Rachunek z prywatyzacji po katarsku
Rząd łamał zasadę otwartej konkurencji podczas sprzedaży stoczni w Gdańsku i Szczecinie - twierdzi NIK. Ale fiasko prywatyzacji nie obciąża ministra skarbu, bo inwestor chciał gwarancji niemożliwych do spełnienia
NIK prześledził, jak rząd dbał o zachowanie interesu publicznego podczas wszystkich etapów prywatyzacji stoczni: od napisania specjalnej ustawy "kompensacyjnej" przez sposób wyłonienia syndyka i jego działalność aż do zakończenia prób sprzedaży. Niemal na każdym etapie odkryli nieprawidłowości. Mimo to ostatecznie NIK ocenił działania administracji na "pozytywnie z zastrzeżeniami".
Wątpliwości kontrolerów wzbudził sposób pisania ustawy regulującej sprzedaż obydwu stoczni. Minister skarbu państwa zdecydował w 2008 r., że pracować nad projektem będzie zewnętrzna kancelaria prawna - mimo posiadania własnych prawników i doświadczonych urzędników z departamentu nadzorującego stocznie. Co więcej, gdy pisano projekt, nie konsultowano się z nimi, czego efektem były późniejsze zastrzeżenia Komisji Europejskiej, która wręcz zagroziła postępowaniami przeciwko Polsce przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.
- Błędem był arbitralny wybór zarządcy, tego samego dla obydwu stoczni, który nie miał żadnego doświadczenia w prowadzeniu likwidacji, a także w branży stoczniowej - informuje Paweł Biedziak, rzecznik prasowy NIK. Zadania te Agencja Restrukturyzacji Przemysłu - bez przetargu - powierzyła kontrolowanemu przez siebie Bud-Bank Leasing. Jak wyliczają kontrolerzy NIK, samo wynagrodzenie przez dwa lata wyniosło 17,2 mln zł, a przy otwartej konkurencji mogłoby być o wiele niższe. Bud-Bank nie miał doświadczeń w przemyśle morskim.
Wśród zadań syndyka była likwidacja majątku stoczni, w tym przeprowadzenie zwolnień. - Koszty programu ochrony pracowników wyniosły 761 mln zł. Biorąc pod uwagę skalę tej sumy, to efekty pomocy w znalezieniu pracy oceniamy negatywnie: spośród ponad 9 tys. zwolnionych osób pracę znalazło jedynie 3 tys. - wylicza Biedziak.
Inspektorzy prześledzili koleje negocjacji rządu z Stiching Particulier Fonds Green- rights, który był określany mianem "katarskiego inwestora". Doszli do wniosku, że Katarczycy rzeczywiście istnieli i cieszyli się dużym wsparciem administracji. Na kolejne tury negocjacji, a także spotkania z własnymi prawnikami ARP przekazywała im pomieszczenia, odbierała również pocztę adresowaną do inwestora. Według NIK Katarczycy ostatecznie wycofali się z powodu cofnięcia im ustnych gwarancji, że nie poniosą żadnej odpowiedzialności finansowej, jeśli zrezygnują z biznesu w Polsce.
Inspektorzy stwierdzili również, że istniała możliwość uzyskania od Katarczyków dodatkowych 6,7 mln zł, ale ta kwota zaprzepaszczona została zbyt późnymi działaniami ministra skarbu państwa. Ostatecznie inwestor stracił jedynie wadium w wysokości 36,1 mln zł.
Izba nie potwierdziła publicznie formułowanych zarzutów, że inwestycja w stocznie była powiązana z kontraktem na dostawę gazu skroplonego do Świnoujścia. Mielibyśmy płacić więcej za gaz w zamian za oddanie im stoczni. - Pozytywnie oceniliśmy działania PGNiG, w wyniku których podpisany został kontrakt na dostawy LNG z 2009 r. Jego warunki, w tym cena, nie odbiegają od warunków powszechnie stosowanych w handlu gazem - mówi Biedziak.
O katarskim inwestorze zaczęło się robić głośno pod koniec 2008 r., gdy resort skarbu państwa kończył przygotowania do przetargu na majątek stoczni w Gdyni i Szczecinie. Ostatecznie przybrał on nazwę funduszu "Stichting Particulier Fonds Greenrights", który zaproponował kwotę 381 mln zł za obydwie stocznie. Media od początku zwracały uwagę, że ta firma jest niezwykle tajemnicza i nie wiadomo do końca, kto za nią stoi. Potwierdzają to dokumenty NIK wskazujące, że finansowanie przedsięwzięcia było uzależnione od wschodniego banku - Qatar Islamic Bank. Minister Aleksander Grad do ostatniej chwili zapewniał opinię publiczną, że Katarczycy wpłacą uzgodnioną sumę i błyskawicznie rozwiną produkcję statków. Ostatecznie jednak pieniądze na polskie konta latem 2009 roku nie wpłynęły i Katarczycy wycofali się z inwestycji, tracąc wpłacone wadium.
ZIR
Robert Zieliński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu