Nowa nomenklatura
Wybraliśmy ludzi, którzy będą decydować o naszych sprawach. Zaufać im i dać dłuższe kadencje, by mogli spokojnie administrować? Czy też lokalni politycy powinni być poddani częstym wymianom, by nie przywykli do władzy?
Z racji wieku dobrze pamiętam poprzedni system. I pamiętam świetnie, czym była nomenklatura i jakie budziła społeczne oburzenie. Grupa ludzi, którzy namaszczeni przez partię znajdowali zawsze zajęcie, przerzucani jedynie na odpowiedni odcinek (jak to się wtedy mówiło), np. z przemysłu ciężkiego do kultury czy z handlu do sportu. Nic nie mogło im zaszkodzić, żadne niepowodzenie zawodowe, przez sam fakt bycia wybranym stawali się nietykalni, co tak wykurzało ludzi w tamtym czasie. Pełnili swojej funkcje latami, nawet wtedy, gdy wszyscy już wiedzieli, że się do tego nie nadają (jedna z bohaterek filmu Stanisława Barei "Poszukiwany, poszukiwana", na pytanie, kim jest jej mąż, odpowiadała: "Mój mąż? Mój mąż jest z zawodu dyrektorem!"). Ich systemowo warunkowana nieodpowiedzialność powodowała, że żadne niepowodzenie gospodarcze czy jakieś inne, szkodliwe dla reszty społeczeństwa, nie odbijało się na ich osobistej pozycji. W tym sensie prywatyzowali oni zyski, a uspołeczniali straty. Mieliśmy nadzieję, że wraz ze zmianą systemu nomenklatura raz na zawsze przejdzie do historii. Czy tak się stało? Wątpię.
Popatrzmy na politykę największych partii w Polsce po 1989 r. Namaszczeni przez nią ludzie zajmowali różne stanowiska, często nijak mające się do ich wykształcenia czy zainteresowań, byli jednak rzucani na dany odcinek zgodnie z wolą partii. Nie zawsze zadowoleni, bo wszak chcieli zostać ministrami obrony, a zostawali kultury, znali się na zdrowiu, a rzucano ich na odcinek sportu, ostatecznie przyjmowali wskazane przez partię stanowiska, jako że wola partii decydowała o wszystkim, a oni sami bez jej wsparcia niewiele znaczyli. Gdy raz weszli na orbitę nomenklatury, pozostawali w niej na zawsze, partia nigdy nie pozwalała na to, aby stała się im krzywda, nawet wtedy, gdy się nie sprawdzili się na żadnym stanowisku.
Popatrzmy też na samorząd. Mieliśmy na początku transformacji złudną nadzieję, że jeśli pozwoli się ludziom decydować o swoich sprawach na poziomie lokalnym, to nastąpi kres wszelkich klik i układów, które tak bardzo wszystkich oburzały w poprzednim systemie. I zrazu zdało się, że ten mechanizm działa, choć tu i ówdzie władzę zachowali przedstawiciele poprzedniej nomenklatury, teraz już jednak demokratycznie wybrani. Jednak z czasem okazało się, że pozbawione kadencyjności władze lokalne tak skutecznie okopały się na swoich pozycjach, pacyfikując wszelkie niezadowolenie metodą kija i marchewki, budując lokalne piramidy, które miały podnosić samopoczucie mieszkańców bez względu na koszty, i wykorzystując cały dany im aparat sprawowania władzy do jej utrwalania, że dziś tak jak dawniej patrzymy na to, co się dzieje na poziomie lokalnym, z poczuciem bezradności i przekonaniem, iż nikt nie jest w stanie nic zmienić, a poszczególnych włodarzy lokalnych może oderwać od ich stołków jedynie wypadek losowy. Takiej demokracji chcieliśmy?
Słyszę wiele głosów poważnych zdawałoby się ludzi, którzy protestują przeciwko wprowadzeniu kadencyjności władz na poziomie lokalnym, twierdząc, że obywatele mają narzędzia, aby władze owe w sposób demokratyczny zmienić. Nie trzeba posiadać żadnych stopni naukowych z socjologii czy politologii, aby wiedzieć, że takie myślenie jest czystą naiwnością. Środowiska lokalne uzależnione od miejscowej władzy stoją często na z góry przegranej pozycji i mogą jedynie jak w poprzednim systemie starać się wyciągnąć maksimum korzyści dla siebie z lokalnego układu, który musi się wytworzyć w wyniku sprawowania władzy przez tych samych ludzi w długim, często kilkunastoletnim okresie. Już starożytni Ateńczycy dobrze wiedzieli, że nic tak nie przeciwdziała korupcji oraz nadużyciom władzy jak kadencyjność, stąd też na wiele urzędów wprowadzili ją nawet na okres... jednego dnia. Być może nieco przesadzili. Faktem jest jednak, że owa kadencyjność już od bardzo dawna uznawana jest w kulturze europejskiej za dobre lekarstwo na ewentualne schorzenia władzy (piszę "ewentualne", bo przecież nie jest tak, że długoletnie rządy muszą z konieczności przynosić zepsucie, nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że często tak czynią). Tym bardziej że nawet w przypadku dobrej władzy zmiana może wynieść do rządzenia jeszcze lepszych, a w każdym razie inaczej myślących, co dla zdrowia całego organizmu społecznego bywa bardzo korzystne (dziś np. przydałaby się fala nowych ludzi inaczej myślących o jakości życia, jako niezw iązanej ze wspomnianymi wcześniej inwestycjami na pokaz, ale z życiem codziennym, akcentujących konieczność odejścia od neoliberalnej optyki miasta dla deweloperów, korporacji, właścicieli klubów sportowych i najbogatszych, na rzecz poprawy lokalnej edukacji publicznej, komunikacji publicznej, zwiększenia liczby powszechnie dostępnych parków i miejsc wypoczynku, przedszkoli i żłobków, a przede wszystkim taniego budownictwa na wynajem czy z regulowanym czynszem). Oczywiście wiąże się z tym ryzyko, że nowa władza może okazać się gorsza od starej, ale bez owego ryzyka nie ma możliwości społecznej poprawy i zmiany, a społeczeństwo, które się nie zmienia, popada w stagnację.
Ogromny poziom frustracji, który jest z pewnością obecny w społeczeństwie polskim, wynika częściowo z przekonania, iż od samych ludzi nic nie zależy, albowiem możni tego świata zawsze znajdą sposób, aby realizować swoje interesy, a nie interesy tych, o których powinni dbać. Frustracja owa jest znakiem degrengolady polskiej (i nie tylko polskiej!) demokracji, przybierania przez nią fasadowego charakteru, co jako żywo zaczyna przypominać losy poprzedniego sytemu. I tak oto ciągłość pewnych procesów zdaje się przeważać nad społeczną wolą zmian, a nastroje społeczne zaczynają przypominać te z lat 70. ubiegłego wieku. Tym bardziej że pojawiająca się tu i ówdzie propaganda sukcesu zaczyna jako żywo przypominać tę z epoki gierkowskiej. Tak jak sugestia naszego sukcesu związana ze wzrostem PKB, z którego przeciętny obywatel nic nie ma z powodu nader nierównego rozdziału wytworzonego bogactwa (bogaci stają się jeszcze bogatsi, a reszta społeczeństwa pozostaje mniej więcej tam, gdzie jest; kanały awansu są zablokowane, a młode pokolenie musi się zadowolić losem wiecznego petenta pukającego do zatrzaśniętych bram względnej stabilizacji materialnej i życiowej), zaczyna przypominać urzędową radość ze spadku cen lokomotyw, który dla przeciętnego obywatela poprzedniego systemu był tak samo obojętny jak dzisiejszy wzrost PKB niemający żadnego wpływu na jego życie. I tak oto następuje powtórka z przeszłości, a rzeczy, z którymi mieliśmy się raz na zawsze rozstać, powracają w nowej postaci jako nasze narodowe przekleństwo.
@RY1@i02/2014/226/i02.2014.226.00000090a.802.jpg@RY2@
Andrzej Szahaj filozof polityki i historyk myśli społecznej
Andrzej Szahaj
filozof polityki i historyk myśli społecznej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu