D’Hondt paradoksów
Rozdrobnienie Sejmu nie byłoby żadną wadą, jeżeli znajdowałyby się tam osoby zdolne do komunikacji i współdziałania w interesie ogółu. Niestety, patrząc na polityków, to raczej utopia
Grudniowa uchwała Sądu Najwyższego, że wybory parlamentarne są ważne, stanowi dobry pretekst do refleksji na temat jakości i modelu demokracji, jaki funkcjonuje w Polsce. Jestem krytykiem tego modelu, a październikowe głosowanie utwierdza mnie w zasadności podnoszonych zarzutów. Większość komentarzy skupia się na braku oczekiwanych skutków wprowadzenia jednomandatowych okręgów w wyborach do Senatu. Okręgi jednomandatowe miały przełamać partyjny monopol i zaowocować obecnością w parlamencie kandydatów niezależnych. Pozostawało to w sprzeczności z tym, że w krajach, w których okręgi jednomandatowe obowiązują, system polityczny opiera się na dominacji dwóch partii, wykluczając kandydatów niezależnych. Okręgi jednomandatowe wymagają ordynacji większościowej, a ta z zasady zniekształca preferencje wyborców - zwycięzca głosowania bierze mandat, niezależnie od przewagi nad konkurentami (wystarczy jeden głos).
To jednak nie wszystko. W wyborach do Senatu wygrana wiąże się z mobilizacją dziesiątek tysięcy wyborców. Jak ma ją osiągnąć kandydat niezależny? To nie tylko kwestia środków finansowych na kampanię, ale również wysiłek organizacyjny - ktoś musi rozwieszać plakaty, zaklejać konkurentów, rozdawać ulotki czy organizować wyborcze spotkania na terenie całego okręgu. Na odpowiednie wsparcie liczyć mogą, niejako z definicji, kandydaci partyjni.
Ogromne znaczenie ma także czynnik marki. W wyborach parlamentarnych głos oddawany jest na kandydata, o którym głosujący najczęściej nie są w stanie nic powiedzieć. Wyborca głosuje raczej na partię, z której programem się identyfikuje. Dlatego właśnie tak wiele głosów pada na pierwsze osoby z listy.
Nieznajomość kandydatów przez wyborców stoi również za sukcesami osób o popularnych wśród danego elektoratu nazwiskach. Przykładowo w okręgu chrzanowskim, w którym głosowałem, świetny wynik na liście PiS uzyskał startujący z ostatniego (16.) miejsca, nikomu nieznany Filip Kaczyński. Kaczyński kampanię miał skromną, a większość głosów zebrał poza powiatem, w którym mieszka i pracuje jako urzędnik gminny. Podobny mechanizm odpowiada zresztą za sukces wyborczy Jana Ziobry z okręgu tarnowskiego (także lista PiS). Naturalnie osoby te nie miałyby żadnych szans, startując z list SLD czy PO.
W wyborach do Senatu to właśnie magia marki przesądziła o przepaści, jaka dzieliła kandydatów największych partii PO i PiS od pozostałych nazwisk (zwykle stosunek 3:1 i więcej). A przecież w wielu wypadkach kandydaci partyjni oraz niezależni byli w równym stopniu wyborcom nieznani. Zjawisko marki niesie ze sobą poważne konsekwencje także w przypadku wyborów do Sejmu. Obowiązujące tutaj wielomandatowe okręgi wyborcze pozwalają na proporcjonalny rozdział mandatów pomiędzy kandydatów z wyborczym poparciem. Jako obywatelom powinno nam zależeć na odpowiednim uchwyceniu tej proporcji, nie zaś na zastąpieniu jej ordynacją większościową, pozwalającą czołowym graczom, jak widać w przypadku Senatu, dominować na politycznej scenie. Choć usłyszeć można opinie, że wprowadzenie ordynacji jednomandatowej do Sejmu oznaczać będzie faktyczne zlikwidowanie demokracji w Polsce (dr Rafał Chwedoruk), moim zdaniem już obecna ordynacja wyborcza ma wiele wad. Metoda podziału mandatów pomiędzy ugrupowania biorące udział w wyborach została bowiem tak dobrana, aby umacniać dominację dużych partii w politycznym życiu naszego kraju. Jest to widoczne na kilku płaszczyznach.
Metoda podziału mandatów (metoda D’Hondta) powoduje wiele paradoksów. Prowadzi np. do tego, że znaczny odsetek głosujących nie uzyskuje swojej reprezentacji (w okręgu chrzanowskim było to ok. 25 proc. ważnych głosów). Dodatkowo mandaty otrzymują często osoby zajmujące wysokie miejsca na listach czołowych partii, choć zdobywają mniej głosów niż kandydaci słabszych ugrupowań. Taki przypadek również miał miejsce w okręgu chrzanowskim, gdzie kandydat Ruchu Palikota zdobył więcej głosów niż dwie osoby z listy PiS i jedna z listy PO, które zasiądą w Sejmie. Również dwójka z listy SLD, która nie zdobyła mandatu, otrzymał więcej głosów niż najsłabszy wybrany do Sejmu kandydat z listy PiS.
Racją dla stosowania kontrowersyjnej i dającej nieintuicyjne wyniki metody D’Hondta ma być zapobieganie politycznemu rozdrobnieniu przyszłego parlamentu. Ale, po pierwsze, rozdrobnieniu zapobiega już wymóg przekroczenia 5 proc. poparcia w skali kraju (co eliminuje lokalne inicjatywy), po drugie zaś - co złego w samym rozdrobnieniu?
W ten sposób dochodzimy do kolejnego problemu związanego z ordynacją wyborczą. Rozdrobnienie Sejmu nie byłoby żadną wadą, jeżeli znajdowałyby się tam osoby zdolne do komunikacji i współdziałania w interesie ogółu. Tymczasem poziom klasy politycznej jest na tyle niski, że rozdrobnienie mogłoby skutkować paraliżem prac Sejmu.
Za poziom klasy politycznej odpowiadają władze partii, układające listy wyborcze w poszczególnych okręgach. Na listach dominują działacze partyjni, w kolejności odpowiadającej wpływom w terenie i centrali. Jako ludzie o sprawdzonej lojalności wewnątrzpartyjnej, gwarantują oni bezproblemową współpracę w ramach parlamentarnego klubu. Społeczników, reprezentantów oddolnych inicjatyw, obrońców interesu publicznego czy pokrzywdzonych mniejszości próżno na listach czołowych partii szukać.
W praktyce więc metoda D’Hondta w połączeniu z kształtem proponowanych przez partie polityczne list wzmacnia dominację mechanizmów lojalności i kariery partyjnej w życiu publicznym i parlamencie, przekładając się na obserwowaną marginalizację tego organu władzy publicznej.
Ordynacja wyborcza przewiduje również nadzwyczajną ochronę kandydatów pod postacią tzw. trybu wyborczego, niemającego nic wspólnego z zasadami państwa prawa. Przepisy te wykorzystywane są do dławienia debaty publicznej i ograniczania wolności słowa, a ich ofiarami padają też nieuczestniczący w kampanii wyborczej obywatele, działający w ocenie kandydatów na szkodę ich wyniku wyborczego.
Łamiący konstytucję tryb wyborczy, wypaczające wynik wyborów oraz wpływające na jakość klasy politycznej okręgi jednomandatowe oraz metoda D’Hondta - oto zapisy wymagające zmiany. Podobnie jak absurdalna w dobie dominacji elektronicznych środków przekazu cisza wyborcza czy wciąż nierozwiązany problem głosów nieważnych, które wyeliminować można poprzez wdrożenie prostych środków technicznych. Zasadnicza reforma ordynacji wyborczej leży w interesie wszystkich obywateli, podniosłaby bowiem poziom demokracji w Polsce. Niestety, jest ona sprzeczna z interesem rządzących krajem ugrupowań, także tych niewchodzących w skład koalicji rządowej.
@RY1@i02/2012/003/i02.2012.003.070000800.802.jpg@RY2@
Wojt ek Oksztol /Agencja Gazeta
Jednomandatowe okręgi do Senatu miały przełamać monopol partii. Niestety po podliczeniu głosów w komisjach okazało się, że niezależni kandydaci przepadli w głosowaniu
Dr Mateusz Klinowski
Katedra Teorii Prawa UJ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu