Reformatorzy reformują, pragmatycy konsumują
Lubimy zmiany, ale bywają one bolesne. Dlatego tak bardzo cenimy spokój. Taka jest nasza rzeczywistość: i gospodarcza, i polityczna
Starcie pragmatyków z reformatorami - tak wygląda polska polityka od 1989 r. Raz jedni, a raz drudzy chwytali ster rządów i oddawali go konkurencji po przegranych wyborach. Wyjątkiem jest obecna koalicja PO i PSL, która utrzymała władzę. Tylko dlatego, że Platforma przeszła drogę od partii reform do partii pragmatyzmu. Od wizjonerstwa do polityki ciepłej wody w kranie.
Przed rządami PO polska polityka dzieliła się na następujące po sobie okresy burzy i stabilizacji. Podobnie też dzielili się wyborcy. Wizja reform lepiej odpowiada naszemu charakterowi, bo porywa i zachęca do działania. Ale zmiany niezwykle szybko stają się męczące i bolesne. W odpowiedzi skłanialiśmy się ku pragmatyzmowi, który sprzyja stabilizacji oraz spokojowi. I tak na przemian. - Mam jednak wrażenie, że taki podział nigdy nie dotyczył całości społeczeństwa. Są ludzie, którzy nie chcą niczego zmieniać, oraz ci, którzy chcą zmienić wszystko. Te dwie grupy istnieją równolegle, tylko proporcje między nimi się zmieniają - mówi politolog prof. Antoni Dudek.
Reformowali, bo musieli
Rząd Tadeusza Mazowieckiego przejmował kraj ze zdewastowaną gospodarką. Był zmuszony do przeprowadzenia zmian - wynikało to z logiki ustrojowej zmiany. Choć do dziś toczy się spór, czy reformy musiały być przeprowadzane w tak drastyczny sposób (patrz wywiad z prof. Witoldem Kieżunem str. 2 -5), wątpliwości nie dotyczą kierunku zmian. Nikt wówczas nie stawiał pytań czy, tylko jak. Dlatego wszystkie kolejne ekipy solidarnościowe chcąc nie chcąc też musiały być reformatorskie. Inna sprawa, że mimo wewnętrznych podziałów w tym obozie nikt nie uchylał się od działań. Pierwsza refleksja pojawiła się po wyborach w 1991 r. - Lech Wałęsa odradzał Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu ponowne powierzenie teki ministra finansów Leszkowi Balcerowiczowi. Ówczesny prezydent nie kwestionował jego strategii, ale chciał zmiany, bo Balcerowicz kojarzył się z bardzo bolesnym odcieniem transformacji. Bielecki jednak postawił na swoim, bo reformy musiały być prowadzone. Paradoksalnie reformatorzy musieli ustąpić pragmatykom w chwili, gdy zainicjowane przez nich zmiany zaczęły w końcu przynosić efekty. Polska gospodarka od 1992 r. zaczęła rosną. Ale jednak rok póżniej obóz solidarnościowy poniósł wyborczą klęskę. Zmienił się wektor politycznych sympatii.
Reformowali, bo chcieli
Kolejna reformatorska ekipa doszła do władzy w 1997 r. Rząd Jerzego Buzka z AWS i Leszka Balcerowicza z UW szedł do władzy pod hasłem zmian. Odwaga ich przeprowadzenia miała być atutem. Solidarnościowym elitom wydawało się, że wyciągnęły wnioski z klęski roku 1993. Miały plan, jak nie stracić władzy - reformy miały być przeprowadzane błyskawicznie i w miarę wcześnie miała się zacząć konsumpcja ich owoców. Obu partiom wydawało się, że niedogodności związane z przeforsowaniem w 1999 r. ustaw zmieniających służbę zdrowia, edukację, ustrój samorządowy i system emerytalny szybko miną, i dwa lata później - przed kolejnymi wyborami - fundamentalne zmiany staną się ich atutami. Plan nie wypalił. Media z upodobaniem wytykały rządzącym niedoróbki, do złych nastrojów dołożyła się zwalniająca gospodarka. Reformy zamiast atutem stały się balastem kosztującym utratę władzy. Politycy obu partii nie wytrzymali i skończyło się na rozpadzie obu rządzących ugrupowań.
Mówili, że zreformują. W 2005 r. znów u władzy mieliśmy reformatorów. To nie przypadek, że partie chcące wówczas stworzyć rząd były mutacją AWS i UW oraz jeszcze wcześniejszych ugrupować solidarnościowych. Zapowiedzi były nie mniej ambitne niż w 1997 r. PO i PiS miały budować IV RP na gruzach III. Polityczny romans skończył się jednak bardzo szybko. Platforma nie weszła do rządu, a PiS związany koalicją z LPR i Samoobroną nie bardzo miał jak budować IV RP.
Nauczki z reform
Zapał reformatorów, zwłaszcza na początku lat 90., obracał się przeciwko nim. - Oni byli aż do bólu skuteczni. Mało gdzie tak gigantyczne reformy, niekorzystne dla tak wielkich grup ludności były wprowadzane w życie. Byli skuteczni, ale nie zdawali sobie sprawy z tego, jak skomplikowane jest społeczeństwo. W efekcie stali się więc wyalienowanymi reformatorami - uważa politolog dr Rafał Chwedoruk. - Rządem, który na wielką skalę zrobił reformy i zapłacił za to olbrzymią cenę, był rząd Buzka. Żadna z tworzących go partii nie znalazła się potem w parlamencie. Wyborcy byli bezlitośni i to była nauczka dla kolejnych ekip. PiS próbował wielkiej reformy, ale raczej próbował, niż dokonał. Ich największe zmiany w skali społecznej były nieodczuwalne - podsumowuje prof. Antoni Dudek.
O ile formacje reformatorskie wywodziły się z Solidarności, to pragmatycy pochodzili przede wszystkim z partii postkomunistycznych. Taki rodowód powodował, że byli bardziej zachowawczy, choć czuli się w obowiązku kontynuować prozachodni kurs. Cechą charakterystyczną ekip pragmatycznych było to, że dochodziły do władzy, mówiąc o potrzebie uspokojenia sytuacji. "Tak dalej być nie musi" - to slogan SLD z 1993 r. W 2001 r. Sojusz wygrał pod hasłem "Przywróćmy normalność - wygrajmy przyszłość". Postsolidarnościowym wyjątkiem wśród pragmatyków jest Platforma, która w 2007 r. spokojnie zachęcała "By żyło się lepiej. Wszystkim", jednak bardzo szybko w przekazie partii pojawiły się słowa o normalności.
Rządzący mimo woli
W roku 1993 r. ówczesna lewica dostała prezent. Była równie mocno zaskoczona tym, że będzie rządzić, jak poprzednia formacja tym, że straciła władzę. Szybko jednak zorientowała się, że niechęć do przemian może obrócić na swoją korzyść. Dlatego wystrzegała się radykalnych działań, starała się akcentować kwestie socjalne. Ta niechęć do zmian obróciła się w końcu przeciwko niej, bo narastały kłopoty w górnictwie i służbie zdrowia. I w końcu oddała władzę zapowiadającej reformy koalicji AWS-UW.
Pragmatyzm programowany
O ile przejęcie władzy przez lewicę w 1993 r. było zaskoczeniem, to w 2001 r. na krytyce reform została zbudowana cała strategia polityczna Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ale nie ograniczyła się ona tylko do wyborczych zapowiedzi. Zaraz po dojściu do władzy SLD zniósł kasy chorych wprowadzone przez poprzedników oraz wyprowadził służby mundurowe z powszechnego systemu emerytalnego. - Ten rząd zabił tamte reformy, zanim mogły się rozwinąć - mówi socjolog prof. Ireneusz Krzemiński. To wówczas także pojawił się po raz pierwszy rzucony publicznie przez ówczesnego ministra prywatyzacji Wiesława Kaczmarka pomysł likwidacji OFE, co miało ratować będący w potężnych kłopotach budżet. SLD wystrzegał się wielkich reform, choć gdy była taka potrzeba, działał. Gdy groźny stał się wzrost długu publicznego, powstał plan Hausera; powstał, ale nie wszedł w całości w życie. Mimo wszystko to za rządów tej formacji zaszła największa zmiana. Polska weszła do UE.
Reformatorzy nawróceni na pragmatyzm
Kolejna ekipa pragmatyków doszła do władzy w 2007 r. i rządzi do dziś. To najciekawszy przypadek, bo PO tworzyli politycy ugrupowań postsolidarnościowych. Donald Tusk był szefem KLD na początku lat 90. i wicemarszałkiem Senatu w latach 1997-2001. Zarówno on, jak i wielu innych polityków tego ugrupowania było wcześniej w rządach wprowadzających reformy. Ale wyciągnięte wnioski spowodowały, że partia dokonała zwrotu, czego przykładem było expose w 2007 r. Najdłuższe i najbardziej nudne w historii III RP. Zarówno długość, jak i nuda były celowymi zabiegami, miały pokazać niechęć do wielkich czynów i zmian. Kontrast był olbrzymi nie tylko z poprzednim rządem PiS, lecz także z expose Jerzego Buzka z 1997 r., w którym była mowa o wielkich wyzwaniach i przebudowie kraju.
Kiedy reformatorzy przestają być reformatorami
Podział na reformatorów i pragmatyków niekoniecznie wiąże się z podziałem politycznym. Mamy reformatorów, którzy nimi byli, są i będą. Z jednej strony to Jarosław Kaczyński, który nie porzucił planu przebudowy III RP na IV. Na drugim biegunie jest inny czytelny przykład - to Leszek Balcerowicz. Jego recepty są niezmienne od lat: zmniejszenie wydatków publicznych w relacji do PKB do poniżej 40 proc., dalsza prywatyzacja (nie tylko dlatego, że prywatny zarząd ma być lepszy od państwowej własności, lecz by zmniejszyć polityczną sferę łupów), cięcia wydatków socjalnych, zmiany w systemie emerytalnym i rentowym.
Balcerowicz jest ciekawym punktem odniesienia dla prześledzenia drogi Platformy Obywatelskiej od partii reform do partii pragmatyzmu. Jeszcze na początku rządów PO wiele postulatów zgłaszanych przez Balcerowicza było w twardej czy miękkiej formie zapowiadanych jako postulaty koalicji. Tak było z włączeniem służb mundurowych do systemu kapitałowego czy zmianą sytemu rentowego. Drugi postulat próbowano przeforsować, jednak ustawę zawetował Lech Kaczyński (potem PO nigdy do pomysłu nie wróciła, nawet gdy prezydent się zmienił). W 2012 r. w mocno okrojonej wersji zrealizowano zapowiedź ponownego włączenia służb mundurowych do powszechnego systemu emerytalnego - poprzez wydłużenie wymaganego dla mundurowych stażu służby z 15 do 25 lat. Powodem była polityczna kalkulacja i zbyt wysoka cena, jaką rządząca partia mogłaby zapłacić przy urnie. To jest miara ewolucji PO. - Politycznie bardziej opłaca się być pragmatykiem. Bo ma on większe możliwości manewru, stara się godzić interesy różnych grup. To odpowiedź na pytanie, dlaczego KLD i Unii Wolności nie udało się utrzymać władzy, a PO - tak. Bo Platforma przestała być reformatorem - tłumaczy dr Rafał Chwedoruk.
Kiedy pragmatyk staje się reformatorem
Nie jest tak, że rządy uznawane za pragmatyczne nie przeprowadzają reform. Przeprowadzają, ale starają się nie pokazywać ich jako reform albo je rozwadniają. PO wydłużyła wiek emerytalny i wprowadziła emerytury pomostowe. Najważniejszym rozwiązaniem w ustawie o emeryturach pomostowych była likwidacja wcześniejszych emerytur, co przeszło praktycznie niezauważone w ferworze walki o przywileje branżowe kolejnych grup. Jednym aktem rząd o pięć lat podwyższył wiek emerytalny.
To zmiana, która miała największy wpływ na system emerytalny od 1999 r. i przejścia na system zdefiniowanej składki. Z kolei wydłużenie wieku emerytalnego zostało rozłożone na raty, czego efektem jest to, że wiek przejścia na emeryturę kobiet i mężczyzn zrówna się za 28 lat. Jeszcze dwa lata temu były plany, by cała operacja trwała nieco ponad dekadę. Ta ostrożność to nic innego jak efekt politycznych kalkulacji. - Wydaje się, że w społeczeństwie przeważa większość, która nie chce reform, i rządzący się do tego dostosowują. W Polsce triumfuje filozofia ciepłej wody w kranie. Tusk dlatego rządzi drugą kadencję, bo do perfekcji opanował realizowanie tej filozofii - mówi prof. Antoni Dudek. Ale jest także drugi powód.
Warunki pragmatycznych reform
PO wyciągnęła także inną lekcję ze zmian wprowadzonych przez Buzka. Demontaż reform stał się wyborczym orężem SLD, dlatego politycy PO mówią, że zmiany muszą być wprowadzone w taki sposób, by były nieodwracalne. Testem dla nich będzie trwałość wydłużenia wieku emerytalnego, bo odejście od rozwiązań rządu Tuska to jedno z głównych haseł PiS czy SLD. Dopiero zmiana władzy pokaże, czy to wyborcza retoryka. Bo kolejną lekcją wyciągniętą z dziejów ekip reformatorskich jest to, by sprawdzać, czy wprowadzone zmiany dają zapowiadane efekty.
Właśnie dzieje reformy emerytalnej rządu Buzka pokazują, że reformatorzy nie odrabiają lekcji. Jej koszty dla podatników okazały się większe od zapowiadanych, efekty nie tak zadowalające. - Często zapominamy, że po dużych zmianach powinny przychodzić mniejsze, które je korygują. Nie jest tak, że jedna reforma zmienia świat i potem nie trzeba już nic robić - mówi Irena Wóycicka, minister do spraw społecznych w Kancelarii Prezydenta. Dopiero od kilku lat widać zmianę nastawienia. - Pojawiają się głosy, że musimy myśleć o monitorowaniu ustaw, trzeba myśleć o ich ulepszaniu, poprawianiu, które mogą nie wypalić, podczas gdy same idee mogą być słuszne. Ten brak drugiego oddechu jest bardzo widoczny - podkreśla prof. Ireneusz Krzemiński.
Kto wygrywa w polskim starciu reformator kontra pragmatyk? Możliwe, że ten spór to kontynuacja w życiu politycznym i gospodarczym sporu klasyków z romantykami. Wielkie idee i wzniosłe słowa kontra stąpanie twardo po ziemi. - Reformatorzy przegrywają. Jedyny rząd, o którym padło ostatnio kilka ciepłych słów, to ekipa Mazowieckiego, ale on przegrał wybory prezydenckie w upokarzający sposób. Ale choć reformatorzy ponoszą porażki, to jednak zmieniają rzeczywistość. W przyszłości rządy będą oceniane właśnie przez pryzmat dokonań - podkreśla prof. Antoni Dudek.
@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.000002000.101.jpg@RY2@
artur chmielewski, michał rozbicki(2), bloomberg(10), pe, shutterstock
Grzegorz Osiecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu