Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Partia błądzi, nikt nie rządzi

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 34 minuty

Tylko jeden na trzech Polaków słucha jeszcze, co mówią politycy. Partiom nie wierzymy z zasady. Ich członkowie wciąż tańczą, choć muzyka przestała grać

Mało kto mógł się spodziewać, że po 25 latach od wywalczonej z trudem wolności będziemy mieli w Polsce renesans dowcipu polityczno-partyjnego. Z tą tylko różnicą, że dzisiaj takie dowcipy można publikować w prasie. Oto jeden, bardzo łagodny: Rybak łowi nad morzem. Nagle na wędce coś się trzepocze. Wyciąga małą rybkę i pyta ją: Czy ty jesteś ze złota, rybko? - Nie - odpowiada złowiona - ja jestem z Platformy. Rybak się frasuje. - A czy ty spełniasz życzenia? - pyta. - Nie - odpowiada rybka - ale mogę ci coś obiecać.

Fakt, nikt nam tyle nie da, ile polityk obieca. Właśnie chorobliwe niedotrzymywanie słowa przez przedstawicieli klasy politycznej, nie tylko rządzącej Polską dzisiaj, ale od 1989 r., jest zdaniem specjalistów główną przyczyną tego, że i politykom, i skupiających ich partiom mówimy "żegnam". Przestaje nas obchodzić to, co dzieje się w Sejmie, zwanym przez nas cyrkiem albo domem wariatów, i prawdopodobnie większości z nas nic już nas nie przekona, że polityka to dziedzina, którą warto się interesować. Mimo że wpływa na nasze życie, odrzucamy ją jako brudną, złą i nieatrakcyjną. To, co rozgrzewało nas 25 lat temu - partyjne przetasowania, wojny na górze, sejmowe spory czy ministerialne harce - dzisiaj nie mają już właściwie żadnego znaczenia.

Dobrze znany fetor

Prawie 70 proc. dorosłych Polaków twierdzi, że żadne z funkcjonujących na scenie politycznej ugrupowań nie spełnia ich oczekiwań. I żadnemu nie można zaufać. Nie zasługuje tym samym, by na nie głosować. Większość badanych (52 proc.) jest jednak przeciwna poszerzaniu istniejącej oferty partyjnej o nowe ugrupowania (duży odsetek nie ma w tej sprawie zdania). Uważają, że żadna nowa propozycja nie będzie w stanie niczego zmienić, nie wniesie nowej jakości. Będzie zatem sztuką dla sztuki bez realnego znaczenia, zajęciem dla kilku osób, a ewentualny krótki powiew świeżości szybko zamieni się w nieznośny, dobrze znany fetor. Takie ustalenia przynosi badanie CBOS opublikowane we wrześniu br. ("Aktualne problemy i wydarzenia" (278), 4-11 lipca 2013 r., reprezentatywna próba losowa dorosłych mieszkańców Polski).

Ankieterzy na bazie swoich ustaleń, w sposób dawno niespotykany, w komentarzu do badania piszą jednoznacznie, że mamy dzisiaj w Polsce do czynienia z radykalnym spadkiem poczucia podmiotowości obywatelskiej. Co ciekawe, owa idea podmiotowości została wpisana w preambułę polskiej konstytucji (zasada pomocniczości). Zakłada ona, że społeczeństwo organizuje się oddolnie, samo z siebie i podejmuje różnego rodzaju aktywności, a państwo jest tylko pomocnikiem i działa jedynie w sytuacjach, gdy obywatelskie struktury są zbyt słabe. Ale od lat zasada ta jest jedynie na papierze. A winę za to ponoszą partie polityczne.

Dalsze wnioski z badania są jeszcze ciekawsze i poważniejsze. Mimo przeszło dwóch dekad funkcjonowania demokracji parlamentarnej Polacy rzadziej niż w minionych latach wyrażają przekonanie, że cokolwiek od nich zależy, że mają wpływ na rozwój sytuacji w kraju. To poczucie wywołali w nich w dużym stopniu sami politycy, nie tylko swoim działaniem, lecz także deklaracjami typu: "Polityka nie jest dla każdego", "To nie zawsze czysta gra", "Lepiej się tym nie zajmować i nie interesować". W dużym stopniu robili i robią to nadal po to, aby ograniczyć obywatelską chęć wpływania na sprawy publiczne, decydowania w imieniu jak najszerszej grupy osób, które nie zgadzają się na zawłaszczanie państwa przez partyjnych funkcjonariuszy.

Brak poczucia reprezentatywności partii politycznych wydaje się, według CBOS, pochodną tego zjawiska. Niezbyt duże zaufanie do partii i ograniczona zdolność do partyjnych identyfikacji zawsze w jakimś stopniu Polakom towarzyszyły. Ostrożność w deklarowaniu poglądów politycznych jest wynikiem braku zaufania w stosunku do władzy i partii (wtedy jednej) w okresie PRL. Po 1989 r. zjawisko trzymania dystansu w stosunku do polityki i partyjnictwa przez społeczeństwo traciło lub przybierało na sile. Wyniki tegorocznych badań wskazują jednak na bardzo wysoki, wyższy niż kiedykolwiek, poziom wyobcowania społeczeństwa wobec istniejących ugrupowań, czyli w praktyce również wysoki poziom niedopasowania partii względem wyborców. Wydają się one żyć przede wszystkim własnym życiem, własnymi problemami i walkami, które nie interesują potencjalnych wyborców.

Można by powiedzieć, że odrzucenie polityki przez Polaków to efekt frustracji i nieudacznictwa części społeczeństwa, rezultat powszechnej polskiej niechęci wszystkich do wszystkich. Ale tak nie jest. Brak odpowiedniego reprezentanta wśród ugrupowań funkcjonujących na naszej scenie politycznej najczęściej odczuwają bowiem ludzie młodzi, w wieku 18-34 lata, a także mieszkańcy dużych miast oraz największych aglomeracji, czyli wyborcy najbardziej perspektywiczni i świadomi. Tacy, którym akurat najtrudniej zarzucić zgorzknienie czy bezinteresowną zawiść. Poczuciu braku w tej dziedzinie sprzyja także wyższy poziom wykształcenia. Jeśli chodzi o orientację polityczną badanych, największe trudności z wyborem ugrupowania, któremu można zaufać, zgłaszają osoby deklarujące najbardziej umiarkowane, czyli centrowe (76 proc.) i - w dalszej kolejności - lewicowe przekonania polityczne (69 proc.).

Co ciekawe, niemal 60 proc. osób głosujących do tej pory w wyborach na rządzącą Platformę Obywatelską jest zdania, że dzisiaj nie ma w Polsce partii, która reprezentowałaby ich interesy i na której barki warto by złożyć losy kraju przy okazji kolejnych wyborów. Wśród wyborców koalicjanta PO - PSL - odsetek ten jest jeszcze większy i wynosi 66 proc. (to rekord, jeśli chodzi o brak zaufania wśród własnego elektoratu). Rządzące partie zatem wiodą prym w odpychaniu ludzi od troski o sprawy publiczne. To może, choć nie musi wróżyć ich porażki w kolejnych wyborach.

Skandal niespełnienia

Odrzucenie partii wynika w dużym stopniu ze świadomej weryfikacji obietnic składanych przez polityków przed tym, jak objęli rządy, z tym, co udało im się zrealizować do dzisiaj, czyli przez półtorej kadencji. To porównanie tym bardziej miarodajne, ponieważ po raz pierwszy od chwili wolnych wyborów w Polsce ta sama koalicja i rząd pod kierunkiem tego samego premiera jest u władzy dłużej niż jedną kadencję. Porównując obietnice PO sprzed wyborów z rzeczywistością, mamy co najmniej uczucie niespełnienia - powiedzieliby niektórzy - lub skandalu - dodaliby inni.

I tak postulat nr 1: "Przyspieszymy i wykorzystamy wzrost gospodarczy", nie został zrealizowany. Wzrost w 2006 r. wynosił ok. 6 proc., w 2012 r., po pięciu latach rządów PO-PSL tylko 2 proc. Oczywiście należy brać poprawkę na kryzys, co nie zmienia tego, że nie dotrzymano obietnicy. Postulat nr 2: "Radykalnie podniesiemy płace dla budżetówki, zwiększymy emerytury i renty". Płace dla budżetówki są zamrożone od pięciu lat, a w sprawie emerytur jedyną rzeczą, jaką podniesiono, był wiek uprawniający do uzyskania świadczenia z 60 i 65 lat na 67. Postulat nr 3: "Zagwarantujemy bezpłatny dostęp do opieki medycznej i zlikwidujemy NFZ". Fundusz trzyma się mocno jak nigdy wcześniej. I ostatni już postulat - by nie kopać leżącego - "Uprościmy podatki, wprowadzimy podatek liniowy z ulgą prorodzinną, zlikwidujemy ponad 200 opłat urzędowych". Rzeczywistość: VAT podniesiony z 22 do 23 proc., likwidacja ulg, w tym internetowej (od 2015 r.), brak podatku liniowego.

- Dzisiaj owoc trwającego wiele lat hermetycznego zamknięcia sceny politycznej jest już bardzo dojrzały. Tę hermetyczność wywołał system finansowania działalności partii politycznych. Trzeba cudu, aby pojawił się nowy podmiot, realnie alternatywny dla najsilniejszych, a więc dysponujący podobnym budżetem. Ta niewymienialność elit jest jedną z przyczyn odrzucenia polityki jako całości. Jesteśmy bierni, bo nasze zainteresowanie nie jest w stanie wpłynąć na cokolwiek - ocenia dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Z drugiej strony można stwierdzić, że ludzie mówią o chlebie, politycy o niebie. Ten brak nadawania na jednej fali, odrealnienia partii politycznych i zajmowanie się przez nie wymyślonymi problemami powoduje, że na polityczną aktywność najczęściej reagujemy pustym śmiechem - dodaje ekspert.

W opinii Tomasza Łysakowskiego, psychologa i doradcy biznesu, ubezwłasnowolnienie polityczne obywateli w Polsce bierze się z ułomności rozwiązań demokratycznych. Polska demokracja nie jest bowiem interaktywna, w praktyce nie pozwala na podejmowanie aktywności obywatelskiej częściej niż raz na cztery lata, wtedy gdy każda partia, w okresie godowym, czyli w czasie kampanii wyborczej, czaruje nas hasłami, obietnicami i kolorowymi balonikami, wmawiając nam, że czarne jest białe, a białe czarne. Teoretyczna instytucja referendum, którą niedawno testowali mieszkańcy Warszawy, w związku z koniecznością respektowania określonego progu frekwencji, zamiast pomagać obywatelom w odwołaniu złego, ich zdaniem, polityka, chroni go przed oddolnymi inicjatywami obywatelskimi.

- Gdyby Hanna Gronkiewicz-Waltz była politykiem amerykańskim, dzisiaj nie zajmowałaby już fotela prezydenta Warszawy. Tam bowiem demokracja lokalnych włodarzy nie chroni niemal wcale. Może ich chronić i promować jedynie zadowolenie obywateli, na rzecz których pracują - tłumaczy Tomasz Łysakowski. - Gdyby ponad 90 proc. mieszkańców jakiegoś miasta, którzy poszli do urn, głosowało za odwołaniem prezydenta tego miasta, przeszedłby do historii. W Stanach nie ma bowiem czegoś takiego jak warunek frekwencyjny. Także dzięki temu Arnold Schwarzenegger został gubernatorem Kalifornii. W połowie kadencji jego poprzednik demokrata zwyczajnie został zdjęty z fotela przez część niezadowolonych mieszkańców. Tych, którym chciało się oddać głos. Ci, którzy nie poszli głosować, nie byli brani pod uwagę. U nas tymczasem wciąż dominuje pogląd: Nie idę, bo mój głos nic nie znaczy. Politykom to wcale nie przeszkadza, bo oni sami dla siebie są najważniejsi i w tym położeniu czują się wybitnie - przekonuje specjalista.

- Tym bardziej że polskiej polityce brakuje arystokracji - takich ludzi i takich zachowań. Nie ma tu również uniwersalnych norm, niepodważalnych punktów odniesienia, wartości. W efekcie partie nie szanują ludzi, a ludzie - partii. Politycy zamiast uznania mogą się spodziewać dzisiaj tylko tego, że ich działania będą wywoływać coraz większe zniesmaczenie. Spirala niechęci nakręca się, obie strony zaczynają żyć w coraz większej separacji, a nawet wrogości - ocenia Eryk Mistewicz, konsultant marketingu politycznego, współautor "Anatomii władzy".

Zdaniem Mistewicza oprócz fatalnej, coraz gorszej jakości polskiej polityki wpływ na to zjawisko ma również ordynarne partyjnictwo i tabloidyzacja debaty publicznej. To pierwsze to m.in. pompowanie kół wyborczych, brak nawet pozornej dbałości o dobro publiczne, personalnu kick-boxing i nokauty na wszystkich partyjnych szczeblach, we wszystkich partiach. To drugie wynika w pewnym stopniu z ograniczenia znaczenia opiniotwórczych mediów, które narzucały poziom dyskusji publicznej przez niemal 20 lat, a dzisiaj przeżywają problemy finansowe, na rzecz przekazu niepoważnego i kolorowego, a bywa, że najtańszego i głupiego. Obecnie narzuca on ton opowiadania o polityce i politykach. Ci zaś dostosowują swój przekaz do poziomu środków, jakimi jest rozpowszechniany, by trafiał do jak najszerszej publiczności. To jednak, co sprawdzało się jeszcze niedawno, dzisiaj zaczyna się odbijać nadawcom czkawką. Bo odbiorcy i tego trele-morele mają już dość.

Niech żyje bal!

Politykę i partyjność odrzucamy również dlatego, że nie bardzo lubimy być pod czyimś wpływem, dawać sobą sterować i brać tego, co nam dają, w ciemno, bez weryfikacji. Wiele badań potwierdza, że na przekonania Polaków wpływają różne czynniki, jednak niezmiennie dominujące w tym względzie jest nasze indywidualne, jednostkowe postrzeganie świata. To najistotniejsze dla 8 na 10 osób. Równie wielu z nas upiera się w myśleniu, na wzorcach przekazanych przez rodziców (czasem dziadków lub nauczycieli), uważając je za znacznie poważniejsze i bardziej uniwersalne punkty odniesienia niż to, czym próbują nas zainteresować architekci współczesnej przestrzeni publicznej - politycy czy media. Połowa z nas opiera swój światopogląd na wierze i zasadach religijnych. Kategoria taka jak politycy i partie polityczne w ogóle nie występuje. Z punktu widzenia wzorców zachowań i działań, którymi kierujemy się na co dzień, te osoby i organizacje mogłyby nie istnieć i mało kto ten brak by zauważył. Niezmiennie wśród najcenniejszych wartości, jakimi kierujemy się w życiu, deklarujemy bowiem szczęście rodzinne (84 proc.), a możliwość udziału w demokratycznym życiu społeczno-politycznym interesuje... 1 proc. z nas (badanie CBOS "Normy i wartości w życiu Polaków", przeprowadzone w dniach 10-16 czerwca 2010 r. na liczącej 977 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski).

Specjaliści szacują, że renesans zaufania do struktur publicznych być może byłby możliwy pod ściśle określonymi warunkami, ale nie dają żadnej gwarancji, że ostatecznie możemy liczyć na jakikolwiek namacalny efekt. Jednym z podstawowych warunków jest pojawienie się w polityce zupełnie nowych twarzy, ludzi nie tylko spoza dzisiejszego establishmentu, ale także w ogóle spoza polityki. Powinni oni radykalnie odciąć się od wojen sejmowo-rządowych, zająć się codziennymi problemami Polaków, być wrażliwi społecznie i skupieni na realiach, a nie ideologiach. Mają też być uczciwi i mieć wizję rozwoju kraju. Tyle teoria.

Niestety, te postulaty spływają po aktywnych politykach jak woda po kaczce. Choć ich występy przypominają kabaret, zdają się nie zwracać uwagi na społeczne niezadowolenie związane z tą działalnością. Nie niepokoi ich nawet to, że znaczna część Polaków w żadnej partii nie odnajduje cech, takich jak: uczciwość, skuteczność, rzetelność, odpowiedzialność, rozsądek, mądrość czy posiadanie wizji. Żadna partia zdaniem dużej grupy z nas nie dba o interesy państwa bardziej niż o własne. Ale co tam. Niech żyje bal!

Polska demokracja nie jest interaktywna, nie pozwala na szybkie ukaranie polityka, który się nie sprawdza, partii, która zwodzi. To powoduje nasze ubezwłasnowolnienie w dziedzinie troski o dobro publiczne i długotrwały obywatelski marazm

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.000000700.803.jpg@RY2@

Andrzej Stawiński/Reporter

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.