Nieznośna lekkość rządu
Plan zajęcia przez rząd Funduszu Reprywatyzacji nie jest tylko kolejną operacją zasysania przez budżetowy odkurzacz wszelkich odłożonych pieniędzy. Owszem, nie ma powodu, by nie wierzyć Tuskowi i Rostowskiemu, że motyw ich decyzji ma naturę czysto fiskalną. Ale z finansami państwa bywa tak, że definiują one implicite politykę państwa i obnażają jej skrywane założenia. Takie czytanie polityki poprzez decyzje finansowe nabiera znaczenia zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z rządem, który jak diabeł przed święconą wodą broni się przed jednoznacznym definiowaniem czegokolwiek, zachowując stan "nieznośnej lekkości" swoich idei i programu. A takim właśnie jest gabinet premiera Donalda Tuska.
Jeśli więc Fundusz Reprywatyzacji zostanie choćby po części zajęty przez budżet, a na dodatek zminimalizowane zostaną jego przyszłe dochody, będzie to jak mocne antyreprywatyzacyjne expose szefa rządu. Nie jest bowiem tak, jak sugerują ministrowie, iż oto budżet boryka się na co dzień z wypełnianiem podstawowych zobowiązań , a tutaj na rachunku bankowym leżą sobie przeszło 2 mld, z których rocznie wydaje się ledwie 3,5 proc. na odszkodowania. Kiedy na kilka dni przed swoją dymisją premier Hanna Suchocka tworzyła rezerwę reprywatyzacyjną, siedem lat później przemodelowaną na fundusz, miała na celu umożliwienie w przyszłości dokonania reprywatyzacji. Do dziś koronnym argumentem przeciw reprywatyzacji jest bowiem to, iż państwa na sprawiedliwość w tej mierze nie stać. W 2007 r. NIK szacowała, że zgromadzona przez fundusz kwota 2 mld - to najwyżej 15 - 18 proc. minimalnych potrzeb. W rzeczywistości jednak NIK myliła się, bo bez zebrania przynajmniej 20 mld reprywatyzacja się nie zacznie. Tusk likwidując taką szansę, likwiduje zarazem perspektywę reprywatyzacji. Tym razem zapewne na zawsze!
Upór polskich liberałów w tej sprawie jest wart zastanowienia, gdyż wyróżnia ich na tle wyzwolonej z socjalizmu Europy Środkowej. Jest w nim coś z antyziemiańskiego kompleksu środowiska poczuwającego się do reprezentacji nowego biznesu, urosłego już na postkomunistycznych przemianach własnościowych. Jest niechęć do wydatkowania rządowych pieniędzy w interesie marginalnej grupy społecznej, jaką są spadkobiercy ziemiaństwa. Jest też intuicja nastrojów społecznych dzisiejszej - jakby nie było w swych korzeniach proletariacko-chłopskiej - Polski, niechętnej roszczeniom niegdysiejszych warstw uprzywilejowanych. Ale w ostatecznym rachunku, za tym uporem stoi lekceważenie kwestii sprawiedliwości. Uznanie, że chwiejny, amorficzny i bezideowy pragmatyzm władzy jest pewniejszym dla niej codziennym wsparciem niźli obrona sprawiedliwości jako zasady tworzącej ład polityczny.
W rezultacie jedynym beneficjentem ustawowej reprywatyzacji pozostanie Kościół. A fakt ten będzie pogłębiać tylko poczucie niesprawiedliwości stanu rzeczy, wywołując co jakiś czas atmosferę antyklerykalizmu. Państwo wykorzystując swe przewagi, będzie właścicieli wodzić po urzędach, sądach i trybunałach, byle odwlec czas zapłaty. Od czasu do czasu będą się odzywać z wrogimi pomrukami amerykańscy Żydzi, wspierani przez New York Timesa. A następcy Tuska jeszcze za naszych wnuków płacić będą jakieś niezrozumiałe należności, orzeczone przez polskie i międzynarodowe trybunały. Jednym słowem, zostanie jak było. Tylko po co?
@RY1@i02/2010/044/i02.2010.044.000.014b.001.jpg@RY2@
Jan Rokita
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu