Potrzebna komórka do Witosa
Część protestów LPR wobec wchodzenia do UE odbyła się na prośbę premiera Leszka Millera - opowiada Roman Giertych. Oto kulisy naszych negocjacji akcesyjnych
@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.00000160h.101.jpg@RY2@
Polska droga do Unii Europejskiej zaczęła się 4 czerwca 1989 r., gdy komunistyczny porządek nie tyle zaczął padać, ile walić się w gruzy. Niedługo po wyborach otworzyliśmy przedstawicielstwo w Brukseli, choć wejście do Wspólnoty wydawało się równie realne, co wysłanie przez nas misji na Księżyc.
Dla Zachodu byliśmy wówczas państwem ze strefy postsowieckiej.
Rejonu, który choć przestał w nim dominować ZSRR, to pozostawał wielką polityczną i gospodarczą niewiadomą. Ale i u nas - choć od początku mówiono o proeuropejskim kursie - nie było wtedy klarownej wizji dołączenia do Wspólnoty.
Czas przedbiegów
- Na początku lat 90. pisałem z prof. Romanem Kuźniarem przemówienie poświęcone problemom europejskim dla ministra spraw zagranicznych. Podkusiło nas, by podać w nim planowaną datę wejścia do Wspólnoty: wskazaliśmy na pierwszą połowę następnej dekady. Chyba był to 2002 r. - wspomina Marek Grela, były stały przedstawiciel Polski przy UE. Ówczesny szef dyplomacji Krzysztof Skubiszewski, dodaje Grela, stwierdził, że podanie jakiejkolwiek daty jest wróżeniem z fusów. Ale, co ważne, nie pominął jej podczas wygłaszania przemówienia.
W 1991 r. Polska, wraz z Czechosłowacją oraz Węgrami, rozpoczęła rozmowy stowarzyszeniowe, jednak na oficjalne zaproszenie Brukseli musieliśmy poczekać aż do 1997 r. W lutym kolejnego roku rozmowy wystartowały, zaś nasi politycy po raz pierwszy zetknęli się z unijną machiną. Prawdziwym koszmarem okazały się normy, często wyśrubowane, a przy okazji absurdalne. Tak było m.in. ze sporem o ogórki małosolne. Regulacja Rady UE nr 2200/96 stanowi, że ogórek dopuszczony do sprzedaży na unijnym rynku musi ważyć co najmniej 180 gramów. W trakcie negocjacji dzielnie wywalczyliśmy sobie możliwość handlu mniejszymi ogórkami - bo przecież takie małosolne są najlepsze, ale zobowiązaliśmy się oznaczać je jako "małe".
Jednak największe boje toczyliśmy o dwie sprawy: o jak największe wydłużenie okresu, w którym cudzoziemcy nie mogliby kupować u nas ziemi, oraz o jak najszybsze otwarcie dla nas rynków pracy w innych krajach. Ostatecznie przystaliśmy na 12 lat zakazu - choć początkowo obstawaliśmy przy sześciu latach więcej, z kolei państwa Wspólnoty nieco ustąpiły w ograniczeniach swobody przepływu osób. - Negocjacje rządziły się logiką ustaloną przez Komisję Europejską. Zaczęły się od najprostszych i najmniej kontrowersyjnych rozdziałów, czyli kultury i edukacji. Mieliśmy na początku poczucie sukcesu, bo błyskawicznie posuwaliśmy się do przodu. To dobre samopoczucie trwało może półtora roku, potem zaczęły się schody. Najtrudniejsze negocjacje trwały od jesieni 2001 r. do szczytu w Kopenhadze w 2003 r. - mówi Maciej Popowski, zastępca sekretarza generalnego w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych, przedtem dyplomata w Stałym Przedstawicielstwie.
Zły Miller, gorszy Kalinowski
Atmosfera przed szczytem w Kopenhadze była bardzo nerwowa. Bo jeszcze w ostatniej chwili zamierzaliśmy walczyć o wyższe dopłaty dla rolników oraz zwiększenie kwoty mlecznej. - Już na samym początku spotkałem się z premierem Danii Andersem Foghem Rasmussenem, który powiedział, że właściwe negocjacje się już zakończyły i że jeśli mamy jeszcze żądania, to oznacza, że nie jesteśmy przygotowani do członkostwa - opowiada ówczesny premier Leszek Miller.
Możliwe, że był to jedynie blef, bo przyjęcie nowych członków z Europy Środkowo-Vschodniej bez Polski, największego kraju spośród kandydujących, oznaczałoby kompromitację UE. Choć zdaniem Millera nie można było wykluczyć scenariusza, w którym zostajemy odrzuceni. Tym bardziej że Brukseli sekundowali nasi sąsiedzi, bo połowa kwoty unijnego wsparcia dla nowych krajów miała przypaść właśnie nam. - Viktor Orban, premier Węgier, mówił wprost: co nas obchodzi, że Polacy nie wejdą. Jeśli nie są gotowi, nie ma powodów, by Polska blokowała naszą drogę - dodaje Miller. W rozmowach zapanował impas.
Duńczycy mieli harmonogram szczytu dopięty na ostatni guzik: spotkanie delegacji, ogłoszenie wyników negocjacji, szampan i uroczysta kolacja u królowej. Rozpoczęcie rozmów z Polską na temat mleka czy dopłat groziło nie tylko rozsypaniem planu, lecz także tym, że do renegocjacji warunków przystąpienia mogą dołączyć inne państwa.
By przerwać impas, Miller zaproponował dwugodzinną przerwę, by strony mogły jeszcze raz przemyśleć swoje stanowiska. Po tym czasie okazało się, że warto dalej rozmawiać. Miał w tym udział kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder. Gdy duński premier, gospodarz szczytu, pojawił się przed szefami ówczesnej unijnej piętnastki i powiedział, że Polska chce dalej negocjować, spora część polityków nie miała na to najmniejszej ochoty. Ale, jak relacjonuje Miller, Schroeder miał wówczas powiedzieć: - Głupio byłoby rozszerzać UE bez Polski. Odpuśćmy trochę.
Po tym oświadczeniu negocjacje rozpoczęto. Polska miała w nich przewagę, bo jeden z komisarzy relacjonował nam, co się dzieje po unijnej stronie. Z kolei Miller kontaktował się z przyjaznymi Polsce szefami unijnych państw: Schroederem, brytyjskim premierem Tonym Blairem oraz szefem rządu Szwecji Goeranem Perssonem. Ale choć w rozmowach mieliśmy przewagę, kłopoty pojawiły się wewnątrz naszej delegacji. Dla Millera priorytetem było przystąpienie do UE, dlatego nie zamierzał grać tak ostro, jak chciało tego koalicyjne PSL.
Choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to dziwne, to największy niepokój wejście do Unii budziło na wsi: z powodu obaw o wykup ziemi, znacznie mniejszych dopłat niż w państwach "starej" UE i wreszcie regulacji rynku cukrowego czy mlecznego. Do tego spora część PSL była eurosceptyczna, dlatego szef ludowców i ówczesny wicepremier Jarosław Kalinowski znalazł się pod potężną presją i nie chciał ustąpić. Z kolei Miller obawiał się, że zbyt twarde stanowisko w tej sprawie zaburzy całe negocjacje. Dlatego między liderami koalicyjnych partii w przerwie negocjacji z UE także odbyła się ostra rozmowa. - Jeden siedział na schodach, drugi stał nad nim, a reszta obserwowała z boku. Nie było dla nas wtedy pewne, czy Kalinowski nie machnie ręką na negocjacje i nie wróci do Polski, zrywając przy okazji koalicję - relacjonuje Jan Truszczyński, główny negocjator z UE.
- Tłumaczyłem Kalinowskiemu, że została tylko kwota mleczna i czy zamierza z tego powodu rozbijać unijny szczyt i koalicję w Polsce. Był w ponurym nastroju - opowiada Miller. Rozmowę przerwał telefon od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który także był zaniepokojony, bo wcześniej zadzwonił do niego Kalinowski. Kwaśniewski powiedział Millerowi, by zaangażować w rozstrzygnięcie sporu autorytet, który uznają ludowcy. - Powiedziałem mu, że to dobry pomysł. I dodałem z przekąsem, że najlepiej byłoby, gdyby z Kalinowskim porozmawiał Witos. Na to Kwaśniewski: już o tym myślałem, ale nie mam do niego komórki - relacjonuje Miller.
Kalinowski opowiada, że gdy nie ustąpił Millerowi, ten powrócił na salę obrad i oznajmił, że polska propozycja musi zostać przyjęta, bo w przeciwnym razie może się rozpaść koalicja rządowa, a to zaś mogłoby mieć negatywny wpływ na wynik referendum akcesyjnego. I wtedy udało się znaleźć kompromisowe rozwiązanie.
Duńczycy proponowali limit 7 mln ton mleka, które można sprzedać poprzez przetwórstwo, i 2 mln ton, które mogli sprzedawać rolnicy bezpośrednio. Tyle że limit 7 mln ton był mniejszy od ówczesnej produkcji mleka w Polsce, a z kolei sprzedaż bezpośrednia nie istniała. Ostatecznie udało się wywalczyć przesunięcie 1,5 mln ton ze sprzedaży bezpośredniej na przemysł mleczarski.
W sprawie dopłat dla rolników to Bruksela proponowała, by ich wysokość ustalić na poziomie 25 proc. unijnych. Ostatecznie udało się na nie przesunąć dodatkowe pieniądze z rozwoju obszarów wiejskich oraz wynegocjować, że Warszawa może uzupełniać dopłaty środkami z krajowego budżetu. Dzięki temu wysokość dopłat wzrosła do 55 proc. unijnych.
Choć na kolację u królowej było już za późno, negocjacje znalazły szczęśliwy koniec.
Giertych ujawnia
Kopenhaski szczyt był ostatnim akordem kończącym wieloletnie negocjacji akcesyjne z Brukselą. Teraz rząd Leszka Millera musiał jeszcze ratyfikować unijne traktaty. Ale przeszkodą nie do pokonania mógł okazać się art. 90 nowej konstytucji, który wprowadzono specjalnie z myślą o wejściu naszego kraju do UE. Przewiduje on, że zgody na ratyfikację umów międzynarodowych, w których polskie państwo przekazuje część kompetencji organizacji międzynarodowej, można dokonać specjalną ustawą przyjętą przez 2/3 Sejmu lub w drodze referendum.
Zgoda w trybie referendum ma jednak o wiele większą wagę niż decyzja Sejmu, trudno byłoby ją w przyszłości podważać - wszak wypowiedział się naród, a nie politycy, dlatego zdecydowano się na ten wariant.
Problem polegał na tym, że konstytucja wymaga 50 proc. frekwencji jako warunku ważności referendum. W dwóch poprzednich plebiscytach, które się odbyły - w 1996 r. referendum dotyczyło uwłaszczenia, prywatyzacji i reformy emerytalnej, a w 1997 r. przyjęcia nowej konstytucji - frekwencja nie dopisała. Największą groźbą dla akcesji okazywał się nie eurosceptyk, ale leń, który nie pójdzie do urny.
W tym kontekście ważne były dwie kwestie. Maksymalna mobilizacja wyborców i stanowisko polskiego Kościoła. Ten ostatni wyrażał obawy przed wejściem do UE, ale ostatecznie hierarchia poparła akcesję. Tym bardziej że rządząca wówczas lewica starała się pomijać antyklerykalne postulaty. Jednak dla hierarchów kluczowe okazało się stanowisko Jana Pawła II, który podczas wystąpienia na 25-lecie pontyfikatu w maju 2003 r. odniósł się do akcesji w sposób niebudzący wątpliwości: "Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej! To jest wielki skrót, ale bardzo wiele się w tym skrócie mieści wielorakiej treści. Polska potrzebuje Europy".
Jednak nadal pozostawała wielka niepewność co do frekwencji. Zaczęła się intensywna kampania i przekonywanie Polaków do UE. Przyjęto założenie, że przed referendum w każdej gminie ma się pojawić co najmniej dwukrotnie minister lub wiceminister. - Mnie przekonała do tego sposobu sytuacja, gdy inaugurując kampanię, pojechałem na Podlasie i tam w świetlicy było 400 osób. Ktoś z władz powiedział: panie ministrze, to musi być cholernie ważna sprawa, skoro pierwszy raz w historii gminy przyjechał do nas minister - opowiada Lech Nikolski, minister w rządzie Millera odpowiedzialny za referendum.
Zaczęto szukać też innych pomysłów. Instytut Spraw Publicznych zaproponował, by referendum trwało dwa dni. W obozie władzy pomysł forsował Nikolski wbrew początkowemu oporowi Millera i Kwaśniewskiego. Ostatecznie parlament zgodził się na taki tryb, bo chwytano sią każdego pomysłu. Innym była pierwsza w historii Polski kampania esemesowa: do 12 mln użytkowników komórek rozesłano informacje o tym, kiedy jest referendum i do której są otwarte lokale wyborcze.
Kampania miała mobilizować do udziału nie tylko zwolenników UE, lecz także jej przeciwników. Mniej ważne były poglądy, ważniejsze, by poszli do urn. Bo robili frekwencję. - Zależało nam, by eurosceptycy mieli głos i mogli się swobodnie wypowiedzieć - mówi Nikolski.
Ugrupowania eurospceptyczne podjęły rzuconą rękawicę. Choć mogły nawoływać do bojkotu referendum, nie robiły tego. - Wiedzieliśmy, że nawet jeśli referendum okaże się nieważne, o wejściu do Unii i tak zdecyduje Sejm. Ale wiedzieliśmy i to, że nasz dobry wynik w referendum przełoży się na nasz dobry wynik w pierwszych wyborach europejskich. Gdybyśmy zbojkotowali plebiscyt, nie policzylibyśmy naszych głosów - tłumaczy Roman Giertych, ówczesny szef Ligi Polskich Rodzin. I faktycznie - dla Ligi ten scenariusz się sprawdził. W eurowyborach LPR musiała uznać wyższość tylko Platformy Obywatelskiej.
Ale, jak ujawnia Giertych, podczas negocjacji akcesyjnych dochodziło do współpracy między rządem a eurosceptykami. - Czy pan wie, że część protestów LPR wobec wchodzenia do UE odbyła się na prośbę premiera Millera? - opowiada były lider LPR. - Chodziło o to, żeby rząd miał lepsze możliwości negocjowania - mówi Giertych. Politycy lewicy nie przytakują Giertychowi. Jednak taka współpraca wygląda na prawdopodobną: w końcu istnienie eurosceptycznych ugrupowań dawało rządowi mocniejszą kartę przetargową w rozmowach z Brukselą. Miller mógł zawsze powiedzieć: nie możemy już więcej ustąpić, bo Giertych obrzydza Polakom Unię.
Prośba do policji
Samo referendum odbywało się w bardzo gorącej atmosferze. Gorącej dla rządu. Po pierwszym dniu, w którym frekwencja wyniosła zaledwie 16 proc., zrobiło się wyjątkowo nerwowo. Tym bardziej że była piękna pogoda i wiele osób wyjechało na weekend, i nikt nie miał pewności, czy zainteresowani wrócą do domów przed zamknięciem lokali wyborczych o godz. 20.
Tej nerwowości rządu wielu kierowców zawdzięcza to, że tego dnia nie dostało mandatu. - Baliśmy się o frekwencję. Od godz. 16 zaczęliśmy otrzymywać od wojewodów i policji sygnały, że zaczynają się powroty do miast. Poprosiliśmy policję, by nie zatrzymywała nikogo. Przeciwnie, by policjanci pchali ruch do miast i upłynniali go. To był chyba jedyny taki raz, w którym policja była bardzo wyrozumiała - powiada premier Leszek Miller.
Ostatecznie frekwencja wyniosła 58,8 proc., a za wejściem do UE opowiedziało się 77 proc. spośród tych, którzy wzięli udział w referendum. Droga do Unii była otwarta. Jednak jeśli spojrzy się na wyniki plebiscytu, to o jego ważności zdecydowali właśnie eurosceptycy. 4 mln osób powiedziały Unii "nie" - gdyby ludzie ci zostali w domu, frekwencja wyniosłaby ok. 45 proc. Referendum nie byłoby ważne, a o wejściu musiałby decydować Sejm, co miałoby zupełnie inną wagę.
Baliśmy się o frekwencję. Od godz. 16 zaczęliśmy otrzymywać od wojewodów i policji sygnały, że zaczynają się powroty do miast. Poprosiliśmy policję, by nie zatrzymywała nikogo, by policjanci pchali ruch do miast i upłynniali go. To był chyba jedyny taki raz, w którym policja była bardzo wyrozumiała - powiada premier Leszek Miller
@RY1@i02/2014/080/i02.2014.080.00000160h.803.jpg@RY2@
Reporters/Reporter
Szczyt w Kopenhadze w 2003 r. był finałem naszych negocjacji akcesyjnych
Dominika Ćosić
Grzegorz Osiecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu