Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka

Zbyt trudna sztuka myślenia

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Politycy uważają dzisiaj tak: jeśli prawda jest przeciwko nam, tym gorzej dla prawdy

Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Właśnie moja racja jest racja najmojsza" - tak krzyczy z trybuny sejmowej jeden z posłów w filmie "Dzień świra" Marka Koterskiego. Z tym przerysowanym obrazem mamy jednak do czynienia nie tylko w rzeczywistości filmowej. Również w realnej polityce "najmojsza racja" bywa forsowana wbrew docierającym zewsząd sygnałom, że racją wcale niekoniecznie jest.

Wśród polityków powszechne jest bowiem dążenie do z góry wyznaczonego celu, niczym zmierzanie do migoczącego w oddali światełka, po wcześniejszym wyłączeniu krytycyzmu i impregnowaniu się na argumenty, które mogą w czasie tej podróży docierać z zewnątrz. Przedstawiciele władzy prą do rezultatu wyimaginowanego sobie często pod publikę w czasie kampanii wyborczych i głównie w celu przyciągnięcia uwagi potencjalnych wyborców. Nawet jeśli cel jest nierealny lub nie opłaca się go realizować, oni wciąż, niczym koń z klapkami na oczach, podróżują w jego stronę. Przy czym dodatkowo często chodzi jedynie o to, by króliczka gonić, a nie złapać.

Na jakiekolwiek badania społeczne by spojrzeć, i to na przestrzeni ostatnich 25 lat, wniosek dotyczący polityków i oceny ich zachowań oraz motywacji przez społeczeństwo zawsze jest podobny. Negatywny. W naszej dominującej opinii politycy dbają głównie o własny interes i są odporni na wszelkie argumenty mające na celu podważanie tego interesu. Dlatego bezrefleksyjnie dążą do realizacji swoich zamierzeń. Bywa, że jest to interes związany jedynie z publicity lub dbałością o dobro własnego środowiska. Wtedy jest to szczególnie naganne.

- Besserwisser - to niemieckie określenie kogoś, kto wie wszystko najlepiej, idealnie oddaje postawę większości naszych polityków - ocenia Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. - Nie potrafię jednak zrozumieć, skąd bierze się to polityczne przekonanie o wyższości, szczególnie że jest ono zupełnie papierowe. Wielu tzw. polityków bowiem w realnej rynkowej rzeczywistości by zginęło. To ludzie, którzy w większości przypadków nigdy nie prowadzili żadnych firm, nie wystawili żadnych faktur, nie będąc pewnymi płatności. Zawsze byli na garnuszku - albo państwa, albo pracodawcy. W czym są zatem lepsi, by być tak mało refleksyjnymi? Tym bardziej to ich impregnowanie na krytyczne argumenty musi budzić politowanie - przekonuje Roszkowski.

Skutki nie do przewidzenia

Przykładów znaleźć można mnóstwo. Poczynając choćby od słynnych darowizn, które zamiast stać się narzędziem realnej wzajemnej pomocy dla członków rodzin, okazały się ordynarną metodą unikania opodatkowania poprzez zmniejszanie podstawy należnej państwu daniny. Niemal zapomniane, jak wprowadzenie obowiązkowego ubezpieczania się uczniów w szkołach. Wciąż aktualne, jak problemy szpitali powiatowych, które zdaniem polityków miały się i scalać, i prywatyzować, tymczasem ani jednym, ani drugim nie są zainteresowane.

Twórcy z kolei nie byli wcale zainteresowani zmianami wprowadzonymi niedawno przez rząd dotyczącymi opodatkowania ich dochodów. A rodzice sześciolatków obowiązkowym posyłaniem ich do szkół. Tylko co z tego, skoro polityczne besserwisserstwo i tak wszystkie te pomysły przeforsowało.

