Likwidacja prostytucji? Pobożne życzenie
Jeżeli kobiety mogłyby się rejestrować, zrzeszać, dawałoby to im jakąś gwarancję obrony i opierania się zewnętrznym naciskom. Ale skali zjawiska w ten sposób radykalnie nie ograniczymy. Bo popyt kształtuje podaż
Z Andrzejem Karpińskim rozmawia Ewa Ivanova
historyk, Wydział Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego
Nad Sekwaną nie milkną spory na temat sensu wprowadzenia ustawy, która przewiduje surowe karanie klientów prostytutek. Francja może się stać kolejnym europejskim krajem - po Szwecji, Norwegii i Islandii - który będzie walczył z nierządem w taki sposób. To słuszny kierunek?
Wątpię. Praktycznie wszystkie metody walki z prostytucją były już w historii próbowane. Ten pomysł także nie jest nowy, bo próby karania klientów prostytutek pojawiły się w Austrii w XVIII wieku. Zawdzięczamy je cesarzowej Marii Teresie. Z tym że w krajach habsburskich wymyślono inną, bardziej dotkliwą sankcję: mężczyzna przyłapany z prostytutką musiał się z nią ożenić.
To dopiero kara! Zadziałała?
Poważna sankcja, uderzająca w prestiż mężczyzny. Ale też nie przyniosła rezultatu.
Próby karania za prostytucję to ślepa uliczka?
Wprowadzanie zakazów - i karanie - samych prostytutek albo ich klientów nigdy nie przyniosło wielkich efektów. Metoda prohibicyjna po prostu się nie sprawdza. A koncepcja, by karać klientów, jest jedną z form podejścia prohibicyjnego. Obawiam się, że nie osiągnie to spodziewanego efektu, a zamiast tego rozwinie się swoiste podziemie żerujące na płatnym nierządzie. Zjawisko wymknie się jeszcze bardziej spod jakiejkolwiek kontroli.
Ale nawet Parlament Europejski chce karania klientów prostytutek. W ubiegłym tygodniu w niewiążącej rezolucji uznał, że sposobem na ograniczenie prostytucji oraz handlu kobietami i dziewczętami jest właśnie model nordycki, czyli karanie płacących za seks. Taka sankcja nie zmniejsza popytu na usługi seksualne? Nie działa odstraszająco?
W moim przekonaniu raczej nie. Oczywiście może wycofać się trochę klienteli, ale raczej tej przyzwoitszej, potencjalni dewianci seksualni pozostaną.
W Norwegii trwa w tej sprawie spór. Słychać głosy, że karanie klientów, które wprowadzono w 2009 r., okazało się nieskuteczne. W 2012 r. powstał znany raport "Niebezpieczne związki" opracowany przez centrum pomocy prostytutkom. Jego autorzy twierdzą, że w efekcie zmian usługi seksualne zeszły do podziemia, a prostytutki są bardziej narażone na przemoc ze strony klientów niż przed 2009 r. Konkluzja jest taka: penalizacja klientów uderzyła w same prostytutki. To możliwe?
To bardzo prawdopodobny skutek. Założenie, że karaniem wyeliminuje się znaczną część klientów usług seksualnych, jest mało realne. Zawsze jakaś część populacji będzie nastawiona na takie przeżycia, które może znaleźć tylko na ulicy. Paradoks polega na tym, że penalizacja może mieć wręcz odwrotny skutek. I jeszcze raz trzeba to powtórzyć: odstraszy się od korzystania z usług seksualnych przeciętnych klientów, tych, którzy są normalni. Natomiast ci z zaburzeniami, niebezpieczni, dopuszczający się przemocy - pozostaną. Bo są gotowi więcej zaryzykować.
Ale Szwecja, która jako pierwsza wprowadziła zakaz korzystania z usług prostytutek w 1999 r., chwali się w rządowych raportach, że penalizacja prostytucji przyczyniła się do zwalczenia tego zjawiska. Ograniczyła też handel ludźmi. Za korzystanie z usług prostytutek grozi tam grzywna lub sześć miesięcy więzienia.
Pytanie, czy takie badania są wiarygodne. Jak mówił Mark Twain, są kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki.
Szwedzi mówią tak: "gdy w latach 70. wprowadzaliśmy prawo zabraniające wymierzania dzieciom kar cielesnych, także przez rodziców, wszyscy się z nas śmiali. Teraz cały świat nas naśladuje. Z ustawą przewidującą kary dla klientów prostytutek będzie podobnie". I co pan na to?
Albo Szwecja jest wyjątkiem, albo zmiany zaszły tylko na papierze. Na ulicy może być mniej prostytutek, może mniej jest domów publicznych. Ale jestem ciekaw, czy przypadkiem nie rozkwitła w tym kraju turystyka seksualna. I jak wygląda przestępczość seksualna w internecie.
Nie da się wyeliminować prostytucji?
To raczej pobożne życzenia. Ze zjawiskiem można walczyć, ograniczać, kontrolować, ale nie wyeliminować. Twórcy marksizmu uważali, że prostytucja pojawiła się wtedy, kiedy zaczął się faktyczny wyzysk człowieka przez człowieka. Formalnie prostytucji nie powinno więc być jedynie w państwach socjalistycznych. Ale wiemy, że rzeczywistość była zupełnie inna. W okresie powojennym mieliśmy w Polsce gigantyczny wzrost liczby kobiet prostytuujących się, najniższa ich kategoria, tzw. gruzinki, świadczyły usługi na gruzach miasta. Statystyczne wzrosty prostytucji to zwykle efekt deprawacji czasów wojny, alkoholizmu i nędzy.
Prostytucja to naprawdę najstarszy proceder świata?
Coś w tym stwierdzeniu jest. Mamy dokumenty źródłowe sprzed kilku tysięcy lat potwierdzające występowanie tego zjawiska. Nie istniała ani jedna cywilizacja starożytnego Wschodu, gdzie nie byłoby prostytucji. Wcześniejsza była tzw. prostytucja świątynna uprawiana m.in. przez kapłanki niektórych bogiń (m.in. fenickiej Astarte), późniejsza - świecka. Jej prawdziwy rozkwit nastąpił w momencie, kiedy powstała patriarchalna rodzina, oparta na kulcie dziewictwa i nierównoprawnym traktowaniu kobiet i mężczyzn.
Kiedyś Arthur Schopenhauer powiedział, że prostytutki to ludzkie ofiary złożone na ołtarzu monogamii.
W pewnym sensie to prawda. Patriarchalny i monogamiczny model rodziny niewątpliwie przyczynił się do rozwoju prostytucji.
Chrześcijaństwo także?
Rola chrześcijaństwa jest trochę inna. Z jednej strony przejęło ono z judaizmu restrykcyjne podejście do nierządu i od zawsze przywiązywało dużą wagę do karania łamania szóstego przekazania, z drugiej zaś od początku dawało kobietom upadłym możliwość poprawy. Symbolem tego może być Maria Magdalena - grzesznica, która nawróciła się na drogę cnoty. Tego nie było np. w starożytnym Rzymie, gdzie kobieta trudniąca się płatną miłością nigdy nie mogła już wrócić do środowiska uczciwych kobiet.
Cudzołóstwo było gorzej traktowane niż prostytucja, prawda?
Św. Tomasz z Akwinu tłumaczył, że cudzołóstwo czy bigamia są gorsze niż nierząd. Uznawał też, że prostytucja jest w pewnym sensie nawet potrzebna, bo spełnia rolę "swoistej toalety w domostwie" - może brzydko pachnie, ale bez niej cały dom pachniałby jeszcze gorzej. Pod koniec XIV w., kiedy w Krakowie funkcjonowały trzy legalne domy publiczne, władze miasta zapytały dominikanina Jana Falkenberga, co jest lepsze - prostytucja czy cudzołóstwo? Duchowny uznał, że prostytucja jest mniejszym grzechem, bo nie jest złamaniem sakramentu małżeństwa. Poza tym prostytutka może zawsze nawrócić się i wejść na drogę poprawy. Dlatego w średniowiecznych miastach prostytucja nie była zakazana. Kobiety publiczne świadczyły usługi oficjalnie, a nawet niekiedy posiadały własne korporacje zawodowe. Władze pozwalały na prowadzenie domów publicznych, zaś dochody z prostytucji zasilały kasę miejską. Prawo restrykcyjnie podchodziło tylko do nielegalnego, pokątnego nierządu. Uprawiające ten proceder kobiety niekiedy chłostano i wyganiano. Prostytucji sprzyjały w tym czasie także wojny i pielgrzymki. Nie jest tajemnicą, że za oddziałami wojsk podążały zawsze rzesze wędrownych cór Koryntu. W tych czasach powstawały też pierwsze ośrodki dla pokutujących nierządnic.
Czy za cudzołóstwo jeszcze w XVI i XVII wieku w Rzeczpospolitej tracono ludzi?
