Dorsze i ucho od śledzia
Zdziwią się państwo, ale tęsknię do czasów, w których Julia Pitera tropiła aferę dorszową - czyli proceder używania przez urzędników państwowych służbowych kart do zakupów niezwiązanych z pełnioną służbą publiczną. Wielu ludzi się wówczas podśmiewało, że te zakupy na kartę opiewały na sumy uderzająco skromne, i wskazywało na polityczny, rozliczeniowy charakter akcji pani minister. Chodziło przecież o walenie PiS po głowie, czym się da, chociażby dorszem po 9 zł. Uważałem inaczej - jasne, można było nie używać takich słów, jak "niesłychane" w odniesieniu do zgarnięcia 9 zł, ale summa summarum to dobrze, że ktoś wie, że ktoś śledzi (co ja dzisiaj z tymi rybami?) każdy wydatek służbowy. Za bardzo w Polsce przywykliśmy do tego, że "służbowe", "państwowe", "społeczne" oznacza bezpańskie. No to mamy już inaczej. Państwo wyznacza standardy, a nie ulega standardom mentalnej polskiej wiochy.
Pewnie trzeba te moje ówczesne nadzieje potraktować jako element umysłowej choroby. Siedem lat rządów Platformy Obywatelskiej i jej wiernego ludowego koalicjanta nie zmniejszyło apetytów części, za przeproszeniem, klasy politycznej na dorsze i łososie, byle były służbowe. Posady, deale, granty, wpływy w urzędzie skarbowym, sieć powiązań - oto treść życia politycznego w wielu państwach świata, także w Polsce. Kolejna podsłuchowa afera, której jesteśmy świadkami, również nam to pokazuje. Nawet ludzie relatywnie uczciwi i propaństwowi - są tacy, no właśnie, relatywnie. Jak to pisał Gogol w "Martwych duszach": "Znam ja ich wszystkich: same łajdaki; całe miasto takie. Łajdak na łajdaku jedzie i łajdakiem pogania. Wszyscy judasze. Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia". Oczywiście, Marek Belka czy Bartłomiej Sienkiewicz to nie są, excusez-moi, świnie, ale ich zachowania i sposób rozumowania zaskakująco przypominają komiksowe zachowania politycznych łajdaków. Bardzo, bardzo daleko jesteśmy od afery Rywina. Nikt nikomu nie proponuje w tej rozmowie korupcji, nikt nie powołuje się na tajemnicze wpływy. Od języka charakterystycznego dla tego używanego przez Rywina i Michnika (ten twierdził, że świadomie dostosował się do rozmówcy) jesteśmy bardzo niedaleko nawet wtedy, kiedy bardzo ważny minister rozmawia z bardzo ważnym bankowcem o losach Ojczyzny.
@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.00000200a.802.jpg@RY2@
Jan Wróbel dziennikarz i publicysta
Jan Wróbel
dziennikarz i publicysta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu