Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Partii nie stworzą, ale politycy nie mogą ich ignorować

30 czerwca 2018

Po debacie z premierem Donaldem Tuskiem i zawieszeniu przez rząd prac nad rejestrem stron i usług niedozwolonych pojawiły się głosy, że internauci mogą się stać nową siłą polityczną.

- Niewątpliwie pokazali, że mają potencjał - mówi politolog dr Wojciech Jabłoński.

Wszelkie dotychczasowe badania dotyczące polskich internautów mówiły, że nie lubią oni polityki i nie interesują się nią. Jeszcze w listopadzie 2009 r. D-Link Technology Trend podało, że w ciągu ostatniego pół roku zaledwie 1 proc. internautów odwiedziło stronę prezydenta, 2 proc. - premiera, a 3 proc. szukało informacji na stronie któregoś z ministerstw, partii politycznych czy Sejmu RP.

To wszystko jednak przeszłość, po tym jak pojawił się kontrowersyjny pomysł rządu na stworzenie rejestru stron i usług niedozwolonych, w którym miałyby się znaleźć witryny uznane za łamiące prawo: zawierające treści pedofilskie, służące do e-hazardu i obsługujące nielegalne transakcje finansowe. "Kto nas zapewni, że za chwilę rejestr nie zostanie rozszerzony i nie zaczną do niego trafiać kolejne typy stron, które jakiś urzędnik uzna za nielegalne?" - oburzali się użytkownicy internetu. Pod jednym tylko protestem podpisało się ponad 77 tys. osób.

Po piątkowej debacie z internautami Donald Tusk zapowiedział, że prace nad projektem zostają wstrzymane. "Warto zapamiętać dla historii datę - piątek 5 lutego 2010 r. - jako dzień, w którym powstało w Polsce społeczeństwo informacyjne" - napisał Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. "Cała władza w ręce internautów, jeszcze trochę i będziemy mieli jak w Szwecji i Niemczech własną partię" - cieszył się jeden z blogerów.

Szwedzka Partia Piratów powstała w odpowiedzi na delegalizację serwisu wymiany plików PiratBay oraz prace nad restrykcyjnym pakietem telekomunikacyjnym w UE. W ubiegłym roku partia zdobyła mandaty w Parlamencie Europejskim.

- Sukces debaty rozbudził apetyty i u nas. Choć zapewne rząd jeszcze przed nią zdecydował o zawieszeniu prac nad rejestrem, to rzeczywiście po raz pierwszy władza tak jednoznacznie usłuchała głosu dosyć enigmatycznych internautów - zauważa dr Wojciech Jabłoński. Jego zdaniem to pokazuje, że są oni realną siłą polityczną. - Tyle że jako grupa nie są monolitem i na razie jako wspólnota objawiają się tylko w sytuacji pewnego zewnętrznego zagrożenia, np. rejestru - dodaje Jabłoński.

Przytakuje mu socjolog internetu dr Dominik Batorski. - Ogłaszanie, że to początek społeczeństwa informacyjnego, jest z lekka przesadne, bo to jest proces, a nie jedno wydarzenie. Ale rzeczywiście po raz pierwszy internet pokazał swój nowy wymiar, czyli aspekt obywatelski - wyjaśnia Dominik Batorski.

Jego zdaniem ten sukces może mobilizować ludzi do kolejnych kroków. - Zapewne w najbliższym czasie nie ma co liczyć na polską partię internautów, ale na pewno już żadna partia ani polityk liczący na odniesienie sukcesu nie mogą ignorować tego środowiska - wtóruje mu dr Jabłoński.

Sylwia Czubkowska

sylwia.czubkowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.