Dorsze i ucho od śledzia
Zdziwią się państwo, ale tęsknię do czasów, w których Julia Pitera tropiła aferę dorszową - czyli proceder używania przez urzędników państwowych służbowych kart do zakupów niezwiązanych z pełnioną służbą publiczną. Wielu ludzi się wówczas podśmiewało, że te zakupy na kartę opiewały na sumy uderzająco skromne, i wskazywało na polityczny, rozliczeniowy charakter akcji pani minister. Chodziło przecież o walenie PiS po głowie, czym się da, chociażby dorszem po 9 zł. Uważałem inaczej - jasne, można było nie używać takich słów, jak "niesłychane" w odniesieniu do zgarnięcia 9 zł, ale summa summarum to dobrze, że ktoś wie, że ktoś śledzi (co ja dzisiaj z tymi rybami?) każdy wydatek służbowy. Za bardzo w Polsce przywykliśmy do tego, że "służbowe", "państwowe", "społeczne" oznacza bezpańskie. No to mamy już inaczej. Państwo wyznacza standardy, a nie ulega standardom mentalnej polskiej wiochy.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.