Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Teraz nawet ludowcy tęsknią za standardami

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Wykluczenie dwójki posłów PiS z komisji ds. afery hazardowej jest nie tylko dowodem na moralny i estetyczny regres w polskiej polityce.

To także zdarzenie, które realnie określi dalsze stosunki Platformy - inicjatora komisyjnego wstrząsu - z pozostałymi uczestnikami polskiej polityki. Inne już będą jej stosunki z opozycją, koalicjantem, a prawdopodobnie i z mediami.

Praktycznie nie ma nikogo poza PO, kto by bronił usunięcia Zbigniewa Wassermanna i Beaty Kempy. Nie ma ani jednego tytuły prasowego, który by nie potępił Platformy. Także koalicyjne PSL głośno zakrzyczało z oburzenia. I to niezależnie od tego, czy nieobecność podczas głosowania Franciszka Stefaniuka była zamierzona, czy też nie.

To moment porównywalny z tym, gdy ponad dwa lata temu tryumfujące PiS pożarło obie swe przystawki. Wszystkie pozostałe partie odebrały to jako poważny ostrzegawczy sygnał - nie wchodzić w bliższe układy z PiS, bo i nas pożre.

Gdy dziś słyszymy oburzonych zamachem na komisję Eugeniusza Kłopotka, Janusza Piechocińskiego czy Jarosława Kalinowskiego, obserwujemy ten sam niepokój co dwa lata temu. Kłopotek emocjonalnie wykrzykujący, że "ruszyło go" to, co zdarzyło się w komisji, jest absolutnie szczery. PSL, także opozycja, a być może i media, otrzymały sygnał, że w Platformie są ludzie, którzy nie cofną się przed niczym. Których nie obowiązują dotychczasowe granice i standardy.

Tymi ludźmi nie są rzecz jasna posłowie Sekuła, Urbaniak i Neumann. Do nich niestety stosuje się znane powiedzenie o kataryniarzu i małpce. Kto jest kataryniarzem? Janusz Palikot w jednym z ostatnich wywiadów, jeszcze przed awanturą w komisji, opowiadał, jak bardzo pilnie i uważnie monitoruje prace komisji szef klubu PO Grzegorz Schetyna. Wprawdzie we wczorajszych gazetach można było wyczytać, że decyzja o wykluczeniu Wassermanna i Kempy musiała być podjęta przez samego Donalda Tuska, ale czy tak było naprawdę? Zagrzebany po uszy w kancelarii premiera Tusk, który z racji wyborów prezydenckich dba, by nie padł nawet cień na jego wizerunek, miałby się narażać na takie odium? Mało prawdopodobne, tym bardziej że jego udział w aferze hazardowej, choć niebagatelny, nie jest pierwszorzędny. W końcu nie znał się z Rychem, w odróżnieniu od szefa klubu parlamentarnego PO.

Jest jednak nieprzyjemnym paradoksem, że jeden z kluczowych świadków komisji hazardowej jest bezpośrednim przełożonym przewodniczącego komisji i dwóch jej członków. Schetyna ma de facto przewagę w komisji. W tej sytuacji nie byłoby nic nadzwyczajnego, bo i w czasie afery Rywina ludzie Leszka Millera stanowili komisyjną większość. Inne jednak były wtedy obyczaje, a i charakter niektórych posłów - ze znakomitym przykładem Tomasza Nałęcza - także był odmienny.

Bez satysfakcji dziś można stwierdzić, że fraza o kryształowej uczciwości Mirosława Sekuły jest tyle warta co ta o wysokich standardach Platformy. Smutne jest też to, że cała trójka posłów PO pełni w komisji rolę jedynie partyjnych funkcjonariuszy. To gwarantuje bezpieczne miejsce na liście wyborczej, ale nic pozytywnego poza tym. Bo zredukowanie się do roli marionetek z czasów Sejmu PRL nie jest zaszczytem. Cóż, do 28 lutego jest nadal trochę czasu, więc może zobaczymy jeszcze moralne przebudzenie się śledczych z PO.

Na razie z tamtej strony słychać cały czas frazesy o woli wyjaśnieniu wszystkiego. Także o knowaniach opozycji, szczególnie PiS-owskiej, która ma sabotować prace komisji. Koronnym, według PO, dowodem sabotażu miało być wysłanie Kempy i Wassermanna do komisji jako ludzi rzekomo umoczonych w aferze. Było wprawdzie - przy założeniu, że dwoje polityków PiS ma coś za uszami - wiele możliwości wyjaśnienia tego inną metodą niż wyłączenie ich z komisji. Tego jednak politycy PO nie mówią. Po pierwsze, jest wątpliwe, czy Wassermann i Kempa w ogóle powinni być na liście świadków. Bo jeśli są oni, to dlaczego nie Mirosław Sekuła - były szef sejmowej komisji finansów publicznych, były szef NIK, ponoć korumpowany przez człowieka z branży. Po drugie, można było Wassermanna i Kempę zawiesić na czas ich przesłuchania. To akurat proponują koalicjanci z PSL. Sama zaś ekspertyza Biura Analiz Sejmowych nie jest wcale jednoznaczna w kwestii odwołania obojga posłów.

Faktycznie chodziło o pretekst. Od momentu powołania komisji PO robiła wszystko, by ją sparaliżować. Tego zarzutu nie można postawić nikomu innemu. Ani razu PiS - gdzie tak prominentny polityk jak Przemysław Gosiewski może być zamieszany w aferę - nie próbowało sparaliżować prac komisji. Ani razu SLD, choć politycy stamtąd też będą wzywani przed komisję. Ani razu PSL, o którym teraz PO mówi, że też może być zamieszane, bo interesowało się opodatkowaniem wyścigów konnych. Jedynie PO próbowała ją wywrócić.

Jest zresztą pytanie, czy cała PO do tego zmierza? Może tylko "grupa kierująca Platformą". Piątkowa decyzja powoduje, że niesława spada na całą partię, a korzyść może mieć tylko kilka osób. W aferę hazardową jest zamieszanych kilkunastu, maksymalnie kilkudziesięciu znanych polityków PO. Kilkuset pozostałych nie ma z nią nic wspólnego. Jednak teraz oni też płacą za to, że któryś z ich szefów boi się publicznie wyspowiadać z kontaktów z Rychem. Publicyści wielokrotnie narzekali na prywatyzację polskich partii. Tu zaś widzimy kwintesencję problemu.

Obstrukcja Platformy w komisji wywołała powszechne oburzenie. Ale odnowiła też częste przekonanie, że komisje śledcze są niepotrzebne, bo się kompromitują. Mówili o tym np. Eugeniusz Kłopotek oraz wielu komentatorów.

Dziwna to argumentacja. Bowiem według niej można wyeliminować każdą instytucję. Kompromitowali się w Polsce prezydenci, premierzy, rządy, kolejne sejmy. Nikt jednak nie postulował, by zrezygnować z ich istnienia. Gdyby przyjąć tę argumentację, to ktoś zdeterminowany mógłby niszczyć przeszkadzające mu instytucje. Intelektualnym prymitywizmem byłoby twierdzenie, że nieestetyczna awantura jest argumentem za likwidacją sądów. Dlaczego ta argumentacja jest podnoszona w stosunku do parlamentarnych śledztw? Nie wiadomo, tym bardziej że są narzędziem powszechnym w całym cywilizowanym świecie. Od Kongresu USA po Parlament Europejski.

Śledztwo i przesłuchania prowadzone przez subkomitet senatora Josepha McCarthy’ego rzesze Amerykanów do dziś uważają za hańbę. McCarthy i maccartyzm skompromitowali się w ich oczach. Ale nie skompromitowała się idea parlamentarnego śledztwa. Nie słychać było głosów po doświadczeniu z McCarthym, by wyrzucić to narzędzie tylko dlatego, że ktoś źle z niego skorzystał.

Nasi przeciwnicy komisji śledczych podnoszą jeszcze jeden argument: że niczego nie wyjaśniły. Nikt nie został skazany, śledztwa zostały umorzone, a polityka nadal jest nędznie prowadzona. Jednak za wyroki odpowiadają sądy, a za śledztwa prokuratury. My zaś oceniamy tu rzeczy, które widzimy. Zastanówmy się, co by było, gdyby nie było jawnej komisji Rywina. Z pewnością nadal wysłannicy różnych grup trzymających władzę nachodziliby następne redakcje i przedsiębiorstwa. Szczęśliwie nie słychać od tamtej pory, by ktoś szantażował kolejną gazetę lub próbował wymusić pieniądze od następnego Romana Kluski.

Po doświadczeniach z wykluczeniem Kempy i Wassermanna nie wiadomo, czy ówczesny szantaż pod adresem Agory nie był dżentelmeńską propozycją w porównaniu z dzisiejszymi standardami. Dlatego też media powinny zareagować tak jak przerażeni ludowcy. Jeśli standardy nie obowiązują w działaniach wobec opozycji, choćby najmniej sympatycznej, to nie będą obowiązywały w stosunkach z mediami. Wysłannicy nowych grup trzymających władzę nie popełnią błędów Lwa R.

Komisja ds. afery Rywina skutecznie obniżyła poziom bezczelności w polskiej polityce. Tego samego należy żądać od komisji ds. afery hazardowej. Widać wyraźnie, że jest taka potrzeba.

@RY1@i02/2009/239/i02.2009.239.000.0014.001.jpg@RY2@

Piotr Bursztyn, publicysta

Piotr Kowalczyk

Piotr Gursztyn

publicysta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.