Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Mowa dziada do obrazu, czyli jesteśmy kilkadziesiąt lat za Amerykanami

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Kampanie wyborcze to nie najlepszy sezon na sprawdzanie rzeczywistej skłonności do służenia społeczeństwu przez jego aktualnych lub potencjalnych przedstawicieli. Pełno deklaracji, obietnic i zapowiedzi, które po wyborach szybko będą zapomniane. Od kilku lat realizuję własny osobisty "program badawczy", którego celem jest sprawdzenie, czy przedstawiciele społeczeństwa chcą i potrafią tego społeczeństwa słuchać. Od czasu do czasu kieruję listy do posłów lub znanych działaczy samorządowych: czasami w sprawach ogólnych, czasami - szczegółowych. Z reguły jest to mowa dziada do obrazu. Żadnej reakcji. Tylko raz otrzymałem odpowiedź, z której dowiedziałem się, że mój list został umieszczony w aktach. Czyli nie wylądował w koszu. No, to już sukces.

A wiele lat temu, będąc studentem uniwersytetu amerykańskiego, na święta otrzymywałem zaproszenia od rodzin, które nie chciały, aby student cudzoziemiec w czasie "Christmas" lub "Easter" był sam w domu akademickim. Pewnego razu mój gościnny gospodarz Cass Falen (Kazimierz Falenczykowski) - lotnik z North Western Airlines - pokazał mi swoją korespondencję z Departamentem Stanu. Był to okres kryzysu berlińskiego. Lotnik z Minneapolis skierował do centrali amerykańskiej dyplomacji swoje propozycje i przemyślenia na temat wyjścia z tego kryzysu. Departament Stanu odpowiedział, że propozycje są studiowane przez ekspertów, oraz podziękował za troskę o sprawy publiczne i pracę włożoną w opracowanie propozycji.

Mniej więcej w tym samym czasie media poinformowały, że prezydent John F. Kennedy otrzymujący tysiące listów tygodniowo wybiera spośród nich piętnaście i odpowiada na nie osobiście. Na pozostałe odpowiadał upoważniony personel Białego Domu. Jeden z listów wybranych przez prezydenta kończył się przypuszczeniem, że prawdopodobnie Kennedy go w ogóle nie zobaczy. Korespondencja dotyczyła celowości pewnych wydatków budżetowych. W swej odpowiedzi prezydent budżet państwa porównał do budżetu domowego rodziny i wyjaśniał motywy, które wpłynęły na taką, a nie inną dystrybucję wydatków.

Dużo później w USA ważnym wydarzeniem było odkrycie, że kongresmen Dan Rostenkowski pieniądze przeznaczone na znaczki pocztowe (w skali roku pokaźna suma) wydatkował na inne cele. Uznano to za skandaliczne nadużycie. Kariera kongresmena zakończyła się. W latach trzydziestych ubiegłego wieku wielu kongresmenów nie odpowiadało na listy od wyborców. Niezwykle popularny wówczas aktor filmowy i dziennikarz Will Rogers apelował do rodaków, aby nie rezygnowali z korespondowania ze swymi reprezentantami. "Pisz do swego kongresmena, nawet jeżeli jest on analfabetą" - zachęcał Rogers. Jego akcja była skuteczna. Na każdy list musiała być odpowiedź. Zasadę tę naruszył Rostenkowski i poniósł za to konsekwencje.

Sądzę, że jesteśmy opóźnieni w stosunku do Amerykanów o kilkadziesiąt lat. Naśladowców Rostenkowskiego jest u nas dużo. Kto zapyta przedstawicieli narodu o wydawanie pieniędzy przeznaczonych na znaczki pocztowe? Dzisiaj w czasach poczty elektronicznej kontakty z wyborcami są łatwiejsze niż kiedyś. Tylko czy są one posłom, senatorom, radnym potrzebne?

Obserwując zachowania i wypowiedzi wielu parlamentarzystów, dochodzimy do mało odkrywczego wniosku, że nonszalancja w relacjach z wyborcami - zamknięte biura, listy bez odpowiedzi - wypływa chyba z przeświadczenia, że relacje te są mało istotne. Ważne są naturalnie wystąpienia w mediach, a zwłaszcza w telewizji, gdzie wielu mówców jest przekonanych, że "ciemny lud to kupi". Wybory europarlamentarne wykazały, że tak nie jest. Niektórzy politycy - wielokrotnie skompromitowani - mimo kosztownych i natarczywych kampanii propagandowych do Parlamentu Europejskiego nie weszli. Jednakże w dalszym ciągu są zapraszani do telewizji i opowiadają nam różne dyrdymały. O jednym z tych polityków zdumiewająco pochlebną opinię wygłosiła niedawno sama pani premier.

W tym kontekście przypominają się słowa wypowiedziane przez obserwatora stosunków politycznych i społecznych w Polsce w XVIII wieku - rezydenta saskiego Essena: "Największym nieszczęściem tego kraju jest to, że opinia publiczna nie karci łajdactw, że one uchodzą za dowcipne figle, że ludzie wielkich imion mogą być bez serca, że tak zwane wyższe towarzystwo nie występuje przeciwko najbrudniejszym faktom, jeżeli tylko ten, co je popełnił, ma krewnych i stosunki, że go przyjmują, oddają mu wizytę, że najpoważniejsze rodziny widzi u siebie i u nich bywa... Uczciwy człowiek w Polsce gdzie indziej uchodziłby za nicponia".

Niestety, ciągle aktualne.

Przypominają się słowa rezydenta saskiego Essena: "Największym nieszczęściem tego kraju jest to, że opinia publiczna nie karci łajdactw, że uchodzą one za dowcipne figle"

@RY1@i02/2014/209/i02.2014.209.000001100.803.jpg@RY2@

Andrzej Wilk nauczyciel akademicki

Andrzej Wilk

nauczyciel akademicki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.