Dwukadencyjność wójtów to dobre rozwiązanie
Stefan Płażek: Zniesienie obecnych limitów doprowadziłoby do zabetonowania lokalnych scen politycznych
Nie. Trzeba jednak zaznaczyć, że sprawa jest bardzo złożona. Osobiście byłem orędownikiem dwukadencyjności. Wielokrotnie podkreślałem taką potrzebę w swoich publikacjach. Mogę powiedzieć wprost, że jestem ojcem takiego rozwiązania i nadal tego ojcostwa się nie wypieram. Oczywiste jest jednak, że dwukadencyjność krzywdzi dobrych gospodarzy. Jako przykład można tu wskazać zmarłego już Tadeusza Ferenca, który przez niemal dwie dekady zbudował w pojedynkę pięknie działające i rozwijające się miasto Rzeszów. Do tego oczywiście potrzebował kilku kadencji. Niestety tacy włodarze są w mniejszości. Właściwie Ferenc i kropka. Być może krzywdzę taką opinią innych włodarzy, którzy też się angażują w swoją pracę, ale ja ich osobiście nie znam. O wiele więcej jest sytuacji, w których wójt, burmistrz lub prezydent miasta są złymi samorządowcami. Takie osoby dzięki wielokadencyjności skupiają się głównie na rozwijaniu swoich układów – przez urzędników i ich rodziny. Tak się działo przez lata w Krakowie, gdzie poprzedni włodarz przez wiele kadencji wychował sobie wiernych wyborców. Dwukadencyjność temu zapobiega. Dlatego uważam, że rezygnacja z obecnych rozwiązań doprowadziłaby do zabetonowania lokalnych scen politycznych. Z dwukadencyjności można byłoby zrezygnować tylko wtedy, gdyby pojawiły się przepisy, które skutecznie blokowałyby wykorzystywanie funkcji lokalnych włodarzy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.