Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Tusk poszedł na całość

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Usunięcie z komisji śledczej posłów PiS pod byle jakim, wcale niekoniecznie wiarogodnym pretekstem było ze wszech miar celowym i skutecznym posunięciem Tuska. Tym bardziej że jak dotąd udaje mu się - mimo jawnie nieprzyjaznych nawoływań wicepremiera Pawlaka - uchylać od osobistej odpowiedzialności za poczynania w tej sprawie posłów jego obozu. Operacja ta nie tylko ostatecznie odebrała powagę komisji, ale również sparaliżowała jej prace przynajmniej na jakiś czas. Z punktu widzenia taktyki przyjętej przez premiera wobec afery hazardowej inteligentny plan zdecydowanego opowiedzenia się za powstaniem komisji oraz rychłego uniemożliwienia jej prac okazał się mieć znacznie mniej wad od prostackiego, alternatywnego scenariusza blokady powołania komisji przez koalicyjną większość. Używając nieco topornego porównania, można by przywołać znaną mądrość świata kieszonkowców, iż roztropnie jest ściganemu najgłośniej krzyczeć: "Ludzie! Łapcie złodzieja!". Z perspektywy premiera istotność tej komisji wynika przecież wyłącznie z niebezpieczeństwa, jakie mogłaby ona nań sprowadzić: drwiąco stronniczego albo nawet brutalnie oskarżycielskiego publicznego przesłuchania go przez polityków PiS. Dobrze przygotowany Wassermann potrafiłby sprawnie użyć pierwszej techniki śledczej, pobudzona emocjonalnie posłanka Kempa sprostałaby zapewne drugiej.

Co szczególnie ciekawe, doraźna taktyka PO w sprawie komisji jawnie używa wobec Kaczyńskich instrumentu prowokacji. Niezwłocznie po dokonaniu dość upokarzającej dla opozycji operacji jej politycy ironicznie nawołują PiS, aby w swoich szeregach znalazło chociażby dwie osoby niezamieszane w aferę hazardową i czym prędzej skierowało je na nowo do komisji. "Czyż w 150-osobowym klubie PiS naprawdę nie ma w ogóle takich ludzi?" - kpi sobie na przykład poseł Halicki.

Ten szyderczy ton będzie zapewne obowiązkowy w całym obozie Tuska w najbliższym czasie. Powód? Tak dalece zagrać na nosie Kaczyńskiemu i w takim stopniu pobudzić jego poczucie wielkopańskiej dumy, iżby w odwecie za Wassermanna i Kempę nikogo z PiS nie posłał już do komisji. Wtedy nie tylko Tusk w końcu mógłby się poczuć z tej strony całkowicie niezagrożony. Ale na dodatek dość łatwo można by przekonać istotną część opinii, iż to znane i po tylekroć opisane skłonności charakterologiczne Kaczyńskich do awanturnictwa i rokoszu uniemożliwiły wyjaśnienie afery i ostateczne rozprawienie się z hazardową deprawacją. To znana z historii i dość makiaweliczna taktyka polityczna: sprowokować przeciwnika, aby w przypływie wściekłości porzucił dobrze wcześniej przygotowaną zasadzkę.

Czy to wszystko ma coś wspólnego z polityką państwową? Istotnie niewiele. Może tylko tyle, że cały czas gra toczy się o to, co politycy obozu rządowego lubią nazywać "projektem", czyli o komplikujący się ostatnio plan zdobycia absolutnej władzy przez Donalda Tuska w dość dużym, chrześcijańskim i całkiem nowoczesnym państwie europejskim. Można z tego tytułu pięknoduchowsko sobie ponarzekać - jak Napieralski w Krakowie - na "niszczenie komisji" przez PO. Można nawet państwowo zasępić się nad kolejnym niewątpliwym przypadkiem rozkładu ważnej instytucji publicznej. Ale fakt i tak pozostanie faktem, że w prowadzonej bez wytchnienia grze o władzę Tusk nieoczekiwanie zneutralizował poważne zagrożenie ze strony komisji, a być może udało mu się nawet ostatecznie ową komisję wykoleić.

@RY1@i02/2009/239/i02.2009.239.000.014b.001.jpg@RY2@

Jan Rokita

Piotr Gęsicki

Jan Rokita

jan.rokita@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.