Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Zbyt długo idealizowaliśmy system OFE

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Już przed laty podkreślano, że reformatorzy wbudowali w prywatyzację naszych emerytur silne rozwiązania antyrynkowe

Elżbietą Mączyńską

Śledzi pani spór wokół OFE?

Oczywiście. Martwi mnie tylko, że dyskusja przybiera niespecjalnie elegancki charakter. Brakuje akceptowalnej dla wszystkich płaszczyzny porozumienia.

Jak znaleźć ten punkt wyjścia do kompromisu?

Poprzez oderwanie się od detali i spojrzenie całościowe. Taką próbą jest książka Mitchella Orensteina "Prywatyzacja emerytur". Polecam ją wszystkim uczestnikom naszej debaty emerytalnej.

Kilka tygodni temu publikowaliśmy w DGP wywiad z Orensteinem. To amerykański politolog, który przeanalizował przypadki prywatyzacji systemów emerytalnych na świecie. Od pionierskich doświadczeń chilijskich z lat 80., poprzez fascynacje tą ideą w krajach Europy Środkowej i Wschodniej po upadku komunizmu, aż po nieudaną amerykańską próbę wprowadzenia powszechnych prywatnych zabezpieczeń za prezydentury Busha juniora.

Orenstein bardzo rzeczowo przedstawia wady i zalety systemu emerytur państwowych oraz prywatnych. Zwraca uwagę, jaką rolę odegrały w procesie prywatyzacji emerytur organizacje międzynarodowe z Bankiem Światowym na czele. Pokazuje, jakie były interesy wielkich korporacji bankowych, które chciały się dostać do nowej puli pieniędzy. Wniosek z lektury Orensteina jest taki, że prywatyzacji emerytur nie można idealizować. A już na pewno nie tak, jak miało to miejsce w Polsce.

Dlaczego to idealizowanie trwało u nas tak długo?

Sama często się nad tym zastanawiam. Pod wpływem Orensteina wróciłam do raportów z posiedzeń Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów (RSSG), organu doradczego, który działał w latach 1994-2005. Raporty były opracowywane na podstawie debat prowadzonych na forum RSSG w latach 1994-1997, czyli w okresie, kiedy wykuwał się kształt naszej reformy emerytalnej.

I co rada mówiła o OFE?

W debatach uczestniczyli obok członków RSSG eksperci - znawcy problematyki emerytalnej, naukowcy, politycy i parlamentarzyści. Ścierały się różne poglądy, ale generalnie członkowie RSSG zgodzili się, że OFE powinny istnieć. Chodziło o to, żeby zapewnić dywersyfikację źródeł przyszłych emerytur. Finalny raport na ten temat z 1997 r. miał zresztą podtytuł "Bezpieczeństwo dzięki różnorodności". Jedynym członkiem rady, który podważał filozofię prywatyzacji emerytur, był prof. Tadeusz Kowalik, który uznał, że zaprzecza ona społecznej solidarności. Nie znaczy to oczywiście, że pozostali członkowie RSSG popierali OFE bezkrytycznie i bezwarunkowo. Formułowano wiele zastrzeżeń. Na dobrą sprawę już wtedy padały wszystkie te krytyczne argumenty, które powracają dziś przy okazji forsowanej przez rząd Tuska reformy emerytalnej.

Jakie?

Choćby takie, że nie wystarczy stworzyć drugiego czy trzeciego filaru, lecz trzeba zastanowić się nad wyeliminowaniem zaszłości z poprzedniego systemu: różnego rodzaju przywilejów, wyłączeń, rent i osobnych kas. Drugą ważną sprawą, na którą zwracała uwagę RSSG, były silne antyrynkowe rozwiązania wbudowane w filozofię polskiej prywatyzacji emerytur.

Antyrynkowe? Przecież reforma z 1999 r. robiona była właśnie pod sztandarami urynkowienia systemu emerytalnego.

Warto zajrzeć, co się za tymi sztandarami kryje. Antyrynkowość reformy polegała na wprowadzeniu przymusu - nikt z osób urodzonych po 1968 r. nie miał prawa wyboru, czy chce być w OFE, czy nie. Dlatego fundusze emerytalne nie musiały ze sobą konkurować, bo miały zapewniony stały dopływ klientów. RSSG przestrzegała przed tym w raporcie z 1997 r. - wskazywała, że zaproponowane rozwiązanie nie tworzy wystarczającej przestrzeni dla indywidualizacji decyzji o sposobie gromadzenia składek, a tym samym odpowiedzialności za kształtowanie się rent i emerytur. Oceniła proponowane rozwiązania jako nierynkowe, na wskroś administracyjne, antymotywacyjne. Drugi antyrynkowy element to wysokość opłat. Początkowo bardzo wysokich, które dopiero po latach obniżono. Przy czym ja w ogóle uważam i uważałam, że opłat nie powinno być wcale. Można było wprowadzić przecież taki mechanizm jak tzw. success fee (opłaty na rzecz funduszy emerytalnych pojawiają się dopiero po wypracowaniu przez nie zysku z pieniędzy emerytów - red.). Bo proszę sobie wyobrazić, że idzie pan do banku, żeby powierzyć mu swoje 100 zł, a bank chce za to 7 proc. czy 3 proc. tej sumy. Przecież w gospodarce wolnorynkowej jest odwrotnie. To właśnie z tych powodów reformę z 1999 r. można krytykować zarówno z pozycji lewicowych, jak i wolnorynkowych.

Tak jak robi to szef liberalnego Centrum im. Adama Smitha Robert Gwiazdowski w książce "Emerytalna katastrofa".

I bardzo mnie dziwi, że tych wszystkich argumentów nie dostrzegają ludzie broniący OFE w obecnym kształcie. Widzi się tylko jedną stronę - kapitałową, wcale przecież w koncepcji OFE nie najważniejszą. To tak, jakby zaniewidzieć na jedno oko.

A jak pani ocenia postawę rządu Tuska w sprawie emerytur? Niedawno minister finansów mówił w rozmowie z DGP, że on tylko "sprząta po Balcerowiczu".

Zgadzam się, że w procesie transformacji nie udało się uniknąć błędów. Ale też nie było gotowych rozwiązań ani podręczników transformacji, w tym prywatyzacji. Dlatego też wciąż niestety wiele jest do sprzątania. Ale zarzut konieczności sprzątania nie powinien być formułowany w duchu triumfalizmu. W przypadku reformy emerytalnej od początku było jasne, że błędy będą. Prawdziwym grzechem byłoby w tych błędach trwać. Można jednak zapytać - nie tylko zresztą ministra Rostowskiego - dlaczego porządkowanie OFE trwa tak długo?

@RY1@i02/2013/149/i02.2013.149.00000240a.803.jpg@RY2@

mat. prasowe

Elżbieta Mączyńska, profesor ekonomii i prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, wykłada w Szkole Głównej Handlowej

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.