Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Prywatna wojenka służb specjalnych

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Informacje o aferze podsłuchowej dały asumpt do sformułowania najostrzejszych w ciągu ostatnich dwóch lat diagnoz stanu polskiej polityki i państwa.

Daje to do myślenia przede wszystkim dlatego, że owe alarmistyczne diagnozy padły zupełnie poza dobrze znaną i zrytualizowaną wymianą obelg pomiędzy PO i PiS. Ten ostry ton towarzyszy analizom dokonywanym przez świat prawniczy, co raczej rzadkie i wyjątkowe pod rządami Platformy Obywatelskiej sprzymierzonej raczej z tą korporacją. Po raz pierwszy także pod obecnymi rządami z kręgów akademickich wyszła diagnoza "kryzysu polskiego państwa". Sformułowała ją profesor Jadwiga Staniszkis.

Co to jest "kryzys państwa"? Jeśli Chlebowski et consortes wykorzystali swoją pozycję dla załatwiania interesów ciemnej sfery biznesu - to taki przypadek może być świadectwem niskiego morale polityków, oblepiania władzy przez interesowne koterie albo moralnego zużywania się partii rządzącej. Jeśli funkcjonariusze resortu skarbu chcą sprzedać stocznie konsorcjum, o którym niczego nie wiedzą, i klną z tego powodu pomiędzy sobą przez telefon - to obnaża to poziom polskich elit urzędniczych i kompromituje sposób, w jaki politycy sterują administracją. Każdy z tych przypadków jest na swój sposób dramatyczny i każdy z nich słusznie może oznaczać ruinę zaufania dla ekipy sprawującej władzę. Ale o kryzysie państwa można by dopiero mówić - w pierwszym przypadku - gdyby rząd uległ korupcyjnemu naciskowi interesownych dygnitarzy - a w drugim - gdybyśmy mogli przypuścić, że Ministerstwo Skarbu prowadzi prywatyzację pod dyktando jakiegoś prywatnego interesu. Nawet największe dygnitarskie głupoty i draństwa nie muszą jeszcze oznaczać kryzysu państwa. Pojawia się on dopiero wtedy, gdy stwierdzamy deprawację instytucji państwowych. Kiedy rząd, jego agencje i urzędy idą na jawną służbę prywacie.

Afera podsłuchowa jest właśnie takim przypadkiem. Oto na użytek prywatnej wojny wiceszefa ABW z dziennikarzem instytucja, którą zarządza, dostarcza mu materiałów, jakie uzyskała w innej sprawie z podsłuchu. Równie dobrze ABW może w przyszłości wspierać swoich ludzi nagraniami z podsłuchów w ich procesach rozwodowych albo konfliktach o spadek. Fakt, że tej dramatycznej doprawdy okoliczności nie chcą zauważyć politycy PO, jest symptomatyczny. To nie jest bowiem ten gatunek występków, które - jak choćby taśmy Chlebowskiego - łatwo budzą masową emocję i wściekłość ludu. Takie emocje stawiają bowiem z oczywistych i oportunistycznych powodów wszystkich polityków - z premierem na czele - w stan pełnego alertu. Na świadectwa deprawacji całych instytucji państwowych reaguje tylko niewielka część opinii publicznej, chciałoby się rzec - jej wąski "państwowotwórczy" naskórek. Dlatego np. premier Tusk może przez wiele dni milczeć, wicepremier Pawlak dowcipkować na temat podsłuchów, które sam chętnie by dziennikarzom założył, a rzecznik Graś zgodnym chórem z prokuratorami tłumaczyć, że dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego pozwolił przecież podsłuchiwać sąd.

Ale w tej sprawie rzecz nie leży w tym, kogo sąd kazał podsłuchiwać. Ani nawet nie w tym, że w ABW wbrew przepisom skrzętnie gromadzono zapisy podsłuchów dziennikarzy niemających ze sprawą nic wspólnego. Rzecz jest w tym, że ważna agencja rządowa, dysponująca na dodatek szczególnymi uprawnieniami wobec obywateli, okazała się działać jako prywatna firma detektywistyczna na zlecenie swojego wiceszefa pana Mąki. I to jest powód, dla którego instytucja ta wymaga natychmiastowego zarządu komisarycznego i poważnego planu naprawczego. Bo trzeba ją niezwłocznie odebrać panu Mące i oddać na powrót państwu.

Jan Rokita

jan.rokita@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.