Demokracja czy fasada
Dla tych, którzy narzekają na jakość polskiej demokracji, mamy dobrą wiadomość. Będzie lepiej. Za jakieś 30 lat
Podniecając się efektownym zwycięstwem Zdzisława Pupy z PiS w wyborach uzupełniających do Senatu na Podkarpaciu, mało kto zwraca uwagę na frekwencję. Ta wyniosła katastrofalne 16 proc. Gdy na początku tego wieku w Szwecji udział obywateli w głosowaniach zaczął spadać poniżej... 80 proc., rządzący postanowili wprowadzić program naprawczy. Uznali, że z demokracją w ich kraju dzieje się źle.
- No cóż. Szwecja i Polska stoją na dwóch biegunach. Tam demokracja wyrasta z bardzo silnych społeczności lokalnych - tłumaczy prof. Edmund Wnuk-Lipiński, socjolog, rektor honorowy Collegium Civitas, zajmujący się badaniem jakości polskiej demokracji. - U nas po kolektywistycznym systemie, który mieliśmy w czasach PRL-u, nastąpił odwrót od więzi lokalnych. Powszechne stało się przekonanie, że inni są nie tyle szansą na współpracę, ile zagrożeniem dla zdobywania rzadkich dóbr. To źródło postaw, które obserwujemy teraz w naszym życiu publicznym - agresji, niechęci do drugiego człowieka, założenia, że nie można mu ufać - dodaje.
W czym profesor upatruje przyczyn tego, że coraz mniej osób chodzi w Polsce na wybory? Frekwencja w 1989 r. wyniosła 62,7 proc., w 2011 r. tylko 48,9 proc. - Jest takie słowo klucz, od którego chyba powinniśmy zacząć. To zaufanie społeczne. Każdy ład demokratyczny funkcjonuje w miarę dobrze, kiedy ludzie sobie wzajemnie ufają. A my, niestety, mamy w Polsce permanentny brak zaufania, zwłaszcza w stosunku do rządzących. Myślenie jest takie: "Wszyscy wiemy, po co ludzie pchają się do władzy - żeby się nachapać" - tłumaczy Wnuk-Lipiński. - A to pociąga za sobą przykre konsekwencje. Po pierwsze, odstręcza od polityki ludzi, którzy nie chcą być narażeni na tego typu oskarżenia. A po drugie, jeżeli wszyscy uważają, że jestem w polityce, żeby się nachapać, no to się nachapię.
Na jeszcze inny problem zwraca uwagę Marcin Zawiła, prezydent Jeleniej Góry, samorządowiec i były poseł, zasiadający w Sejmie przez trzy kadencje. - To kwestia podejścia ludzi do wyborów. Zachowujemy się, jakbyśmy oglądali jury w programie rozrywkowym w rodzaju "Tańca z gwiazdami". Tylko czekamy, kto w debacie telewizyjnej sprawniej komuś dowali. Zbyt mało ludzi czuje się w obowiązku zrozumieć, o co w ogóle chodzi. Albo choćby przyjąć, że problemy dzisiejszego świata są tak skomplikowane, że nie da się ich załatwić od tak, w jednej sekundzie. My nie rozumiemy procesów. Tracimy poczucie tego, że pewne rzeczy dzieją się w czasie, dokonują się na żywych organizmach. Pamiętajmy, że świata nie czyni się idealnym. Świat robi się lepszym - zauważa.
- Źle się dzieje z naszą demokracją? Nie podzielam tego zdania - odpiera zarzuty profesor Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. - To prawda, demokracja ma wiele ułomności, ale ma tę zaletę, że rządy niedemokratyczne są jeszcze gorsze. Uważam, że u nas demokracja bardzo okrzepła przez te 24 lata. Trzeba sobie zdać sprawę, że to pierwszy tak długi i spokojny okres w naszej historii od ponad 250 lat - dodaje.
Prawda czy fałsz
Jaka więc jest ta nasza demokracja? Czy wszystko idzie świetnie, czy jednak na tym idealnym obrazie pojawiają się rysy i pęknięcia? Czy mamy demokrację, czy też jedynie jej fasadę, za którą kryje się bezwolne społeczeństwo dające się ogłupiać garstce cwaniaków?
- Spokojnie. Absolutnie nie przyjmuję stanowiska, że wszystkie ciała wybieralne to kretyni, a demokrację mamy tylko na niby - mówi Marcin Zawiła. - Politycy są reprezentacją społeczeństwa i naprawdę są tacy jak społeczeństwo. A nawet powiedziałbym, że mimo wszystko reprezentacja polityków jest jego trochę lepszą wersją. Bo przecież nie głosujemy, kierując się takim kryterium, że wybieramy najgorszych - wtóruje mu prof. Wnuk-Lipiński. - Poza tym nasze wyobrażenie o kanonie demokracji zostało ukształtowane w poprzedniej epoce medialnej. Teraz demokracja kształtuje się na nowo, pod wpływem elektronicznych mediów. To ogromna rewolucja. W Polsce międzywojennej życie polityczne śledziła ta zbiorowość, która czytała gazety. Czyli kilka procent społeczeństwa. Dzisiaj są to miliony - mówi Tomasz Nałęcz. - Narzekamy na tabloidyzację, na populizm, ale to cena, jaką płacimy za umasowienie polityki - dodaje.
- Rola mediów w polityce jest ogromna - przyznaje prof. Wnuk-Lipiński. Tyle że jego zdaniem są one krzywym lustrem rzeczywistości. Takim, w którym bardzo wyraźnie widać rzeczy niedobre, bo te lepiej się sprzedają. I podaje przykład ze swoich badań. Jeśli zapytać Polaków, jak oceniają swoją sytuację rodzinną, większość odpowiada, że dobrze. Gdy zadać pytanie, jak im się żyje w ich miejscowości, wzrasta odsetek niezadowolonych. Przy pytaniu o sytuację w kraju - niezadowolonych jest większość. Wytłumaczenie tych zależności jest proste - rodzinną sytuację jesteśmy w stanie ocenić na podstawie własnych doświadczeń, w ocenie spraw lokalnych w niewielkim stopniu pomagają nam media. Krajową sytuację oceniamy zaś wyłącznie na ich podstawie.
- Im więcej będzie w mediach merytorycznego głosu, tym lepiej. Ale jak na razie to idzie raczej w drugim kierunku - dodaje Marcin Zawiła. - Nie jestem naiwny, wiem, że to biznes. Ale w chaosie informacyjnym coraz bardziej widać, że potrzebujemy bezstronnego przewodnika dla zagubionego w świecie człowieka. A jak na razie ważna jest sensacja - zauważa prezydent Jeleniej Góry.
Walka na wyniszczenie
Dlaczego Polska stała się krajem, w którym z definicji nikt nikomu nie ufa? Jak żyć w państwie, w którym każdy na każdego patrzy spode łba?
- W najbardziej represyjnej dekadzie, czyli latach 80., poziom zaufania społecznego w Polsce był bardzo wysoki. Rysowała się wyraźna oś: władza - społeczeństwo. Ludzie ufali sobie wzajemnie, a nie ufali rządzącym. Po raz pierwszy coś stało się podczas wojny na górze, kiedy podzieliła się, i to bardzo brzydko, solidarnościowa elita. Ale politycy ostatecznie zniszczyli zaufanie społeczne, kiedy zaczął się konflikt między PiS a PO - stawia diagnozę prof. Wnuk-Lipiński.
- W latach 90., gdy po raz pierwszy byłem prezydentem Jeleniej Góry, nad każdym sporem unosiła się delikatna mgiełka porozumienia. Po prostu wiadomo było, że kiedyś trzeba się będzie dogadać - opowiada Marcin Zawiła. Dziś tego nie ma. Należy zniszczyć przeciwnika, zakwestionować każdy jego ruch. Tak dzieje się na szczeblu lokalnym, tak dzieje się wyżej. Nie ma rzeczy naprawdę istotnych, co do których wszyscy mówią jednym głosem, czy w mieście, czy w kraju. - Niestety to prawda - potwierdza prof. Wnuk-Lipiński. - Brak u nas wspólnego mianownika. Nie traktuje się rywala jak konkurenta, tylko jak wroga. A przecież politycy to ludzie dobrej woli, którzy zdążają różnymi drogami do tego samego celu. Tym celem, tym wspólnym mianownikiem jest racja stanu.
Zdaniem Wnuka-Lipińskiego jest jednak szansa na wyjście z tej sytuacji. - To nic innego jak dziecięca choroba demokracji. Zmiana przyjdzie z czasem. Obecnie rządzą pokolenia okresu rewolucji i zamętu porewolucyjnego, jak to bywa przy radykalnej zmianie systemu społecznego. Duża część elit nie zorientowała się, że rewolucja się skończyła i trzeba zacząć budować. Następne pokolenia już nie będą obciążone tym grzechem.
Podobnie uważa Marcin Zawiła. Jego zdaniem przyzwyczailiśmy się do tego, że sprawy bardzo szybko idą w jakimś kierunku. Bo rzeczywiście tak było po upadku komunizmu: po reformie Balcerowicza, po reformie samorządowej, po uruchomieniu funduszy europejskich. A teraz musimy się przyzwyczaić, że zmiany będą postępowały wolniej.
Możemy to naprawić
Tylko jakie mają być to zmiany? Co można zrobić, by poprawić jakość naszej demokracji? Wróćmy na chwilę do Szwecji. Tam, by usprawnić funkcjonowanie państwa, postanowiono zwiększyć bezpośredni udział obywateli w sprawowaniu władzy. Uznano, że skoro według badań Szwedzi chętnie dyskutują o polityce, są w stosunku do niej bardzo krytyczni i średnio przez 6 godzin dziennie korzystają z mass mediów (radio, gazety, telewizja, internet), jest to podatny grunt dla skutecznego dialogu obywatelskiego. Oczywiście pod warunkiem że metody zostaną dostosowane do potrzeb. W 2006 r. uruchomiono projekt "Dialog obywatelski", w którym wspiera się gminy i województwa w angażowaniu mieszkańców w procesy podejmowania decyzji.
O nas mówi się, że jesteśmy rozpolitykowanym narodem, a dyskusje rozpalają nas do czerwoności. Co prawda od Szwedów różni nas poziom zaufania społecznego. Może jednak właśnie zwiększenie uczestnictwa obywateli w procesie podejmowania decyzji jest tym, czego nasza kulejąca demokracja potrzebuje najbardziej. - Zacząłbym od wprowadzenia ogólnopolskich paneli obywatelskich, w skład których wchodziłaby losowo wybrana grupa mieszkańców. Panele te mogłyby opiniować propozycje zmian w ustawach lub podejmować wiążące decyzje, na równi z referendum - mówi dr Marcin Gerwin, politolog, współzałożyciel Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej. Na swoim koncie ma już duży sukces. To między innymi dzięki niemu Sopot jako pierwsze miasto w Polsce wprowadziło budżet obywatelski. Mieszkańcy mogą sami decydować, na co jest przeznaczana pula pieniędzy wydzielona z miejskiego budżetu. - Warto także rozważyć wprowadzenie zasady, że do rządu wchodzą przedstawiciele wszystkich partii politycznych, proporcjonalnie do wyniku wyborów. Jest to rząd jedności narodowej. Pozwala on łagodzić konflikty pomiędzy zwaśnionymi grupami. Demokracja to nie musi być 50 proc. głosów plus jeden - dodaje Gerwin.
Takie ciało nie byłoby areną ciągłych kłótni, ale zmuszone byłoby współpracować. - Dla każdej z partii w Sejmie byłby to nasz rząd, a nie ich rząd. Byłaby to spora zmiana w jakości polskiej polityki - mówi Gerwin. Kolejny jego pomysł to preferencyjne głosowanie w Sejmie. - Wyobraźmy sobie, że posłowie wybierają marszałka Sejmu. Mamy pięć kandydatur i trzeba je uszeregować w kolejności: od tego, kogo widzielibyśmy w tej roli najchętniej, do osoby naszym zdaniem najgorszej. Po zliczeniu głosów mogłoby się okazać, że najwięcej punktów dostał kandydat drugiego wyboru, który nie budzi skrajnych emocji. To pokazuje, gdzie jest konsensus i zgoda, a nie tylko zwykła większość, która czasem może być wykluczająca - tłumaczy.
Jednak jego zdaniem najważniejsze jest włączenie mieszkańców do współdecydowania, rozwój demokracji lokalnej. - Panel obywatelski to nie utopia. Korzystano z nich z powodzeniem w Kanadzie czy w Australii. W tym pierwszym kraju, w prowincji Kolumbia Brytyjska, zaproszono mieszkańców do wskazania najlepszego ich zdaniem systemu wyborczego. Problem z podejmowaniem decyzji przez polityków polega na tym, że zbyt często kierują się interesem politycznym, a nie względami merytorycznymi. Widzą spadające albo wznoszące się słupki sondaży, a nie dobro ludzi. Mieszkańcy natomiast nie muszą myśleć o wygraniu następnych wyborów, o tym, co pokazać w ulotkach wyborczych. Mogą podejmować decyzje w trosce o dobro wspólne, bez partyjnego obciążenia - mówi Marcin Gerwin. - Na poziomie miasta panel obywatelski tworzyłaby grupa np. 100 mieszkańców, która odzwierciedlałaby strukturę demograficzną miasta pod względem wieku, płci, wykształcenia czy poziomu dochodów. Ale, co ważne, nie powinni być oni wybierani, lecz losowani. Przedstawia się im wszelkie możliwe argumenty za i przeciw, zaprasza się ekspertów, przedstawicieli wszystkich zainteresowanych stron. I to uczestnicy panelu decydują, co w danej sytuacji jest najlepsze. Jest to po prostu merytoryczna decyzja - wyjaśnia.
- To dobre pomysły. Ale pod warunkiem, że panel obywatelski obdarzony byłby zaufaniem. A z tym jest kłopot - studzi zapędy Gerwina Wnuk-Lipiński. - Zgadzam się, że coś trzeba robić. Problem w tym, że zaufanie buduje się bardzo długo. A rujnuje błyskawicznie. Restaurować zaufanie społeczne można przez pokolenia, ale nie przez rok. I tego się żadnym formalnym dekretem nie załatwi - zauważa profesor.
Podobnie myśli Tomasz Nałęcz. - Zaraz zaczną się debaty, kto ma wyłaniać osoby do tego panelu, jak to się robi, jaka jest metodologia. Bałbym się ze względu właśnie na takie spory - mówi prezydencki doradca.
- To ciekawe narzędzie. Ale niech mi ktoś pokaże w Polsce grupę doradzających komuś ekspertów, którzy albo nie mają poglądów politycznych, albo wynik ich prac nie zostanie natychmiast zdyskredytowany przez ludzi, którzy grają w polityce zerojedynkowo - wtóruje mu Marcin Zawiła. - Dlatego takie narzędzie może być stosowane w specyficznych momentach, ale nie na stałe - mówi prezydent Jeleniej Góry.
Jak więc sprawić, by panel obywatelski stał się stałym elementem naszej demokracji. Szanse na to są chyba marne? - Problemem jest przede wszystkim to, że jest to rozwiązanie niemal nieznane - mówi Marcin Gerwin. - Co nie znaczy, że jego wprowadzenie jest zupełnie niemożliwe. Być może któraś z partii włączy go do programu przed wyborami, licząc, że dzięki temu zwiększy swoje szanse. A potem my, obywatele, będziemy musieli to od niej wyegzekwować. Trzeba próbować. Przed wyborami lokalnymi w Sopocie rozmawialiśmy ze wszystkimi kandydatami na prezydenta i większość z nich zadeklarowała, że jest za wprowadzeniem budżetu obywatelskiego. Poparli go ostatecznie radni. I proszę - teraz możemy z tego korzystać - dodaje Gerwin.
- W zasadzie się z tym zgadzam - mówi Marcin Zawiła. - Ale to rodzi pytania. Bo radni, którzy decydują o kształcie budżetu, dostali mandat od mieszkańców. Po co w takim razie mieszkańcy ich wybierali, skoro zostaną oni pozbawieni możliwości podjęcia najważniejszej decyzji? Bardzo szanuję zaangażowanie obywateli. Ale przecież mamy mechanizm wybierania reprezentantów w wyborach powszechnych, bardzo demokratyczny. Przyjęcie panelu obywatelskiego prowadzi do tego, że decyzje wyborcze mają mniejsze znaczenie niż decyzje tej czy innej organizacji pozarządowej, stowarzyszenia albo związku, które tak naprawdę nie mają legitymacji wyborczej. Jeżeli tak ma być, to rezygnujmy z wyborów - mówi prezydent.
Zagrożenia widzi też prof. Wnuk-Lipiński. - Jest przecież druga strona aktywności obywatelskiej. Ludzie mogą chcieć tego, co nam się wydaje dobrem wspólnym, ale mogą też chcieć promować w życiu publicznym swoje partykularne interesy kosztem innych. A wtedy Polska zamieni się w płachtę sukna, która jest rozszarpywana w każdą stronę interesami grupowymi - ostrzega naukowiec.
Czy jest więc nadzieja, że nasi politycy zaczną się zajmować sprawami ważnymi dla kraju, a nie dla nich? - Mam 40 lat. Czy doczekam? - pytam Edmunda Wnuk-Lipińskiego. - Oczywiście. Ale ostrzegam, będzie pan już mężczyzną w sile wieku. Gdzieś koło siedemdziesiątki - śmieje się naukowiec.
Przyjęcie panelu obywatelskiego prowadzi do tego, że decyzje wyborcze mają mniejsze znaczenie niż decyzje tej czy innej organizacji pozarządowej, stowarzyszenia albo związku, które tak naprawdę nie mają legitymacji wyborczej
@RY1@i02/2013/188/i02.2013.188.000002300.802.jpg@RY2@
Patryk Ogorzałek/Agencja Gazeta
W wyborach uzupełniających do Senatu na Podkarpaciu frekwencja wyniosła katastrofalne 16 proc.
Mirosław Mazanec
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu