Słowa pachnące starą szafą
Wsparcie dla 10-letniej dziewczynki zruganej przez Jarosława Kaczyńskiego nosiło znamiona zaślepienia oderwanego od zwykłej moralności dnia codziennego. Jakbyśmy zapomnieli o dorobku pedagogiki, jakbyśmy nagle uznali, że na ołtarzu walki z prezesem wolno bajdurzyć, nie przejmując się dobrem dziecka – które przecież zostało wmanewrowane przez świat dorosłych w rolę małej dorosłej.
Kaczyński, przyznajmy to, trafnie to ocenił, chociaż, ubrał tę intuicję w słowa, jak to się mówi dzisiaj, dziaderskie. Kultura oburzania się, najlepiej w stadzie, „bo ktoś coś powiedział”, jest mi obrzydliwa. Nie oburzam się zatem na tych, którzy w dobrej wierze wypowiedzieli słowa pochopne, ale panie i panowie, kto jeszcze nie uderzył się w pierś, to niech chytrze nie czeka, aż sprawa przyschnie. Bo w drobnych gestach powstaje przyszłość; jak mawia klasyk, lawina od tego bieg swój zmienia, po jakich toczy się kamieniach.
Nie kopmy dołków pod cywilizacją, w której przyszło nam żyć. Zwłaszcza że w tej cywilizacji możliwości państwa wzrastają skokowo, co chwila. Państwo, któremu zabierzemy uprawnienia, prawdopodobnie odda większość z nich nie jakimś wyimaginowanym „nam”, lecz ponadnarodowym koncernom, a okazjonalnie obcym służbom – i chyba nie zawsze będziemy się z tego cieszyć. Poza donkiszotami anarchizmu i anarchokapitalizmu brak chętnych, by uprawnienia państwa jakoś fundamentalnie zmniejszyć. Nie brak natomiast tęskniących do władzy jeszcze skuteczniejszej. Mają te marzenia sens: segregacja śmieci mogłaby być dużo bardziej realna, prawda? Odra, cyklicznie podbarwiająca nasze ekopaństwo z kartonu, wróciłaby do pełnego życia, gdyby tylko... etc.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.