji ze światem, ale do jego zmiany. Lepiej myśleć, że choć nam, tak jak wielu pokoleniom przed nami, zmiana świata się nie udała, to nasze dzieci mają większą szansę. I tak je przygotować, by mimo porażek się nie poddawały w drodze do tego celu - sugeruje dr Fortuna.

Na wysokich obrotach

Polskiemu tempu życia dorosłych i dzieci oraz pochodnej tego stanu, czyli totalnej celowości działań, sprzyja specyfika czasów, w których żyjemy. Teoretycznie dziki kapitalizm, z którym mieliśmy do czynienia w latach 90. (szczególnie na początku), wyewoluował, stając się bez porównania bardziej cywilizowany, ale wciąż zostawia na nas wiele pułapek. Ulegamy im, bo nasze materialne potrzeby wciąż przekraczają nasze realne możliwości. A pokus jest zbyt wiele.

Interaktywny Instytut Badań Rynkowych przeprowadził pod koniec ub.r. badanie, w którym niemal 60 proc. ankietowanych stwierdziło, że ich życie toczy się za szybko. To tempo najbardziej dotyka osób w wieku 35-50 lat, czyli takich, które w wielu przypadkach mają dzieci w wieku szkolnym. Wiek badanych uprawnia ich do snucia długofalowych planów majątkowych, ale aby je zrealizować, muszą stale utrzymywać podwyższoną wydajność i mobilizować się do działania na wysokich obrotach. To po pewnym czasie wywołuje problemy - zdrowotne i psychiczne.

Na Zachodzie ten problem miał miejsce w latach 70., kiedy większość społeczeństw nie była jeszcze statystycznie tak zamożna jak obecnie. Dzisiaj życie typu fast w wielu miejscach zastępowane jest strategią slow. Dotyczy to zarówno projektowania karier przez młodych i kontynuowania ich przez starszych pracowników, jak i stylu wychowywania dzieci.

W USA i Wielkiej Brytanii popularne stało się pojęcie "careerbreak", czyli przerwa w pracy - kilkumiesięczna, a w sprzyjających okolicznościach nawet kilkuletnia, którą poświęca się zwykle na odpoczynek i rozwój osobisty. Zapracowani wcześniej menedżerowie podróżują w tym czasie do Indii, chodzą na jogę i uprawiają nornic walking. Hodują ryby akwariowe, uprawiają ziemię, grają w amatorskich teatrach. Oczywiście aby pozwolić sobie na taki luksus, trzeba wyposażyć się wcześniej w odpowiednie zaplecze finansowe.

W Polsce "przerwa w karierze" funkcjonuje jako pojęcie głównie teoretyczne w specjalistycznej literaturze, a jeśli już stosowane w praktyce, to raczej jako skutek konkretnych sytuacji dotykających, i to w niekoniecznie przyjemny sposób, menedżerów. "Careerbreak" mają najczęściej wtedy, gdy zwolnieni z jednej intratnej posady szukają kolejnej.

Zwrot z inwestycji

Prof. Beata Maria Nowak z Wyższej Szkoły Nauk Społecznych Pedagogium w Warszawie stawia sprawę relacji rodzic - dziecko bezkompromisowo i jasno. W ostrych, merkantylnych ramach. Jej zdaniem projektowe traktowanie dzieci bierze się w dużej mierze z egoizmu dorosłych.

- Rozpatrując cele rodziców przyświecające projektowaniu przyszłości dziecka w kontekście zaspokojenia fundamentalnej potrzeby bezpieczeństwa człowieka, trzeba pamiętać, że dzieci stanowią dla rodziców swoistą polisę na bezpieczną starość - przekonuje prof. Nowak. - Wychowanie więc jawi się im jako proces formułowania warunków dla kształtu tej polisy. Bywa jednak i tak, że czynią to nie z myślą o optymalnych rozwiązaniach dla dziecka, tylko dla siebie, traktując je jako drogę do zabezpieczenia jesieni życia. W takim ujęciu zachowania rodziców, stawiane przez nich cele oraz stosowane metody wychowania składają się na obraz tego, co w całokształcie można by nazwać raczej tresurą niż wychowaniem. W takich przypadkach rodzice konstruują hierarchię celów życiowych dziecka w sposób skrajnie arbitralny, a nawet autorytarny, dość często w oparciu o własne życiowe pragnienia i doświadczenia - dodaje wykładowczyni WSNS.

Zdaniem Izabeli Kielczyk dzieciństwo nie może polegać na celowości. Jeśli chodzi w nim o to, by osiągać określone, wyspecjalizowane dążenia, to jest to już dorosłość. Nie wolno też nam, dorosłym, uważać, że jeśli dzieci nie robią nic, to marnują czas. Nawet jeśli w naszym dojrzałym rozumieniu tak jest, to z ich punktu widzenia i biorąc pod uwagę stopień ich rozwoju, przepuszczanie dnia przez palce od czasu do czasu nie jest niczym złym. Przeciwnie, pozwala efektywnie odpocząć, naładować się energią i ruszyć do nowych zadań. Grunt, by poprzeczka wisiała na dobrej wysokości, by była w zasięgu. Wieszanie jej za wysoko może spowodować, że wychowanie stanie się mission impossible.

Największa pułapka, jaka czyha na rodziców zarządzających swoimi dziećmi, to niepowodzenie projektu. Co zrobią, gdy ilość ulokowanych środków i czasu nie przeniesie odpowiedniego zwrotu z inwestycji? Uznają się za złych zarządzających? Czy dojdą do wniosku, że materiał do zarządzania okazał się felerny?

Powinniśmy wychowywać dzieci nie do adaptacji ze światem, ale do jego zmiany. Lepiej myśleć, że choć nam, tak jak wielu pokoleniom przed nami, zmiana świata się nie udała, to nasze dzieci mają większą szansę. I tak je przygotować, by mimo porażek nie poddawały się w drodze do tego celu

@RY1@i02/2014/071/i02.2014.071.00000020a.101.jpg@RY2@

Getty Images

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.