Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Zespół, w którym warto grać

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Lubię pytać. Bo lubię wiedzieć, co ludzie myślą na konkretny, interesujący mnie w danym momencie temat. Bo ciekawi mnie, jakich argumentów użyją. Przed referendum unijnym - blisko 11 lat temu - też pytałam, kogo mogłam. Czy idą oddać swój głos? Jak będą głosować? Dlaczego akurat taki wybór? Zaskoczenia nie było. Odpytywani podzielili się na trzy grupy. W pierwszej znaleźli się ci, których projekt pt. "Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej" w ogóle nie interesował, jakby nie mieszkali w tym kraju i ich to w ogóle nie dotyczyło. Nie mieli w tej kwestii nic do powiedzenia, nawet sloganów medialnych nie umieli powtórzyć. Na słowo "referendum" reagowali tak, jak na zeszłoroczny śnieg, jakby nie miało żadnego znaczenia. Fascynujące, że można tak dalece lekceważyć losy własnego państwa. I swoje przy okazji. Dla uczestników tego grona 1 maja 2004 r. był zwykłym dniem w kalendarzu, wolnym od pracy, bez żadnych oznak świętowania i to nie tylko z powodu akcesji do UE, lecz także tradycyjnego Święta Pracy. Dziś, po 10 latach członkostwa we wspólnocie europejskiej jest im nadal wszystko jedno. Za 20 lat pewnie będzie tak samo.

Druga grupa to zagorzali europrzeciwnicy (nie mylić z przeciwnikami wejścia Polski do strefy euro, co jeszcze przed nami, jeśli się na ten krok zdecydujemy). Do referendum szli, by zagłosować na "nie". Dlaczego? Najkrócej można by rzec, że ze względu na emocjonalne przywiązanie do polskości - wyjątkowej, tradycyjnej, chrześcijańskiej. Nieodmiennie słyszałam o utracie suwerenności (a nawet niepodległości) oraz tożsamości narodowej i kulturowej. O tym, że więcej z całej operacji będzie strat niż zysków. I najlepszy argument, jaki podał mi rolnik: nikt nic za darmo nie daje, Unia też nic nie da, więc jest do niczego niepotrzebna. Kiedy Polska była już w strukturach unijnych i zaczęły płynąć dopłaty bezpośrednie dla rolnictwa, wróciłam do tego rozmówcy. Na moje pytanie, co teraz myśli, odpowiedział krótko: pomyliłem się. Nie stał się euroentuzjastą, ale przestał UE traktować jak wroga. Do dziś utrzymuje stan lekkiego niedowierzania. I tak już najpewniej pozostanie. Podobnie jak w przypadku większości uczestników tego gremium.

Eurozwolennicy (euroentuzjaści) to była trzecia, największa grupa. Dla nich "tak" w referendum było oczywistością, a 1 maja 2004 r. prawdziwym świętem. W ich przypadku uzasadnienie decyzji można by sprowadzić do... nadziei na lepsze jutro. Dostęp do rynku pracy (nawet w pierwszych latach ograniczony), otwarte granice przy podróżowaniu, możliwość osiedlania się w wybranym kraju, różnorodne opcje inwestowania, rozwój gospodarczy Polski - to tylko wybrane, najważniejsze motywy z ich wypowiedzi. Po 10 latach członkostwa naszego kraju w UE powtarzają te argumenty. I bez wahania twierdzą, że warto było. A czy poziom euroentuzjazmu jest taki sam, jak w 2003 i 2004 r.? Różnie. U niektórych się utrzymał. U niektórych trochę osłabł, bo część nadziei pozostała płonna. Pojawiły się elementy rozczarowania i krytyki. Zwłaszcza jeśli chodzi o rozbuchaną biurokrację, przeregulowanie różnych obszarów życia, szybkość działania instytucji unijnych, kierunek zmian. A jak będzie za 10 czy 20 lat? Zapewne też różnie, choć sam euroentuzjazm nie zniknie, o ile sama UE tyle czasu się utrzyma.

Należę do eurozwolenników. Od samego początku procesu integracyjnego nie miałam wątpliwości, że UE jest nam potrzebna bardziej niż my jej. Że sami odrabialibyśmy zapóźnienia po PRL wiele lat dłużej niż jako członek wspólnoty. Że warto dołożyć się do budżetu unijnego, by z niego móc czerpać jak najwięcej. Że nie jest zagrożona nasza suwerenność (tym bardziej niepodległość), choć z jej części będziemy zmuszeni zrezygnować, ale że ta operacja się opłaci. Że nie zaszkodzi naszej tożsamości narodowej i kulturowej, bo jej utrzymanie zależy wyłącznie od nas. Że może wreszcie przestaniemy się czuć jak zaścianek Europy. Dlatego 1 maja 2004 r. to dla mnie data szczególna, trzecia w kategorii ważności - pierwsze miejsce zajmuje 11 listopada 1918 r., gdy wreszcie Polska odzyskała niepodległość, drugie - 4 czerwca 1989 r., gdy odbyły się pierwsze częściowo wolne wybory.

Unia jest jak zespół. Ma w swoim składzie bardzo mocnych zawodników, średniaków i słabeuszy. Gdy 10 lat temu dostaliśmy tu swoje miejsce, należeliśmy do tej ostatniej kategorii. Jednak nie zmarnowaliśmy tej dekady. Ostro się uczyliśmy, dzięki czemu dziś pretendujemy do ligi najlepszych. Nauczyciel był i jest szalenie wymagający: pogania, zmusza do ćwiczeń do upadłego, zwraca uwagę na detale - przez co czasami go nienawidzimy, chcielibyśmy rzucić to wszystko. Ale i sprawiedliwy: gdy nabroimy - karze, gdy zasłużymy - nagradza. Nie mogliśmy trafić lepiej. I jeśli chodzi o nauczyciela, i drużynę.

@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.000002700.802.jpg@RY2@

Jadwiga Sztabińska redaktor naczelna

Jadwiga Sztabińska

redaktor naczelna

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.