Prawo magdeburskie i chełmińskie przewidywało nawet karę śmierci za cudzołóstwo. Z tym że odmiennie podchodzono do cudzołóstwa kobiet, a odmiennie do prowadzenia się mężczyzn. Niewiastę można było ukarać już za to, że uśmiechała się do nieznajomych lub tańczyła w karczmie bez zgody męża. Natomiast mężczyzna mógł być oskarżony o cudzołóstwo praktycznie dopiero wtedy, gdy złapano go na gorącym uczynku lub odmówił usunięcia z domu konkubiny. Jeśli złapał swoją żonę z kochankiem, mógł nawet bezkarnie ją uśmiercić. Dotkliwiej karano oczywiście przedstawicieli niższych grup społecznych, a na surowe wyroki, ze śmiercią włącznie, skazywano częściej kobiety.
Wiele w podejściu do prostytucji zmieniła reformacja.
Liderzy protestanccy zdecydowanie opowiedzieli się za tępieniem nierządu. W ślad za nimi poszedł także sobór trydencki, który zaostrzył stanowisko Kościoła katolickiego wobec nierządu. Ale to bardzo rygorystyczne stanowisko wiązało się także z groźną epidemią kiły z końca XV i początków XVI w. Choroba ta, według jednej z teorii przeniesiona do Europy z Ameryki, pokazała, że nie ma grupy zawodowej czy społecznej, z której nie rekrutowaliby się klienci prostytutek. Od żebraków i wyrobników, przez kupców, szlachciców i duchownych, aż po koronowane głowy. Ludzie szybko zdali sobie sprawę z tego, w jaki sposób roznoszą się choroby weneryczne, oraz z faktu, że to prostytutki są ich roznosicielkami. Zaczęło się więc zamykanie domów publicznych i walka z pokątnym nierządem. Kiedy jednak pojawia się bardziej rygorystyczna, prohibicyjna polityka wobec legalnej prostytucji, płatny nierząd schodzi do podziemia. Poza tym wiele zamtuzów jednak pozostawiono, bo miasta czerpały z nich spore dochody. Bardzo podniesiono też wtedy podatki: córy Koryntu miały płacić w skali rocznej więcej niż np. właściciele wsi. Prostytucja w XVI-XVII w. była w Rzeczypospolitej dopuszczalna jedynie w tzw. rycerskich domach - miejskich lupanarach nadzorowanych zwykle przez kata lub jego żonę (niekiedy dawną prostytutkę). Dopiero oświecenie przyniosło pewną liberalizację.
Wręcz libertynizm chyba.
Tak, wzorce płynęły z Francji. Prostytucja kwitła. My mamy z tego okresu unikatowe, obsceniczne źródło - przewodniki warszawskie z ok. 1779 r., które przenoszą czytelnika w podróż po ówczesnych domach publicznych stolicy. Przykład szedł wtedy z góry, a władcy, podobnie jak w XVI-XVII w., otwarcie otaczali się metresami. Jeden z książąt niemieckich miał podobno ok. 160. Oczywiście najwyższa kategoria prostytutek: utrzymanki, znajdowała się w zupełnie innej sytuacji niż zwykłe kobiety trudniące się pokątnym czy ulicznym nierządem. Ale panowało ogólne przyzwolenie na tego rodzaju uciechy.
Na czym polega reglamentacyjne podejście do prostytucji?
To pomysł z końca XVIII i z XIX w. Polega on na stworzeniu sieci legalnych domów publicznych, znajdujących się pod kontrolą policji, państwa i lekarzy. Zgodnie z tym podejściem legalizowano pewien segment rynku płatnej miłości i poddawano go nadzorowi, natomiast wszystkie pozostałe kobiety, które oddawały się prostytucji nielegalnie, czyli poza zorganizowanymi domami publicznymi, poddawano restrykcjom i represjom.
A skala zjawiska była olbrzymia. Szacuje się, że w okresie rządów w Austrii Klemensa Metternicha w pierwszej połowie XIX w. w Wiedniu pracowało co najmniej 20 tys. zarejestrowanych prostytutek, zaś w Paryżu, w drugiej połowie tegoż stulecia - aż 50 tys. Pod koniec XIX w. prostytutki próbowały nawet zakładać korporacje zawodowe.
Reglamentacja miała sens?
Na pewno ograniczyła pokątną prostytucję. Właściciele domów publicznych byli zobowiązani przynajmniej raz na jakiś czas poddać swoje pracownice kontroli lekarskiej. Pierwsze informacje o rejestrowaniu prostytutek pojawiają się np. w Rzeczypospolitej pod koniec XVII w., ale na poważnie zabrano się do tego w zasadzie w XIX w. Historyk medycyny Franciszek Giedroyć napisał w 1892 r. rozprawę pt. "Prostytutki jako źródło chorób wenerycznych". Wykazał w niej, że do trzeciego roku zawodowego wykonywania tego procederu praktycznie wszystkie prostytutki były chore wenerycznie na kiłę, rzeżączkę lub wrzód miękki, a niekiedy na parę tych chorób jednocześnie. W XIX w. istniały jednak pewne możliwości medyczne zaleczenia (a nie wyleczenia) nawet syfilisu. Z tym że gros podleczonych prostytutek wracała do zawodu.
W efekcie prawie cały garnizon rosyjski w Warszawie był zarażony.
Żartowano, że to swoisty akt patriotyzmu. Pamiętajmy, że duże grupy samotnych mężczyzn (a tacy byli żołnierze) od zawsze stanowiły stałą i pewną klientelę publicznych dziewek.
A zupełna legalizacja prostytucji nie załatwiłaby problemu? Czy nie należy oficjalnie opodatkować takich dochodów i wprowadzić możliwości zatrudniania się do takiej pracy? Niedawno tą ścieżką poszły Czechy. Tak jest też w Niemczech, Austrii, Szwajcarii. W Holandii prostytutki mają związki zawodowe. Może to lepszy model niż nordycki?
To trzecia możliwość - obok prohibicji i reglamentacji - mamy także abolicję. Ale zawsze budziła ona skrajne emocje. Zwłaszcza opodatkowanie usług seksualnych. Pojawiały się pytania, czy to jest moralne. Andrzej Frycz Modrzewski, Szymon Starowolski oraz inni myśliciele i moraliści XVI i XVII w. ubolewali nad tym zjawiskiem, wychodząc z założenia, że nie można w ten sposób korzystać z cudzej krzywdy.
Przy podejściu abolicyjnym kwestia przymusu zostałaby w pewnym stopniu usunięta.
Jeżeli kobiety mogłyby się rejestrować, zrzeszać, dawałoby to im jakąś gwarancję obrony i opierania się zewnętrznym naciskom. Ale skali zjawiska w ten sposób radykalnie nie ograniczymy. Bo popyt kształtuje podaż. Nie przeskoczymy tego, że są ogromne różnice ekonomiczne na świecie, że ubóstwo popycha ludzi do handlu własnymi dziećmi. Jednymi z najsilniejszych elementów prostytuowania się są złe położenie ekonomiczne i nędza.
A jakie były sposoby wyjścia z prostytucji ? I czy było to częste?
Abstrahując od nawróconych przez np. magdalenki prostytutek, jedyną potwierdzoną źródłowo metodą wyrwania się z tego środowiska było korzystne zamążpójście. Zdarzało się, że nawet przedstawiciele szlachty żenili się z prostytutkami. Ale to były wyjątki. Szansą na awans w lokalnym półświatku było raczej związanie się z sutenerem, katem czy właścicielem meliny.
Czy zgodzi się pan z tym, że przez wieki skupiano się jednak bardziej na karaniu organizatorów nierządu niż prostytutek i ich klientów?
Prawo zawsze surowo podchodziło do organizatorów nierządu. Kiedyś stręczycieli i sutenerów nazywano u nas zwodnicami i zwodnikami. W czasach staropolskich groziła za ten proceder kara śmierci. Ale w praktyce mało kogo spotykała taka sankcja. Ale warto też zauważyć, że środowiska związane z nierządem były dość mobilne, i to prostytutki musiały chodzić za klientami, a nie odwrotnie. Kobiety wożono zatem po targach, jarmarkach, na sejmiki czy trybunały. Mieliśmy nawet objazdowe domy publiczne, potwierdzone źródłowo m.in. dla XVII-wiecznego Lublina. W Polsce - w przeciwieństwie do Francji czy Anglii - nie było za to aż do końca XVIII w. dzielnic uciech. Nasze miasta były zbyt małe, by na płatne usługi seksualne istniał stały popyt. A to, co zrozumiałe, utrudniało ściganie organizatorów nierządu, wśród których było wielu paserów i meliniarzy.
@RY1@i02/2014/046/i02.2014.046.000001600.802.jpg@RY2@
CORBIS/FOTOCHANNELS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu