Ekonomiści są wszędzie
Narzędzia ekonomiczne służą nam dziś do badania wielu dziedzin życia. Ważne są problemy, a nie dyscypliny akademickie
Z Leszkiem Balcerowiczem rozmawia Rafał Woś
Ostatnio opowiadał mi pan o serii "Nobliści", której pan patronuje. Czyje prace wprowadza pan teraz na polski rynek książkowy?
Elinor Ostrom. Jedynej kobiety wśród laureatów ekonomicznego Nobla.
Która na dodatek nigdy ekonomistką nie była.
Formalnie nie. Ale są dwa rodzaje ekonomistów. Jedni skupiają się na klasycznych problemach ekonomii, takich jak inflacja, zatrudnienie, wzrost, systemy finansowe. Na przykład Paul Samuelson czy Milton Friedman. Drudzy patrzą na inne kwestie. I siłą rzeczy lądują w innych dyscyplinach. W socjologii, politologii, prawie. Weźmy na przykład kryzysy. Gdzie wybuchają te najgłębsze?
Tam, gdzie jest nieokiełznany wolny rynek?
Nieprawda. Tam, gdzie mamy zbyt daleko posuniętą koncentrację władzy politycznej. W scentralizowanych strukturach władza od czasu do czasu trafia w ręce psychopatów lub szaleńców. I mamy ludobójcze i zabójcze dla gospodarki pomysły. Jak te Stalina czy Mao. Czyli krótko: stawiamy pytanie o kryzysy gospodarcze w ZSRR i Chinach ludowych, a lądujemy przy odpowiedziach z dziedziny politologii. Ale podziały na akademickie dyscypliny nie są istotne, ważne są problemy.
Ekonomiści zawsze chcą mieć ostatnie słowo.
Narzędzia ekonomiczne służą nam dziś do badania wielu dziedzin życia. Hayek łączył ekonomię z konstytucjonalizmem i etyką. Gary Becker analizował z punktu widzenia ekonomii, jak ludzie dobierają się w pary i skąd bierze się dyskryminacja w pracy. James Buchanan zastosował metody ekonomii do badania polityki. Słusznie, bo ludzie w każdej dziedzinie reagują na bodźce. Im więcej coś kosztuje - nie tylko w sensie ceny, ale szerzej, negatywnych konsekwencji - tym mniejszy będzie na to popyt. Z tego płynie prosta obserwacja: ludzie głębiej się zastanawiają nad podjęciem decyzji, kiedy konsekwencje błędu będą bardzo duże. I odwrotnie. Jeżeli jest dużo wolności, a mało odpowiedzialności, to mamy wiele złych decyzji. I w konsekwencji zawężenie wolności.
Wróćmy do Ostrom. To politolog i socjolog, którą ekonomiści przyjęli do swojego panteonu.
Głównie z powodu książki "Zarządzanie wspólnymi zasobami", która miała w Stanach Zjednoczonych wiele wznowień, a którą teraz udało się wydać po polsku. Ostrom zastanawia się w niej, jakie instytucje powinny rządzić wykorzystywaniem zasobów naturalnych, takich np. jak łowiska ryb. I kto powinien to robić.
Państwo?
Właśnie nie. Ostrom zebrała wiele historycznych przykładów dotyczących łowisk, górskich pastwisk, lasów. I pokazała, że centralizm się w tych przypadkach nie sprawdza. Bo zaraz pojawiają się zbyt wysokie koszty administrowania oraz zaczyna działać mechanizm "wspólne, czyli niczyje". To znaczy takie, z którego każdy chce korzystać jak najwięcej. I zaczyna to niszczyć.
I co proponuje Ostrom?
Oddolne tworzenie rozwiązań instytucjonalnych. Moim zdaniem to jest rodzaj własności prywatnej. Tyle że niekapitalistycznej.
Mówi pan prawie jak socjalista.
Takie rozwiązania według Ostrom nie są oparte na ciepłych braterskich uczuciach. Ważne są żelazne reguły. Pilnie nadzorowane i egzekwowane. Muszą też być sankcje. Żeby uniknąć jazdy na gapę, czyli korzystania ze wspólnych dóbr bez wnoszenia wkładu.
Wydaje mi się to próbą ograniczenia ekspansji kapitalizmu. Bo u Ostrom dobro wspólne też ma być ucieczką przed zasadami wolnego rynku.
Ja tego tak nie widzę. Analizowane przez Ostrom rozwiązania dobrze utrzymują się w grupach izolowanych od świata zewnętrznego. Ale to przecież nie może być uniwersalnym rozwiązaniem.
A jak to działa w Polsce? Mam wrażenie, że my w ogóle nie umiemy mówić o dobru wspólnym.
Wspólne dobro jest często nadużywaną przykrywką dla całkiem prywatnych celów. Ostatnio pojawiła się np. inicjatywa kilku posłów PO, którzy chcą zabronić reklam przydrożnych. Oni sobie nawet chyba nie uświadamiają filozoficznych i etycznych konsekwencji tej inicjatywy. Uznają, że ich gusty są wystarczającą podstawą do tego, żeby ograniczyć czyjąś własność i w konsekwencji dochody innych ludzi. A może chodzi też o zwiększenie swojej popularności. To są prywatne korzyści.
Mnie się taka inicjatywa podoba. W końcu pejzaż to też dobro wspólne.
To niech pan dołączy się do sfinansowania strat poszkodowanych osób. Jeżeli taka ustawa przejdzie, będzie to ograniczenie wolności gospodarczej, czyli kolejna regulacja, podczas gdy hasłem PO jest deregulacja. A konkretnie ograniczenie dochodów właścicieli pochodzących z ich własności. Jedyny uczciwy sposób przeprowadzenia takiej inicjatywy to rzetelna wycena strat, które właściciele gruntu poniosą w wyniku zakazu. Niech wówczas podejmie się decyzję, czy podwyższa się podatki lub ogranicza wydatki, żeby skompensować poszkodowanym owe straty. I byłoby dobrze, gdyby w finansowaniu odszkodowania uczestniczyli projektodawcy regulacji ograniczających cudzą wolność - i w efekcie - cudze dochody.
@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.00000280a.802.jpg@RY2@
Marcin Kaliński
Leszek Balcerowicz wicepremier i minister finansów w latach 1989-1991 oraz 1997-2000, prezes NBP w latach 2001-2007, przewodniczący Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu