Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Lud pozostał bez Trybuny

Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Redakcja Trybuny nie zdążyła pożegnać się z czytelnikami. Została zamknięta nieoczekiwanie, choć od dawna ledwo dyszała. O tym, że gazeta następnego dnia już się nie ukaże, dziennikarze dowiedzieli się po południu 5 grudnia, gdy kończyli pracę. - Nie mamy pieniędzy - powiedział podczas spotkania z zespołem Arkadiusz Ostrowski, szef wydawnictwa Ad Novum. Ale zaraz zapewnił, że są prowadzone rozmowy z inwestorami i w lutym wszyscy wrócą do pracy. W jego słowa uwierzyło niewielu. - Pertraktacje z mitycznymi inwestorami trwają, odkąd pamiętam, niewiele z tego wynikło - mówi anonimowo pracownik Trybuny.

Od tygodnia redakcja przy ulicy Miedzianej w Warszawie stoi pusta. Garstka pracowników, którzy zapełniali liczącą ostatnio zaledwie 12 stron gazetę, odlicza dni zaległego urlopu wypoczynkowego.

Kłopoty finansowe dla tej gazety to żadna nowość, towarzyszyły jej niemal od początku. Do korytarzowych legend przeszły opowieści o tym, jak jeden z redaktorów, próbując zatrzymać komornika, zaprosił go na wódkę i spił, odraczając wszczęcie czynności. W 1994 r. tytuł został kupiony przez spółkę Universal. Pewnego dnia przyszedł do redakcji prezes Dariusz Przywieczerski z paczką smakowych prezerwatyw. - Pieniędzy nie mamy, ale przyniosłem inną niespodziankę - żartował. Większościowe udziały Universal miał wtedy m.in. w produkującej prezerwatywy spółce Unimil.

Ten sam Przywieczerski zażądał głowy jednego z redaktorów od lat związanego z Trybuną, który w redakcji urządził huczne imieniny. Prezes nakrył zespół, gdy ten imprezował w najlepsze. Redaktora wybronił w końcu naczelny. I choć imprez nie zakazano, to od tego czasu dziennikarze częściej spotykali się już w pobliskim barze Groszek, zamiast bawić się przy długim stole. Tak nazywano mebel, przy którym odbywały się codzienne planowania. Nazwę wymyślono dla stołu Trybuny Ludu, przy którym zasiadało nawet kilkadziesiąt osób. W Trybunie stół był długi już tylko z nazwy.

W ciągu ostatnich lat Trybuna staczała się po równi pochyłej - spadała sprzedaż, kurczył się zespół, znikały reklamy i na łeb leciały pensje. Jeszcze na początku 2000 r. wynagrodzenia były porównywalne z tymi, jakie oferowano w innych dziennikach, od tego czasu zmalały ponad dwukrotnie. 80 złotych za kolumnę - tyle przeznaczano na wierszówki w ostatnich miesiącach. W innych gazetach codziennych dziennikarz za podobną pracę może dostać około 700 - 1000 złotych. - Żal serce ściska nad każdą gazetą, która upada. Reaktywacja tytułu nie jest jednak możliwa. Czytelnicy Trybuny to 60-, 70-latkowie, nikt nie przyciągnął do gazety młodszych. Szkoda - mówi Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że następczyni Trybuny Ludu sprzedawała 12 - 15 tys. egzemplarzy. Oficjalnych danych brak. Ostatnie informacje z 2006 r. mówią o mniej więcej 20 tys. egzemplarzy. Trzy lata temu wydawnictwo wycofało się jednak ze Związku Kontroli Dystrybucji Prasy. Powodem były oszczędności, ale wielu komentowało, że redakcja nie chce świecić oczami za każdym razem, gdy ZKDP opublikuje comiesięczny raport. Trybuna zostawałaby w tyle nawet za małymi dziennikami regionalnymi.

- Wiedzieliśmy, że pracujemy na statku, który tonie. Odchodzili kolejni dziennikarze, spadały pensje, na niektóre konferencje po prostu przestaliśmy dostawać zaproszenia. Trybuna przestała się liczyć w publicznej debacie - mówi jeden z wieloletnich dziennikarzy tytułu. W redakcji została garstka, około 30 osób. Niektórzy z przyzwyczajenia, inni z braku innych propozycji, jeszcze inni w oczekiwaniu na emeryturę. Wielu po prostu żal było opuszczać tonący okręt.

Trybuna od dawna była dziwolągiem wśród prasy codziennej. Żadna inna gazeta nie związała się tak wprost z polityką. Pierwszym jej właścicielem była SdPR. - My już pieniędzy nie dawaliśmy, ale kupowaliśmy tam reklamy. To było działanie jak najbardziej słuszne. Służyło zarówno promocji SLD, ale też było potrzebne czytelnikom, bo prezentowało nasze poglądy - mówi Wojciech Olejniczak, szef Sojuszu w latach 2005 - 2008.

W żadnej innej gazecie żadna partia nie miała tak bezpośredniego wpływu nie tylko na to, co się w niej ukazywało, ale także na kierownictwo redakcji. - Kandydaci na redaktorów naczelnych zawsze byli z nami konsultowani - przyznaje były sekretarz generalny SLD Krzysztof Janik. Dariusz Szymczycha kierował tytułem, gdy szefem partii został Aleksander Kwaśniewski. Później, w 2000 r. stanął na czele komitetu wyborczego Kwaśniewskiego i ostatecznie został ministrem w prezydenckiej kancelarii.

Janusz Rolicki usiadł w fotelu naczelnego w 1996 r., pod koniec rządów Włodzimierza Cimoszewicza. - Wybrał mnie szef Universalu, czyli ówczesnego właściciela Trybuny. Byłem mianowany wbrew partii, więc przez rok traktowano mnie jako pełniącego obowiązki - mówi Rolicki. Ale jeden z naszych rozmówców twierdzi, że prawda wyglądała inaczej. Rolickiego wybrał osobiście Miller. Z czasem jednak panowie się pokłócili. - Rolicki chciał robić gazetę skrajnie lewicową, a do tego proponował zbudować wokół niej własną formację. SLD, który płacił za utrzymanie tytułu, nie mógł na to pozwolić. I słusznie, że Rolickiego wtedy odwołano - mówi Miller i zapewnia, że nie maczał w tym rąk. - Ówczesny właściciel zdawał sobie sprawę, że w interesie gazety nie leży powstanie coraz głębszej szczeliny między SLD a redakcją - dodaje. Rolicki widzi to inaczej: - Wszedłem w konflikt z kierownictwem partii, a konkretnie z Millerem, który miał wizję gazety usługowej, partyjnej. Ja uważałem, że potrzebny jest tytuł wyrażający poglądy lewicowe, a partię trzeba traktować jak partnera.

Konflikt między Millerem a Rolickim dobrze oddaje relacje między Trybuną a SLD. Partia mogła karać redaktorów, ale równie dobrze nagradzać. Pupilkiem Millera był Marek Barański, który Trybuną kierował od sierpnia 2004 r. - Najświetniejszy okres Trybuna przeżywała wtedy, kiedy SLD był u szczytu. Wysokie notowania Sojuszu przekładały się na pozycję tytułu. Błędem było pozbycie się Marka Barańskiego, bo on gwarantował taki pazur - mówi Miller.

Ten pazur, a właściwie inną część ciała, Trybuna pokazała na pierwszej stronie we wrześniu 2007 r. Gazeta kierowana przez Barańskiego opublikowała zdjęcie gołych pośladków, a tekst opatrzyła tytułem: "Całujcie mnie w to, gdzie was mam". Była to odpowiedź na informację Dziennika, że działacze LiD, aby odciąć się raz na zawsze od skojarzeń z betonem partyjnym, chcą zamknąć Trybunę, a na jej miejscu stworzyć nowy tytuł. "Zaiste, Trybuna mogłaby się uczyć od Dziennika, jak partyjny biuletyn redagować. Już od pierwszych numerów powiało takim gorącym kaczyzmem, że w porównaniu z nim nasze dusery i karesy z Olejniczakiem, Millerem czy Szmajdzińskim to chłodne pocałunki u cioci na imieninach" - kpił wtedy na łamach Trybuny Miller. Dziś z łezką w oku były premier wspomina tamte czasy i nie ukrywa, że gazeta dużo straciła po zmianie naczelnego. - Brakuje takiej pozytywnej drapieżności - mówi Miller.

Barański murem stał za Millerem, gdy wybuchła afera Rywina. Trybuna lansowała wtedy tezę, że nagranie rozmowy Adama Michnika z producentem filmowym było sfabrykowane, nie było żadnej grupy trzymającej władzę, a afera ujawniona przez Gazetę Wyborczą była tak naprawdę spiskiem przeciwko Millerowi. O szczególnych relacjach między Barańskim a Millerem może świadczyć to, że towarzyszył rządowej ekipie podczas jednej z wizyt w USA. Rzecz o tyle dziwna, że zazwyczaj to dziennikarze uczestniczą w takich wizytach, a nie redaktorzy naczelni.

O szczególnej pozycji Trybuny świadczą też inne drobiazgi, jak choćby ten, że jej dziennikarze mieli wstęp na posiedzenia gremiów SLD, nawet gdy dla mediów drzwi były zamknięte. - Niektórzy redaktorzy naczelni brali udział w różnych dyskusjach partyjnych jako nasi doradcy. Część wczuwała się bardziej w rolę polityka niż dziennikarza. Stąd ich obecność - mówi Janik.

Ambicje wpływania na rzeczywistość niewątpliwie miał Rolicki. Do dziś z dumą powtarza, że to za jego sprawą ponad 100 posłów SLD podpisało się pod listem w sprawie bombardowań Jugosławii do prezydenta USA Billa Clintona. - Zadzwonił do mnie później prezydent Kwaśniewski i spytał z przekąsem: "No i co, Clinton was posłuchał?" - opowiada były naczelny. Według niego to także jego Trybuna wymusiła na rządach przeznaczanie pieniędzy na opiekę nad bezdomnymi. - Za rządów Buzka zimy były srogie, umierali ludzie. I my na pierwszej stronie odnotowywaliśmy liczbę zamarzniętych. Za Buzka zamarzło około 200 osób, za Millera - ponad 300. Rząd dał w sumie 5 mln. Niedużo, ale zawsze coś - podkreśla Rolicki.

Czasem gazeta wyręczała partię i mówiła głośno to, czego w oficjalnym języku politykom mówić nie wypadało. To za czasów Rolickiego opublikowała tekst Zbigniewa Wiszniewskiego, w którym papieża Jana Pawła II nazwano "prostackim wikarym z Niegowici", a jego wypowiedzi zostały uznane za "niechlujne i bełkotliwe". Sprawa trafiła do sądu. Trybuna musiała przepraszać.

Od początku stałym elementem Trybuny była powieść polityczna z kluczem pisana pod pseudonimem Magda Cień. - Na kilku przyjęciach przedstawialiśmy tym nazwiskiem naszą bardzo atrakcyjną znajomą, ale potem wyszło, kto jest autorem - śmieje się Piotr Gadzinowski, który na przemian z Przemysławem Ćwiklińskim pisał "Pierwszą dekadę". Powieść w odcinkach była żartobliwym komentarzem polityki III RP. Traktowała o osobistościach i wydarzeniach, o których było głośno, lub o tych, które nieoficjalnie komentowano na korytarzach sejmowych. Choć imiona bohaterów zmieniano, to i tak nietrudno było się domyśleć, o kogo chodzi. Oleksannder Olecki to Kwaśniewski, posła Horna rozpoznano jako Ludwika Dorna, Rysiek Spalisz to poseł Kalisz, Krzyś Jajnik czy Romano Germano i Kurkiewiczowie, czyli Kaczyńscy... - Ta powieść doczekała się wielu epigonów. Część używanych przez nas określeń przeszło do języka codziennego. Przez bardzo długi czas przeciwnicy Millera, wyrażając się o nim pogardliwie, w kuluarowych rozmowach mówili o nim Młynarz. Nazwy duży i mały pałac funkcjonuje do dziś. To my jako pierwsi opisaliśmy też zmiany obyczajowe w Sejmie i nowe pokolenie posłów, którzy nie piją wódy jak starsi koledzy, ale wciągają kreskę - mówi Gadzinowski.

Trybuna przez lata miała podłączoną kroplówkę z SLD. Za rządów Millera była dołączona do pakietu gazet, które dostawali pasażerowie samolotów LOT-u. Ówczesny szef rządu zapewnia, że nie miał na to wpływu. - Żaden premier nie decyduje o takich drobnostkach, ale z reguły jeżeli jakaś formacja rządzi i z tą formacją kojarzy się jakiś dziennik, to ma on oczywiście o wiele większe powodzenie. Nie trzeba wydawać żadnych poleceń. Jak SLD przegrało wybory, to i Trybunie się dostało - mówi Miller.

I jest w tym trochę racji, bo za czasów koalicji PiS - Samoobrona - LPR pismo zniknęło z samolotów LOT-u, a jej miejsce zajął związany z ojcem Rydzykiem Nasz Dziennik. - Spodziewałem się tej decyzji, choć udało nam się przetrwać wszystkie dotychczasowe rządy - komentował Arkadiusz Ostrowski, prezes spółki Ad Novum, wydawcy Trybuny. Rolicki twierdzi, że Trybuna przeżywała ciężkie czasy, gdy rządziła AWS. - Mieliśmy do czynienia z bojkotem Trybuny. Takie Życie Wołka miało rocznie 10-krotnie więcej reklam niż my i nie miało to nic wspólnego z nakładem albo poziomem tekstów.

- To był najbardziej zgrany zespół, w jakim przyszło mi pracować. Niemal wszystkich łączyła lewicowa wrażliwość - mówi jeden z byłych pracowników gazety. Wielu łączyła też przynależność partyjna. Po przeobrażeniu Trybuny Ludu w Trybunę w 1990 roku redakcja nie przeżyła trzęsienia ziemi. - Nie było polowania na czarownice, wyrzucania ludzi - wspomina były redaktor. Przez 19 lat pracowali tu dawni dziennikarze Trybuny Ludu, jak Krystyna Szelestowska z działu zagranicznego czy Zygmunt Słomkowski. Nie byli traktowani jak dinozaury. Ale w 1990 roku pojawili się młodzi reformatorzy, jak Marek Siwiec - jej pierwszy redaktor naczelny, czy Piotr Gadzinowski. Zamierzali stworzyć dynamiczną gazetę kojarzoną z nowoczesną lewicą. - Problem w tym, że nikt tego potencjału później nie wykorzystał, gazeta stała się niszowa, nie znaleziono inwestora, nie było impulsu do zmian - mówi dziś z rozgoryczeniem Siwiec.

Sławomir Sierakowski z Krytyki Politycznej uważa, że skoro nie udało się stworzyć przekonującej propozycji na nowe czasy, dziennik skazany był na powolną agonię. - Ale nie ma się co z tego cieszyć, bo znika kolejny tytuł z debaty publicznej, a to zawsze oznacza mniej pluralizmu, jakaś grupa ludzi nie będzie miała gdzie się wypowiedzieć.

Według Krzysztofa Janika Trybuna była skazana na porażkę. - To ostatnia taka gazeta w całym bloku postsowieckim, która była tak bardzo powiązana z partią. Jest oczywiste, że gazeta musi mieć jakąś linię ideologiczną, ale niekoniecznie musi być tak bardzo partyjna - mówi.

@RY1@i02/2009/242/i02.2009.242.186.0005.001.jpg@RY2@

Przez lata organ propagandy PZPR, później w służbie lewicy. 5 grudnia przestała istnieć

Piotr Męcik/Forum

@RY1@i02/2009/242/i02.2009.242.186.0005.002.jpg@RY2@

Leszek Miller z łezką w oku wspomina Trybunę kierowaną przez Marka Barańskiego

Stefan Maszewski/Reporter

Barbara Sowa

Agnieszka Sopińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.