Bratanie z władzą szkodzi małym gazetom
Ostre artykuły demaskujące działania samorządowców zwiększają sprzedaż lokalnej prasy. Jej siła rażenia stała się tak wielka, że większość skrytykowanych nie wycofuje z pism swoich reklam wyborczych
Wydawcy gazet lokalnych zaczęli dobrze żyć z kontrolowania władzy. Ostre artykuły demaskujące działania urzędników przekładają się na ich pozycję czytelniczą. Są takie tytuły jak "Gazeta Jarocińska" czy ukazujący się w powiecie chrzanowskim "Przełom", które już nie mogą zwiększyć nakładu, bo sprzedają tyle egzemplarzy, ile jest gospodarstw domowych na ich terenie. Próba jakiegokolwiek bratania się z władzą szkodzi działalności wydawniczej.
Przekonał się o tym Mateusz Orzechowski, radny do sejmiku województwa lubelskiego i wydawca siedmiu tygodników "Wspólnota" z północnej Lubelszczyzny. Ostatnio był kandydatem PO do Parlamentu Europejskiego. Chociaż sam nie kieruje swoimi gazetami, koledzy partyjni oczekiwali jakiegoś poparcia, a Orzechowski od lat kategorycznie odmawia mieszania tych dwóch sfer swojej aktywności. Żaden z obecnych burmistrzów kandydatów w miastach powiatowych, w których ukazuje się "Wspólnota", nie zamieścił u niego reklamy. Ogłaszały się za to wszystkie inne komitety.
Z kolei cały nakład gazety "Lokalnej" z Sulejówka w przedwyborczym tygodniu zniknął błyskawicznie z punktów sprzedaży. Redaktor naczelna Eliza Woźnicka rozmawia z kolporterami, którzy twierdzą, że gazetę wykupywali elegancko ubrani panowie - wszystkie egzemplarze. Kto stoi za tą akcją? W redakcji kojarzą tę akcję z opublikowanym w numerze tekstem demaskującym nieprawidłowości związane z fałszowaniem podpisów w urzędzie gminnym. A burmistrz Sulejówka kandyduje w wyborach.
Politycy zazwyczaj obrażają się na wydawcę za pisanie prawdy, ale na czas wyborów wolą zakopać topór. Jeden z liderów mogileńskiego PiS Jerzy Szczotka, który startuje do rady miejskiej, został skazany prawomocnym wyrokiem za nieumyślne spowodowanie wypadku drogowego, co opisała lokalna gazeta. Mimo to PiS nie wycofało ogłoszeń wyborczych. Reklamowało się co tydzień.
Gazety lokalne żyją wyborami samorządowymi praktycznie od początku 2010 roku. Niemal wszystkie podsumowywały osiągnięcia, ale też wytykały błędy lokalnym włodarzom i prezentowały kandydatów na najwyższe stanowiska w samorządzie. "Głos Siemiatycz" każdemu z kandydatów na wójtów i burmistrzów dał po 1500 znaków plus zdjęcie i wydrukował nazwiska wszystkich kandydatów na radnych z całego powiatu. Czytelnicy "Sztafety" ze Stalowej Woli w plebiscycie SMS-owym wybierali lwa i łosia kadencji. Podobny plebiscyt zorganizował też "Głos Wągrowiecki". Gazety prowadziły debaty przedwyborcze, spora część z nich zaangażowała się w ogólnopolską akcję profrekwencyjną "Masz głos masz wybór", zachęcając do udziału w głosowaniu. "Przełom" stworzył mapę lokalnych problemów. "Sztafeta" organizowała sondaże i publikowała ich wyniki. - W "Linii Otwockiej" publikowaliśmy frekwencję radnych na komisjach i sesjach oraz dochody z diet we wszystkich gminach, co wywołało sporą dyskusję - mówi wydawca gazety Zbigniew Skoczek.
"Głos Wągrowiecki" tydzień przed wyborami zamieścił poradnik dla wyborców pt. "Twój los jest w twoich rękach", w którym radził: 1. nie ufaj partiom i ich politykom, 2. ufaj swojej wiedzy o kandydatach, którzy są tobie znani, 3. idź na wybory i oddaj głos na najbardziej przekonujących cię kandydatów.
Przykładowy numer z tygodnia przedwyborczego tygodnika "Pałuki" ze Żnina. Na pierwszej stronie news z niedzieli - artykuł o nieprawidłowościach w budowie drogi w Janowcu (obciąża starostwo). Starosta jest z SLD. Sojusz zamówił ponad dwie strony reklam wyborczych.
Na trzeciej stronie - informacja o poniedziałkowej decyzji funduszu Magna Polonia, który zdecydował się wycofać udziały ze żnińskiej kolejki wąskotorowej. To artykuł stawiający w złym świetle urzędującego burmistrza. Do tego informacja o dwóch przegranych przez urząd miejski postępowaniach przed samorządowym kolegium odwoławczym. Burmistrz startuje z PO. Platforma zamówiła ponad dwie strony reklam wyborczych.
W głębi numeru - o dwóch procesach, przegranych przez kandydatów komitetu Niezależni 2010, w tym dokumenty przedstawione na procesie z "Pałukami", niekorzystne dla kandydata na burmistrza. W tym samym numerze są dwie strony reklam tego komitetu.
Tygodniki lokalne zazwyczaj liczą od 24 do 36 stron. Przedwyborcze wydanie "Pałuk" jest 72-stronicowe. Tygodnik "Korso" z Mielca zwiększył objętość do 48 stron, a "Nowy Łowiczanin" do 56 stron. "Przełom" wydał 40 -stronicowy dodatek specjalny do numeru. Wybory samorządowe sprawiają, że tygodniki lokalne puchną - głównie za sprawą zamieszczanych w nich reklam wyborczych.
Politycy, jak mogą, zwalczają pisma lokalne na co dzień, ale w sezonie przedwyborczym wiedzą, że bez nich nie wygrają, bo stoją za nimi wyborcy.
- Cztery lata temu na sesji rady powiatu burmistrz Krasnegostawu ogłosił bojkot naszego tygodnika, argumentując, że instytucje publiczne nie powinny ogłaszać się ani finansować w inny sposób prywatnej gazety - mówi Roman Żelazny, wydawca "Echa Krasnegostawu". Są samorządy, które wyznają podobną zasadę. W Wyszkowie reklamy instytucji samorządowych zasilają tylko tygodnik wydawany przez ośrodek kultury. Niezależny "Nowy Wyszkowiak" radzi sobie bez nich. Podobnie w Nowej Soli, niezależna "Gazeta Regionalna" walczy z tytułem finansowanym przez prezydenta miasta. Włodarze, którzy nie chcą wspierać "prywaciarzy" ciągle jeszcze wydają własne gazetki wyborcze, choć trzeba przyznać, że w tym roku to zjawisko nie jest tak powszechne jak dawniej. Po prostu wyborcy stali się już na tyle wyrobieni, że odróżniają agitkę od informacji.
Komitety wyborcze nie mają żadnych upustów na reklamę, płacą według cennika. - Żądamy przedpłaty 100 proc., bo politykom nie wierzymy - przyznaje Jacek Wasilewski z "Głosu Siemiatycz". Tak samo robi Jarosław Synowiec z "Kuriera Iławskiego" i Jerzy Mianowski z "Głosu Wągrowieckiego", któremu kilka lat temu komitet wyborczy SLD nie zapłacił za wyemitowane reklamy. Wydawcy lokalni dziwią się, że zupełnie inaczej postępują media regionalne, a zwłaszcza gazety codzienne wydawane przez duże koncerny zagraniczne. Mianowski dostał cennik na specjalne reklamy wyborcze w "Głosie Wielkopolskim" i stwierdził, że można tam wykupić reklamę za połowę ceny w stosunku do tego, co on oferuje w swojej gazecie powiatowej. Wydawcy lokalni zauważają też, że gazety regionalne w wielu województwach bardziej się angażują w wybory samorządowe, sprzyjając wyraźnie PO, tak jak kiedyś sprzyjały SLD.
- Silne prywatne tygodniki lokalne w Polsce wypełniają kontrolną funkcję względem władz swoich gmin i powiatów i mają odwagę narażać się władzy - uważa Dominik Księski, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych. - Gdybyśmy nie podejmowali trudnych tematów, czytelnicy nie kupowaliby naszych gazet. Ludzie w małym mieście zazwyczaj wszystko wiedzą i jeśli pismo byłoby nieuczciwe i ukrywało trudne sprawy, straciłoby wiarygodność.
Ta postawa odzwierciedla misję dziennikarską. Nie znaczy to, że jej wypełnianie jest nieopłacalne. Wręcz przeciwnie. W czasie, kiedy duże dzienniki stale odnotowują spadki nakładów, gazety lokalne w Polsce ciągle rosną. Dziś sto tygodników zrzeszonych w Stowarzyszeniu Gazet Lokalnych ma łączny jednorazowy nakład ponad 900 tys. egzemplarzy i stałą bazę wiernych czytelników liczącą co najmniej 4 miliony osób. Gazety te są płatne, zazwyczaj egzemplarz kosztuje około 2,5 zł. Są też pełne lokalnych reklam. Ich wydawcy nie narzekają na kryzys i nie wyciągają rąk po wsparcie do władzy. A po co? Każda władza, jak coś daje, chce zaraz coś w zamian. A nas taki układ nie interesuje.
@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.186.0012.001.jpg@RY2@
Ewa Barlik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu