Parytet skłócił kobiety
Pomoc kobietom w walce o miejsce w parlamencie jest niezgodna z konstytucją i zagraża demokracji - twierdzą zwolenniczki obecnej ordynacji wyborczej
Parytety są dla nas upokarzające - twierdzą przeciwniczki ustawowego zagwarantowania kobietom połowy miejsc na listach wyborczych. Kobiety napisały list protestacyjny w tej sprawie i zdołały już pod nim zebrać kilkaset podpisów, w tym tak prominentnych Polek jak prof. Jadwiga Staniszkis, dr Barbara Fedyszak-Radziejowska z PAN i dziennikarka Maria Przełomiec. - Nie po to walczyliśmy o demokrację, by teraz wprowadzać sztuczne rozwiązania - mówi Bogusława Radziwon, dyrektor wydawnictwa Trio, założycielka strony internetowej Parytety.pl, na której opublikowano protest przeciwko inicjatywie Kongresu Kobiet. Ten złożył w Sejmie projekt ustawy o parytetach.
Kobiety używają mocnych słów. "Zdecydowanie sprzeciwiamy się wprowadzaniu parytetów dotyczących 50 procent udziału kobiet w parlamencie, rządzie, nauce. Takie rozwiązanie zamiast promować kobiety, sugeruje, że nie są one na tyle zdolne i przedsiębiorcze, aby samodzielnie, bez dodatkowego wsparcia osiągać sukces - piszą sygnatariuszki listu. - Ten system bardzo szybko doprowadzi do sytuacji, w której promowane będą osoby nie tyle wybitne, ile statystycznie przydatne w procentowym reprezentowaniu określonej płci. Jest to de facto niezgodne z Konstytucją RP, gdzie kobiety i mężczyźni powinni mieć równe prawa, a nie identyczną liczbę krzeseł" - przekonują.
Kobiety protestują też przeciwko przedstawianiu Polski jako kraju, w którym dyskryminowane są kobiety, gdyż - jak twierdzą - nie odpowiada to prawdzie. Swój list otwarty kończą stanowczym stwierdzeniem: "W kwestii parytetów naszej zgody nie ma!". - Parytety są krzywdzące dla tych wszystkich mądrych kobiet, które zajmują wysokie stanowiska. Jeśli w Polsce obowiązywałyby parytety, od razu wszyscy by mówili: "No, tak w sumie to ona jest idiotką, ale jako że są parytety, pełni funkcję kierowniczą" - mówi Maria Przełomiec.
Ta argumentacja nie trafia do Polek, które poparły ideę parytetów. - Bardzo mnie martwią przejawy kobiecej niesolidarności, takie jak portal Parytety.pl. Sławek Sierakowski nazwał kiedyś takie kobiety "łamistrajkami" - komentuje jedna z najbardziej znanych polskich feministek Kazimiera Szczuka. I ostro dodaje: - Widać, że te panie zaniepokoiły się naszą propozycją zwiększenia udziału kobiet w sferze publicznej, bo budowały swoje poczucie wartości na tym, że czuły się rodzynkami, nie widząc na równorzędnych stanowiskach zbyt wielu kobiet.
Z kolei szefowa Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny Wanda Nowicka podkreśla, że list otwarty przeciwniczek parytetu wprowadza opinię publiczną w błąd. - Przecież projekt ustawy nie zakłada przyznania kobietom połowy miejsc w parlamencie, a jedynie na listach wyborczych! Widać wyraźnie, że nasze oponentki nie dyskutują z naszą propozycją, ale z jakimiś swoimi wyobrażeniami - mówi Nowicka. Mocno oburza ją sformułowanie, iż w Polsce nie ma dyskryminacji kobiet. I przypomina, że według oficjalnych danych Polki zarabiają mniej od mężczyzn, mimo że są lepiej wykształcone. - W idei parytetów nie chodzi tylko o to, by było równo. Chcemy, by parlament nie zajmował się tylko militariami i przygotowaniami do Euro 2012, ale zabrał się za budowę żłobków i przedszkoli - dodaje Nowicka.
Obywatelski projekt tzw. ustawy parytetowej został złożony w Sejmie tuż przed Bożym Narodzeniem. Podpisało się pod nim 120 tys. osób. Projekt zakłada modyfikację ordynacji wyborczej do Sejmu, Parlamentu Europejskiego oraz rad gmin, powiatów i sejmików, zapewniającą co najmniej 50-procentową obecność kobiet na listach wyborczych. Komitet wyborczy, który nie spełniłby tego wymogu, byłby wykluczany ze startu. Bronisław Komorowski zapowiedział, że ta ustawa trafi pod obrady Sejmu najprawdopodobniej już w lutym.
Czy autorki listu protestacyjnego w tej sprawie zamierzają wysłać go posłom? - Jeszcze nie wiemy. Tak naprawdę chciałyśmy zainteresować sprawą kobiety, a nie oddziaływać na decyzje posłów. Możliwe jednak, że poprosimy parlamentarzystów o spotkanie, by przedstawić im argumenty kobiet, które nie chcą parytetów - zapowiada Radziwon.
Wygląda jednak na to, że na razie są raczej osamotnione. Sondaże wskazują, że zdecydowana większość, 60, a nawet 70 proc. Polaków, popiera ideę wprowadzenia parytetów na listach do parlamentu.
@RY1@i02/2009/254/i02.2009.254.000.002a.001.jpg@RY2@
Piotr Gęsicki
Przeciwko parytetom jest Jadwiga Staniszkis
@RY1@i02/2009/254/i02.2009.254.000.002a.002.jpg@RY2@
Jacek Herok/Newspix.pl
Zmian w ordynacji chce Wanda Nowicka
Proponowane przez Kongres Kobiet rozwiązania funkcjonują w wielu państwach. Ponad 40 krajów zapisało w konstytucjach lub ustawach obowiązek umieszczania kobiet na listach wyborczych, 50 kolejnych pozostawiło tę decyzję partiom. W Unii Europejskiej ustawowe przepisy o parytetach wprowadziły Francja, Belgia, Portugalia, Słowenia i Hiszpania.
Wszędzie tam, gdzie parytety obowiązują, kobiety mają większy udział w polityce niż w krajach, gdzie ich nie ma. Przed wprowadzeniem parytetów w Argentynie kobiet w parlamencie było zaledwie 5 proc., tymczasem w 2003 roku było ich już 34 proc. W Szwecji, gdzie o liczbie kobiet na listach decydują same partie, posłanek jest 47 proc. W państwach z odgórnie narzuconym parytetem - np. Belgii i Hiszpanii - po 36 proc.
Anna Monkos
anna.monkos@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu