Demokracja reglamentowana
W czasach kiedy Woody Allen był jeszcze zabawny, w filmie "Anne Hall" opowiadał historie dwóch dam na kuracji w górach. - Jedzenie, mówię ci, tu jest okropne - skarży się jedna. - Tak - odpowiada druga - i do tego w takich małych porcjach. Prawyborczej debacie PO, czy jak wolą niektórzy, akademii na cześć..., daleko do amerykańskich czy nawet polskich starć wyborczych. Ale jeżeli faktycznie była taka sztuczna, to dlaczego była taka popularna? Dlaczego po 20 latach demokracji wciąż jesteśmy głodni demokracji? Mamy wybory, ale nie mamy wrażenia, że coś wybieramy.
Co kilka lat szefowie partii układają listy wybrańców, a my uczestniczymy w quizie. "Której listy pan/pani bardziej nie lubi?". W zeszłych wyborach bardziej nie lubiliśmy PiS, między innymi dlatego, że PO zapewniała o jednomandatowych wyborach. Dawała nadzieje, że nie partyjne układy, ale lokalne poparcie zdecyduje o tym, kto nas będzie reprezentował w Sejmie. Ale politycy jak to politycy. Przejęli władzę i podciągnęli drabinę. Po co wpuszczać nowych.
Nie ma już mowy o zmianie ordynacji. Są za to prawybory. I znowu ruszyliśmy przed telewizory. Nie dla ślicznej posłanki Muchy i równie gładkiego posła Nowaka, ale w nadziei na autentyczny spór. Alternatywę, prawdziwy wybór. Wyboru nie było. Wyreżyserowany spektakl Donald Tusk nazwał świętem demokracji. Drogi panie premierze, demokracja nie jest do świętowania, tylko do praktykowania.
@RY1@i02/2010/056/i02.2010.056.000.002a.001.jpg@RY2@
Tomasz Wróblewski
Tomasz Wróblewski
tomasz.wroblewski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu