Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Teraz czas na plan Rostowskiego, a nie Hausnera

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Dalsze zwiększanie deficytu i długu jest nie tylko ryzykowne, ale i nieodpowiedzialne. Próg zadłużenia w wysokości 55 proc. PKB z pewnością przekroczylibyśmy w tym roku, gdyby nie kreatywne operacje rachunkowe. Chciałbym zapytać, co minister finansów w ten sposób kupuje. Jeśli czas na podjęcie zdecydowanych działań, to dobrze. Obawiam się jednak, że kupuje spokój i przetrwanie

Polska potrzebuje dzisiaj większego zamierzenia, całego pakietu reform, który zmieniłby jakościowo sytuację społeczno-gospodarczą. Natomiast widać, że propozycje, które sam przedkładałem, nawet jeśli Leszek Balcerowicz uważał je wówczas za niewystarczające, wytrzymały próbę czasu. Wielu ekonomistów uważa, że był to najbardziej dojrzały program naprawy finansów publicznych.

Teraz czas na plan Rostowskiego, a nie Hausnera. Taki plan musi przede wszystkim doprowadzić do trwałego wyeliminowania strukturalnego deficytu finansów publicznych, bowiem tego problemu nie rozwiąże obecnie nawet szybki wzrost gospodarczy. W latach 2005 - 2007 dobra koniunktura złagodziła tylko sytuację, osłabiła czujność i determinację do działań zmniejszających rozdęte wydatki. A potem wydatki cały czas rosły, podczas gdy dochody spadały. Trzeba w pierwszej kolejności ograniczyć wydatki, zamiast podnosić podatki, a to właśnie teraz robi rząd, zwiększając stawkę VAT z 22 do 23 proc. Przy okazji lekceważąc problemy organizacyjno-techniczne wynikające z tej operacji i nie doszacowując jej kosztów.

Ponadto chodzi też o to, by uwolnić środki publiczne na rzeczywistą modernizację Polski, podnieść między innymi nakłady na kulturę, kształcenie, naukę. Szkoły mają kształcić nie dla samej wiedzy, która i tak się szybko zmienia, ale dla kreatywności, wtedy Polska stanie się krajem powszechnie zdolnym do innowacji.

Zamierzony przeze mnie efekt konsolidacyjny miał być znacznie większy. Niektóre rozwiązania udało się wprowadzić. I najgorsze jest to, że rząd PiS wycofał się na przykład ze zmiany zasad waloryzacji rent i emerytur. Byliśmy już w tym punkcie po bezpiecznej stronie i zawróciliśmy. A ponadto w Polsce nie ma recesji i niewiele wskazuje, aby miała nam niebawem grozić. Przywracanie strukturalnej równowagi w finansach publicznych lepiej i łatwiej przeprowadzić w okresie wysokiego wzrostu gospodarczego. Jeśli jednak marnuje się taki czas, trzeba to robić teraz, kiedy wzrost jest wyraźnie wolniejszy. Kolejne zaniechanie spowoduje, że przy następnym wahnięciu koniunktury wpadniemy w głęboką recesję.

Usuwanie niektórych ulg podatkowych nie jest błędem, o ile nie robi się tego hurtem i w desperacji. System podatkowy zasadniczo trzeba jednak stabilizować, a nie nieustannie przy nim grzebać. W skrajnej sytuacji podwyżka podatków, choćby przejściowa, może być nieunikniona, co świadczy jednak o porażce polityki gospodarczej. Samo podnoszenie podatków, przy braku ograniczenia i racjonalizacji wydatków, na niewiele się zda. I jeśli już je podnosić, to zawsze z myślą, aby nie zaszkodzić konkurencyjności polskich przedsiębiorstw. Z tego punktu widzenia rozsądniejsze wydawałoby mi się powrócenie na kilka lat do poprzednich stawek PIT niż podnoszenie podstawowej stawki VAT.

Wyjaśnia się to absorpcją dużej ilości środków unijnych, a te wymagają krajowego dofinansowania. Tyle że każdy polityk jeszcze przed naszą akcesją wiedział, że w wielkiej skali będziemy z nich korzystać. Odpowiedzialny polityk potraktowałby je jako stymulator naprawy finansów publicznych, poduszkę dla reform i ograniczył wydatki w innych sferach niż rozwojowe. Tego nie zrobiono. W efekcie gdy skończymy inwestycje publiczne, nie będziemy mieli za co ich utrzymać. Powstaną w dużej skali nowe niszczejące obiekty gierkowskie.

To nie tylko ryzykowne, to nieodpowiedzialne. Próg zadłużenia w wysokości 55 proc. z pewnością przekroczylibyśmy w tym roku, gdyby nie kreatywne operacje rachunkowe. Minister Rostowski wyłączył z budżetu wydatki na drogi, teraz zaś przejmie Fundusz Rezerwy Demograficznej. Chciałbym zapytać, co w ten sposób kupuje. Jeśli czas na podjęcie zdecydowanych działań, to dobrze. Jednak obawiam się, że kupuje spokój i przetrwanie. Jeśli tak, powiem, że błądzi. Być może jako polityk nie byłem do końca skuteczny, ale nikt mi nie może zarzucić, że sprawę lekceważyłem i nie proponowałem działań naprawczych.

Ogólnie, nie wchodząc w szczegóły, uważam, że efekt konsolidacyjny tego planu będzie niewielki i dalece niewystarczający.

Najbliższa jest mi koncepcja maksymalnie uproszczonego systemu podatkowego z preferencjami społecznymi. Chodzi o to, by ujednolicone były stawki opodatkowania kapitału ludzkiego, finansowego i produkcyjnego, czyli 19-proc. stawka obowiązywałaby w przypadku i PIT, i CIT, i VAT. Nie da się jednak tego zrobić bez wcześniejszego równoważenia finansów publicznych. Podatek liniowy proponowałem już siedem lat temu. To stworzyłoby szansę na zrównoważony rozwój.

Struktury administracyjne są niewydolne. Tymczasem problemy próbuje się rozwiązywać, rozbudowując je. Każdy urzędnik jest w stanie udowodnić, że się czegoś nie da i potrzeba więcej etatów, ale nie każdy polityk musi się godzić na taki stan rzeczy. Za moich czasów w rządzie przynajmniej udawało się trzymać administrację w ryzach. To drobiazg, ale symptomatyczny: na mój wniosek radykalnie ograniczono liczbę etatów w gabinetach politycznych. Potem znów nastąpił ich rozrost. Pilnowałem też, aby nie rosła liczba wysokich stanowisk kierowniczych. Poważniejszy jest problem z urzędami wojewódzkimi i marszałkowskimi, z których niektóre zatrudniają średnio po tysiąc osób. Dublują swoje zadania i najczęściej sobie przeszkadzają. To nie ma sensu. Czasem mówię o sobie, że nie byłem w rządzie ekonomistą, tylko ekonomem. Ale potrzebni są też właśnie tacy ekonomowie, którzy nie ulegają koniunkturalnym presjom. Minister Jerzy Miller, któremu podlega administracja, powinien otrzymać od premiera odpowiednie zadania i pełnomocnictwa. Nie może się tylko wykłócać i czekać na przyzwolenie. Szczególnie szkodliwa jest rotacja kadr w urzędach i spółkach Skarbu Państwa przy okazji zmian politycznych. Nie obsadza się dobrych, tylko swoich.

Zobaczymy. Jak dotąd wszystkie rządy głosiły taką tezę, a potem - łącznie z moim - postępowały inaczej. Przykładów waniek-wstaniek mamy aż nadto: Orlen, PZU, KGHM... Tam przez wiele lat nie było biznesu, ale polityka. Choć są też pozytywne przykłady: gdzie dobrego menedżera nikt politycznie nie rusza i nie uzależnia. Najlepszym sposobem na ukrócenie patologii jest dalsza prywatyzacja. Byle tylko nie zamieniać monopolu państwowego na prywatny, jak to miało miejsce w przypadku TP. Jak najszybciej trzeba rozwiązać absurdalny problem kominówki, bo firmy tracą przez to fachowców. Kolejne rządy boją się tknąć tej sprawy, obawiając się reakcji społecznej. Jeśli jednak ktoś bierze się za rządzenie, musi mieć odwagę.

Reforma emerytalna, którą przygotował rząd SLD, a wdrożył rząd Jerzego Buzka, nie została dokończona. Nie włączyliśmy wszystkich grup zawodowych do powszechnego systemu emerytalnego. Część odpowiedzialności spada na mnie, ale tylko część, bo to nie jest projekt, który jeden rząd może przeprowadzić do końca. Takie zamierzenie realizuje się nawet przez 15 - 20 lat. Faktyczny wiek emerytalny powinien wzrosnąć z obecnych około 58 lat do 65 lat i być zrównany dla kobiet i mężczyzn. To absolutne minimum. Poprawiły się stan zdrowia, kondycja i warunki życia Polaków. Znacząco się wydłużył przeciętny okres życia. Obecny 70-latek to 50-latek z połowy XX w. Trzeba jednak wprowadzić pewną elastyczność. Po ukończeniu 62 lat każdy obywatel decydowałby, czy dalej pracuje jeszcze kilka lat, czy odchodzi na emeryturę. Niektórzy ludzie w tym wieku nie są już w stanie pracować. Jeśli ktoś pozostanie zawodowo czynny, świadczenie miałby wyraźnie wyższe. I odwrotnie.

Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: jak długo chcemy utrzymywać oddzielny system emerytalny i podatkowy ludności wiejskiej. Mamy przez to do czynienia z wiejskimi obszarami zapaści rozwojowej, gorszym dostępem do oświaty, niższym poziomem aktywności kulturalnej. Gminy wiejskie są słabe ekonomicznie, nie mają bazy podatkowej. Utrwala to skansenizację polskiej wsi. Im prędzej rozpoczniemy proces włączania ludności wiejskiej do powszechnego systemu podatkowego i emerytalnego, tym lepiej. Być może część KRUS powinna pozostać, ale tylko jako szczególny system socjalny zabezpieczający najbiedniejszych. Niestety, zmarnowaliśmy historyczną szansę na radykalne zmiany w chwili akcesji do UE. Mając dodatkowe pieniądze z tytułu dopłat, można było za to uzyskać przyzwolenie na stopniowe przejście rolników do systemu powszechnego.

Dodatkowe regulacje, aby wymusić wyższą efektywność działania OFE i odpowiednio wyższe świadczenia emerytalne, są potrzebne. To kierunek myślenia Michała Boniego, z którym sympatyzuję. Natomiast propozycje Jolanty Fedak i Jacka Rostowskiego uważam za szkodliwe i równoważne z likwidacją nowego systemu emerytalnego. To maszerowanie do przeszłości kosztem przyszłości, aby sobie doraźnie ulżyć.

Bezrobocie jest w dużej mierze fenomenem statystycznym. To rejestrowane przez urzędy pracy jest zawyżone o 30 - 40 proc. wobec rzeczywistego. Nie chodzi tylko definicję bezrobotnego. W wielu państwach Unii Europejskiej za bezrobotnego może być uznany tylko ktoś, kto aktywnie szuka pracy i ją choćby na krótki okres znajduje. A u nas znaczna część bezrobotnych pracuje na czarno lub uzyskuje dochody z nierejestrowanej działalności gospodarczej, ale rejestruje się w urzędach, by uzyskać ubezpieczenie społeczne.

Naszym wielkim problemem jest natomiast niska aktywność zawodowa w niektórych grupach: zbyt mało pracuje ludzi po pięćdziesiątce i kobiet. W drugim przypadku decydują też patriarchalne wzorce kulturowe. Równie ważne jest jednak stworzenie warunków firmom, by mogły się rozwijać i zatrudniać więcej pracowników, np. uelastyczniając rynek pracy.

Nie da się wrócić do czasów i ustawy Wilczka, między innymi dlatego, że jesteśmy w Unii Europejskiej, co wymusza znacznie bardziej rozbudowane ustawodawstwo gospodarcze. To jednak z drugiej strony nie wyjaśnia i nie usprawiedliwia skrajnej niestabilności przepisów gospodarczych w Polsce. Nowelizacja goni nowelizację i nowelizacją pogania. Sądziłem, że postawię temu tamę poprzez ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Ustawa weszła w życie, ale po pierwsze, praktyka działania urzędów często jest jej obchodzeniem, a ponadto kolejne nowelizacje usuwają tej ustawie zęby, czego skrajnym przykładem jest praktyczne zneutralizowanie zasady "obowiązującej wykładni przepisów prawa podatkowego". Już się wydawało, że casus Romana Kluski nie będzie u nas możliwy i przedsiębiorca, który dostosuje się do przekazanej mu urzędowo wykładni, nie będzie ponosić żadnych konsekwencji, a jednak i to rozwiązanie zostało "skoleinowane" i dalej jedziemy starą ścieżką, mimo że wybudowaliśmy drogę ekspresową.

Jeden z moich znajomych mawiał do podwładnych w takiej sytuacji: "Na nie, to ja mam Sophię Loren" i ucinał wszelkie dyskusje. To premier dobiera sobie współpracowników, to jego drużyna - musi ją tak skonstruować, by była zdolna do wykonania określonych zadań. Przykładowo minister oświaty kieruje resortem, w którym pracuje grupa zawodowa złożona z setek tysięcy nauczycieli - wielka i znacząca korporacja zawodowa. Dlatego nazywam to układem resortowo-korporacyjnym. Jeśli nadrzędnym celem tej korporacji i jej związkowej reprezentacji jest utrzymanie Karty nauczyciela i wynikających z niej przywilejów zawodowych oraz podniesienie ich finansowej wartości, to każdy minister musi się z tym jakoś zderzyć. Inaczej bowiem oświata nie będzie się rozwijać. Jeśli przestraszy się, że mu zrobią akcję protestacyjną, obsmarują go, to do niczego nie jest potrzebny, przegrał. Opór innych nie zwalnia go z odpowiedzialności. Broniąc interesów "podległej" mu korporacji, będzie tylko wzmacniał roszczenia. I słyszał: chcemy więcej. Tak utrwalamy to, co nieefektywne. Popatrzmy, co się dzieje w górnictwie. Przykłady mogę mnożyć.

I niestety politycy nawet takiej klasy jak Włodzimierz Cimoszewicz, który był wówczas marszałkiem Sejmu i potencjalnym kandydatem w wyborach prezydenckich, nie potrafią powiedzieć: nie. Pod koniec lat 90. z kilkoma znakomitymi badaczami opublikowaliśmy raport, w którym stwierdziliśmy, że podstawowym problemem Polski staje się funkcjonowanie państwa. Uznaliśmy, że nie jest ono słabe, ale miękkie. Przede wszystkim z powodu systematycznej ucieczki polityków i urzędników od odpowiedzialności. Nazwaliśmy to syndromem zinstytucjonalizowanej nieodpowiedzialności. Chodziło bowiem o utrwaloną praktykę sprowadzającą się do tego, aby zachować władzę i nie przyjmować odpowiedzialności za jej sprawowanie: odpowiedzialność przerzucać na innych. I gdy patrzę na klasę polityczną, stale widzę dążenie do władzy i ucieczkę od rządzenia.

"Niektórzy podpowiadali mi przez te ostatnie dwa lata: stań na stosie, podłóż zapałkę i zrób jakąś bolesną reformę, że wszystkim pójdzie w pięty. To nie jest polityka. Polityka polega na tym, by przeprowadzić to, co trzeba, ale przy akceptacji społecznej" - to słowa premiera Donalda

Bać się społeczeństwa i obywateli, ulegać nastrojom i baczyć wyłącznie na notowania ośrodków opinii publicznej - to jedno. Przedstawić i uruchomić realizację ambitnej wizji rozwoju kraju oraz podjąć dialog z obywatelami, aby nie tylko uzyskać przyzwolenie, ale aktywne włączenie się w działania rozwojowe - to coś zupełnie innego, to przywództwo.

Nasze partie zawsze potrafiły skutecznie zabiegać o władzę i w sposób zdecydowany wygrać wybory: SLD w latach 1993 i 2001, AWS w 1997 r., PiS w 2005 r., PO w 2007 r. To się udawało, ale z rządzeniem było dużo gorzej. Naszym partiom brakuje zrozumienia, że demokratyczna polityka nie składa się tylko ze zdobywania władzy, ale i wykorzystywania jej do rozwiązywania problemów. Każda partia chce pokonać przeciwników i wygrać wybory, rządzić i wygrać kolejne wybory, to jasne i zrozumiałe. W środku tego pożądanego cyklu jest jednak rządzenie i odpowiedzialność. Na kolejnych wyborach życie się nie kończy. Będą następne. Dlatego rozsądek powinien podpowiadać, że trzeba tak rządzić, aby nie tylko wygrać wybory, lecz aby rozwiązując trudne problemy, być w stanie w przyszłości rozwiązać następne i kolejne. Wtedy społeczeństwo rośnie i się wzbogaca. Dlaczego Niemcy mogli przeprowadzić trudne zmiany, tzw. Agendę Schroedera, w porozumieniu między ugrupowaniami politycznymi? Tymczasem pamiętam, jak wyglądała reakcja w Sejmie na plan Hausnera. PO nie poparła tych przedsięwzięć. Gdy dopytywałem dlaczego, usłyszałem: "to, co proponujecie, jest generalnie słuszne, ale my to zrobimy później i lepiej. Teraz mamy wybory parlamentarne i gdybyśmy was poparli, skorzystałoby na tym PiS".

Tego do końca nikt nie wie. Ale wydaje się jasne, że obecnie łatwiej byłoby rozwiązywać inne problemy, których nie brakuje i nigdy brakować nie będzie. A my zajmujemy się wciąż tym samym, drepczemy, zamiast iść do przodu.

@RY1@i02/2010/216/i02.2010.216.186.0004.001.jpg@RY2@

Fot. Rafał Siderski

BIO: Jerzy Hausner, minister w rządach Leszka Millera i Marka Belki. członek Rady Polityki Pieniężnej

Z Jerzym Hausnerem rozmawia Paweł Rożyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.