W przypadku darowizn niemal od początku było jasne, że wcale nie zamierzamy uczciwie obdarzać się finansowymi podarunkami. Ale mimo że było to jasne dla wszystkich, politycy uparcie ten pomysł popierali. Zupełnie nie brali pod uwagę, że to, iż wzajemnie podpisywaliśmy sobie dokumenty poświadczające przekazanie określonych kwot, wcale nie oznaczało, że je sobie rzeczywiście wręczaliśmy. Najczęściej była to przysługa za przysługę: brat udawał, że obdarowuje siostrę, a siostra, że jest szczególnie hojna dla brata. I tak po roku tego cudownego wzajemnego pomagania fiskus stracił, jak szacowali eksperci, co najmniej 400 mln zł. Taka kwota mogła bowiem zasilić państwowe konta, ale na zawsze pozostała poza zasięgiem skarbówki.

Niemal identyczny mechanizm impregnacji zastosowano przy popularnym swego czasu pomyśle obowiązkowych szkolnych ubezpieczeń. Wprowadzono go w sytuacji, w której wśród dorosłych Polaków świadomość ubezpieczeniowa jest na minimalnym poziomie, a po skończeniu szkoły polisy wykupuje jedynie 20 proc. z nas. Mimo to politycy wiedzieli lepiej, że obowiązkowe zabezpieczenie będzie lekiem na całe szkolne zło, a do tego zbuduje wśród młodych Polaków świadomą odpowiedzialność i perspektywiczne myślenie na temat własnej przyszłości, zakładające minimalizację niebezpieczeństw. Brzmiało to co najmniej tak pięknie, jak nierealnie. Protestowali rodzice i dyrektorzy szkół, argumentując, że regulacje są głównie w interesie firm ubezpieczeniowych. Nawet bowiem jeśli szkoły ubezpieczały się w ramach dość tanich polis zbiorowych, każda z kilku tysięcy działających w Polsce zasilała towarzystwa rocznie kwotami przekraczającymi 10 tys. zł. Oczywiście był to koszt ponoszony nie przez placówki, ale rodziców uczniów.

Powiatowe szpitale w zamyśle polityków miały łączyć siły, ponieważ działając na terenie kilku powiatów, mogłyby osiągać zdecydowanie lepsze wyniki finansowe. Potem miały być prywatyzowane, by działać jeszcze skuteczniej. Sęk w tym, że żaden z powiatowych szpitali nie był i nie jest zainteresowany integracją z sąsiadami. Z dość prostych przyczyn. Zwykle jest on bowiem jednym z największych pracodawców na terenie swojego samorządu, więc starosta, któremu podlega, robi wszystko, by ten atrakcyjny "towar" trzymać we własnym ręku, mieć wpływ na to, kto w placówce pracuje. Lokalnie również szpital kojarzy się z bezpieczeństwem - pomoże przecież w podbramkowych sytuacjach zdrowotnych, szczególnie jeśli jest "nasz", leży blisko naszego domu. Gdyby na przykład z wysoko gorączkującym dzieckiem albo ze złamaną nogą trzeba było jechać 40 km dalej, trudno by było być zadowolonym. Siłowe łączenie szpitali zatem forsowane na pewnym etapie przez część polityków od początku było skazane na niepowodzenie. Było działaniem wbrew zdrowemu rozsądkowi, a przynajmniej wbrew woli ludzi, którym szpitale te mają pomagać.

Podobnie jak w przypadku nienaturalnej dbałości o interesy ubezpieczycieli, dbałością - tym razem o interes państwowej kasy - wykazali się rządzący, kasując ulgi podatkowe dla twórców. Wcześniej podstawę opodatkowania stanowiło 50 proc. ich przychodów bez względu na wysokość uposażenia, dzisiaj obowiązuje próg 85,5 tys. zł, powyżej którego trzeba już płacić PIT w oparciu o standardowe procedury. Tu impregnacja na argumenty dotyczące specyfiki pracy artystów była nawet motywowana dobrem wyższym, ponieważ obcięcie przywileju to jedna z metod obniżenia deficytu finansów publicznych, czego wymaga od nas Bruksela. Dość szybko jednak okazało się, że korzyści ze zmian nie są tak oczywiste, jak spodziewał się tego rząd. Zdecydowana większość twórców, o czym głośno mówili na etapie projektowania zmian, z działalności podstawowej, czyli artystycznej, osiąga bowiem wpływy nieprzekraczające progu ustanowionego przez ustawodawcę. Narzędziem obniżenia deficytu zatem zabieranie ulg się nie stanie, ale i ta muzyka politykom w tańcu nie przeszkadza.

I wreszcie przykład koronny. Reforma edukacji, która rodzicom najpierw pozwoliła, a od 2015 r. już nakazała wysyłanie do szkół dzieci sześcioletnich. Nie zawsze przygotowanych emocjonalnie na naukę sensu stricte, a nie na łączenie jej z zabawą, jak ma to miejsce w przedszkolach. Do tego do szkół bardzo często niedostosowanych do przyjęcia małych dzieci. Wielu ministrów edukacji przekonywało, że rodzicielskie obawy to zwyczajne fanaberie, a edukacyjna hipochondria tylko dzieciom zaszkodzi. Rodzice tymczasem, wiedząc lepiej, co dla ich dzieci dobre, robili i wciąż robią wszystko, by hurraoptymizm rządu w tej sprawie odczarować. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Jak pisaliśmy w czwartkowym wydaniu DGP, w tym roku aż co piąty sześciolatek objęty obowiązkiem szkolnym (urodzony w pierwszej połowie 2008 r.) nie pójdzie do pierwszej klasy, ponieważ brakuje mu gotowości szkolnej. Władza wciąż jednak wie lepiej. Minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska uważa, że "poradnie psychologiczne wydają opinie o braku szkolnej gotowości dzieci, bo oczekują tego od nich rodzice". Trudno o przejaw większej arogancji.

Dwa światy

Zdaniem ekspertów partie polityczne i ich członkowie wyspecjalizowali się dzisiaj w realizacji celów sondażowych. Polityka jest kreowana przez aktualne preferencje swoich i tylko swoich wyborców. Politycy podporządkowują się im w stopniu totalnym i zamykają na podpowiedzi zewnętrzne według zasady "po nas choćby potop". Ta formuła jest jednak coraz mniej skuteczna, a jeśli - to jedynie na bardzo krótką metę.

- Politycy i społeczeństwo to dwa różne światy. Partie są finansowane przez państwo, więc są też oderwane od ludzi, nie czują się zobowiązane do rzeczywistego reprezentowania ich. Obywatele zatem są dzisiaj władzy niepotrzebni, ważni stają się jedynie dwa miesiące przed wyborami, jako wyborcze mięso, instrument użyty do wrzucenia do urny karty do głosowania - stawia ostrą diagnozę prof. Kazimierz Kik z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. - Do wszystkich partii politycznych należy dzisiaj mniej niż 1 proc. Polaków, więc realna reprezentacja polityczna w społeczeństwie jest żadna. A oceny działań polityków zwykle są skrajnie negatywne. Trudno zresztą, by było inaczej, ponieważ dzisiaj nie reprezentują oni ludzi i nie reagują na ich potrzeby, są zajęci swoimi celami, a dominujące wśród nich to dopieścić wielki kapitał i korporacje - dodaje prof. Kik.

Rzeczywiście oceny działań polityków jeszcze nigdy nie były tak jednoznacznie złe. Z badania CBOS opublikowanego w lutym 2014 r. wynika, że negatywnie o działalności Sejmu wypowiada się siedmiu na dziesięciu ankietowanych (70 proc., od stycznia wzrost o 3 punkty), a o funkcjonowaniu Senatu - ponad połowa (55 proc., również wzrost o 3 punkty). Pracę poszczególnych posłów dobrze ocenia zaledwie jedna szósta badanych (16 proc.), a senatorów - jedna piąta (20 proc.). Miesiąc wcześniej ta sama pracownia pytała nas także, komu należy się tytuł polityka roku 2013. Prawie dwie trzecie ankietowanych (63 proc.) nie umiało wskazać ani jednej osoby, która by na takie wyróżnienie zasłużyła. Pozostali badani wymienili w sumie ponad czterdzieści nazwisk, z których tylko pięć osób uzyskało przynajmniej po 2 proc. głosów. Ta niechęć wydaje się naturalna choćby dlatego, że 44 proc. z nas stawia znak równości między pojęciami "władza" i "patologia", a w opinii aż co czwartego Polaka w Polsce rządzą kliki, układy, złodzieje, cwaniacy i mafia.

- To prawda, że politycy są zbudowani z hartowanych materiałów, przez które trudno przebić się z rzeczową argumentacją. Jedyną motywacją udziału w polityce jest bowiem korzyść ekonomiczna, co zresztą widać choćby ostatnio w przechwałkach europosłów, jacy to są zamożni. Skoro nie ma innych motywacji, to i cele działań muszą być ściśle zaszeregowane. Cokolwiek zatem by się mówiło i jak przekonywało, oni zawsze będą wszystko robić po swojemu. Niestety, bez względu na konsekwencje - przewiduje prof. Kazimierz Kik.

Brak dialogu i brak chęci prowadzenia go szczególnie po stronie polityków, wyobcowanie, arogancja i buta - to wszystko, zdaniem specjalistów, immanentne cechy polskiej rzeczywistości. - W takich warunkach żadne argumenty kwestionujące działania władzy nie mogą być i nie są brane pod uwagę. "My, władza" zawsze ma rację - mówi dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Zdaniem Marcina Roszkowskiego z Instytutu Jagiellońskiego politycy w większości wypadków są, jakkolwiek drastycznie by to zabrzmiało, ograniczeni umysłowo, mało który byłby w stanie intelektualnie zawojować świat, więc siłą rzeczy poruszają się jedynie w wyżłobionych koleinach. W ogóle nie wyobrażają sobie, że mogliby szerzej pojmować rzeczywistość, wyciągać z niej nieoczywiste wnioski, doszukiwać się głębszych, konstruktywnych refleksji.

- Dodatkowo jest to niebezpieczne dla Polski, bo na przykład w czasie pracy nad określonymi ustawami może służyć realizacji celów suflowanych politykom przez lobbystów. To wcale nie jest rzadka praktyka - dodaje Roszkowski.

Stanowczość zamiast arogancji

Pytanie jednak, czy polityczna teflonowość zawsze musi być jedynie złem? Może jednak bywają sytuacje, w których bezkompromisowe dążenie do celu, bez oglądania się na krytykę, prowadzenie karawany, choć psy szczekają, jest wskazane? Czy odwrotnie niż zwykle w tej beczce dziegciu da się znaleźć łyżkę miodu?

- Władzę bierze się po to, by przeprowadzać zmiany. Polityk powinien umieć bronić swoich racji, tym bardziej jeśli reformy mają określony, jego zdaniem ważny cel - tłumaczy Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego. - Nie jest więc przejawem arogancji, gdy politycy opierają się wpływowym lobby. Gdy potrafią, nawet za cenę popularności czy mniejszego poklasku medialnego, działać w imię dobra wspólnego, szczególnie na przykład na rzecz wykluczonych. Bo, jak wiemy, dobre społeczeństwo i dobrą politykę poznaje się po tym, jak chroni i zabezpiecza najbiedniejszych i słabych, a nie bogatych i mocnych - dodaje Makowski.

Tylko czy dzisiaj w Polsce wspomnianych najbiedniejszych i słabych rzeczywiście ktoś chroni? Chyba raczej głównie o tym mówi. I to niemal zawsze przed kamerami.

Nawet jeśli cel jest nierealny lub nie opłaca się go realizować, politycy, niczym koń z klapkami na oczach, idą w jego stronę

@RY1@i02/2014/066/i02.2014.066.00000060a.101.jpg@RY2@

Getty Images

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.